Czy można naprawić świat, poprawiając słownik?

Weronika Adamska
14 marca 2026, godz. 18:00
Opinie (250)
Kiedyś zmiany w języku dokonywały się niezauważalnie, na zasadzie ewolucji. Dziś coraz częściej narzucane są odgórnie, nawet jeśli ich wprowadzeniu brakuje logicznego uzasadnienia.

Język polski przestał już podlegać naturalnej ewolucji. Dziś zmiany narzucają ideologia, polityka i empatia bądź jej pozory. "Niepełnosprawni" stali się "osobami z niepełnosprawnościami", "bezdomni" - "osobami w kryzysie bezdomności", a "na Ukrainie" coraz częściej ustępuje miejsca rusycyzmowi "w Ukrainie", bo takiej formy domagają się przybysze zza wschodniej granicy. W efekcie codzienna polszczyzna traci prostotę i logikę, a skonstruowanie zwykłego zdania przypomina spacer po polu minowym, bo jeśli nie trafimy w oczekiwania odbiorców, czeka nas potężny wybuch krytyki, a nawet hejtu. Nawet jeśli w 100 proc. stosujemy się do zasad języka polskiego.




Język, który próbujemy wychowywać, żeby "nie popełniał gaf"



Na co dzień używam formy:

Język zmienia się nieustannie. Każde pokolenie mówi nieco inaczej niż poprzednie, jedne słowa stopniowo znikają z codziennej komunikacji, inne pojawiają się i przyjmują nowe znaczenia, a cała ta dynamika tworzy żywy, nieprzewidywalny system, który trudno zatrzymać czy w pełni kontrolować.

W ostatnich latach zmiany w polszczyźnie przybrały jednak osobliwy kierunek. Coraz częściej nie wynikają z naturalnego użycia, lecz z zaleceń, poradników i społecznej presji. Język przestał tylko opisywać rzeczywistość. Coraz częściej próbuje się go wychowywać. Jeśli nie dostosujemy się do lansowanej nowomowy - zostaniemy uznani za osoby (w najlepszym przypadku) nietaktowne.

Empatyzowanie języka, czyli najpierw człowiek, potem reszta



Według nowych, narzuconych zasad nie ma już "niepełnosprawnych" - są "osoby z niepełnosprawnościami". "Bezdomni" zostali zastąpieni "osobami w kryzysie bezdomności". Nie ma samobójców - są "osoby w kryzysie suicydalnym" albo - co coraz częściej pojawia się w komunikatach prasowych - "osoby w kryzysie emocjonalnym".

Intencja jest zrozumiała. Chodzi o to, by najpierw był człowiek, a dopiero potem jego sytuacja, choroba czy dramat. "Osoba z niepełnosprawnością" ma brzmieć bardziej podmiotowo niż "niepełnosprawny". Wrażliwiej. Delikatniej. Tylko jaki to ma wpływ na realną kondycję "osób z niepełnosprawnościami"? To już pytanie do nich.


Zwyczajne eufemizmy czy realny wpływ na zmianę postrzegania?



Problem w tym, że język nie zawsze lubi takie operacje. Polszczyzna jest z natury oszczędna. Lubi krótkie, konkretne słowa. Tymczasem coraz częściej zastępujemy je konstrukcjami, które brzmią jak fragmenty urzędowych dokumentów. "Osoba w kryzysie bezdomności" to sformułowanie bardziej empatyczne - ale też zdecydowanie cięższe niż zwykłe "bezdomny".

Podobnie jest z wieloma innymi słowami. Zamiast "sprzątaczki" pojawia się "pracownica serwisu sprzątającego". Zamiast "starego człowieka" - "senior". Zamiast "grubego" - "osoba plus size". Zamiast "kaleki" - "osoba z niepełnosprawnością ruchową". Zamiast "ślepego" - "osoba niewidoma".

Część tych zmian jest naturalna. Część potrzebna. Ale część brzmi tak, jakby powstała podczas szkolenia z komunikacji w dziale HR dużej korporacji.

Wmawianie, że słowa mają pejoratywny wydźwięk, żeby usunąć je z oficjalnego języka



Jeszcze ciekawiej robi się przy słowach, które nagle zaczynają być uznawane za niewłaściwe, choć wcześniej takich konotacji nie miały. Dobrym przykładem jest "murzyn". Przez stulecia funkcjonowało w polszczyźnie jako neutralne określenie osoby czarnoskórej. W literaturze, w nauce, w języku potocznym. Bez rasistowskiego kontekstu, który towarzyszy podobnym słowom w świecie anglosaskim.

Dziś coraz częściej słyszymy, że to słowo obraźliwe. Wielu językoznawców zwraca uwagę, że jest to raczej efekt przenoszenia sporów kulturowych z krajów anglojęzycznych niż wynik polskiej tradycji językowej - my przecież nie mamy za sobą takich doświadczeń jak kolonializm, niewolnictwo, segregacja rasowa czy rasizm, ale nie taki, z jakim mamy doświadczenia w Polsce, ale taki, którego rezultatem było powstanie Ku Klux Klanu.

W Polsce indoktrynacja zaszła już jednak tak daleko, że słowa "murzyn" w przestrzeni publicznej po prostu nie wypada używać. Polacy zostali zmuszeni do zastąpienia go słowem "czarny", które - jak wiele osób przyznaje - wcześniej uznawały za określenie co najmniej niestosowne, a nawet pejoratywne.


Polacy niby języka gęsiego nie mają, a jednak uginają się pod nakazem obcokrajowców



Importów jest zresztą więcej.

Od pewnego czasu trwa spór o to, czy mówić "na Ukrainie", czy "w Ukrainie". Przez dziesięciolecia polszczyzna znała tylko tę pierwszą formę. I nie był to żaden przejaw braku szacunku wobec państwowości Ukrainy. Tak po prostu działa system języka. Mówimy przecież "na Węgrzech", "na Słowacji", "na Litwie", "na Dominikanie" i to przecież nie dlatego, że uważamy je za czyjeś terytoria zależne.

Mimo to coraz częściej słyszymy, że właściwa jest tylko forma "w Ukrainie". Tyle że wielu językoznawców podkreśla jasno - z punktu widzenia polskiej gramatyki nie ma żadnego powodu, by zmieniać dotychczasową konstrukcję, a ta forma to zwyczajny rusycyzm, na którego wprowadzenie do polszczyzny nie ma żadnego uzasadnienia.



"W Ukrainie", ale Shostakovich i Tchaikovsky



I tu dochodzimy do ciekawej niekonsekwencji.

Ci sami obcokrajowcy, którzy są bardzo wrażliwi na to, jak mówi się o ich krajach czy tożsamości w kontekście poprawnej polszczyzny, często nie mają już takich oczekiwań wobec pisowni własnych nazwisk.

Polska tradycja jest prosta - nazwiska z alfabetów innych niż łaciński zapisywano fonetycznie zgodnie z zasadami polskiej ortografii. Takie też zasady, jak dowiadujemy się ze Słownika Języka Polskiego, obowiązują nas dzisiaj. Dlatego piszemy Czajkowski zamiast Tchaikovsky, Dostojewski zamiast Dostoevsky czy Szostakowicz zamiast Shostakovich. Dzięki temu nazwiska można przeczytać i normalnie odmieniać.

Dziś jednak coraz częściej spotykamy inną praktykę. Osoby pochodzące z krajów używających cyrylicę, alfabet arabski czy znaki chińskie wolą angielską transkrypcję swoich nazwisk. I oczekują, że w polskich tekstach będzie ona zachowana dokładnie w tej formie.


Polszczyzna jak język z poluzowanymi śrubami



Na tym jednak nie koniec. W wielu przypadkach pojawia się też postulat, by takich nazwisk w ogóle nie odmieniać.

Efekt jest osobliwy. W zdaniu pojawia się nagle słowo, które nie podlega żadnym regułom fleksji. "Spotkałem się z Ivan Petrov". "Rozmawiałem z Zhang Wei". "Książka została napisana przez Sergey Ivanov".

Polszczyzna, która od wieków opiera się na odmianie, zaczyna wtedy brzmieć jak język z poluzowanymi śrubami.

Gdzie tu konsekwencja? Skoro język ma być tak wrażliwy na godność, kulturę i tożsamość, to dlaczego jedne jego elementy można zmieniać w imię nowych wrażliwości, a innych nie wolno dostosować do zasad samego języka?

Można próbować zmienić język, ale prędzej czy później on i tak zrobi swoje



Bo język ma jedną właściwość, której nie da się obejść żadnym poradnikiem. Jest systemem. Ma swoją logikę, rytm i ekonomię.

Można próbować go poprawiać. Można go dyscyplinować. Można mu nawet moralizować.

Ale wcześniej czy później język i tak zrobi swoje.
Weronika Adamska

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (250)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

Najczęściej czytane