Fakty i opinie

stat

Elektrownie jądrowe Europy bez tajemnic

Przy elektrowni Leibstadt w Szwajcarii, w cieniu 120-metrowej chłodni kominowej, znajduje się plac zabaw dla dzieci, bo funkcjonuje tam  przedszkole dla dzieci pracowników.
Przy elektrowni Leibstadt w Szwajcarii, w cieniu 120-metrowej chłodni kominowej, znajduje się plac zabaw dla dzieci, bo funkcjonuje tam przedszkole dla dzieci pracowników. fot. Katarzyna Moritz

Olbrzymie ponad 160-metrowe chłodnie kominowe, produkujące chmury na niebie, budzą respekt. Tak samo jak kolczasty płot pod napięciem. Jednak tuż przy nim kicają króliki i rosną ziemniaki. - Już nie boję się elektrowni jądrowych - twierdzi Weronika - Boję się, że turyści do nas nie przyjadą.



Elektrownia Dampierre we Francji przekazuje ciepłą wodę do ogrzewania okolicznym właścicielom szklarni.
Elektrownia Dampierre we Francji przekazuje ciepłą wodę do ogrzewania okolicznym właścicielom szklarni. fot. Katarzyna Moritz
W Szwajcarii nasza grupa spotkała się z merostwem w piwniczce lokalnego producenta win.
W Szwajcarii nasza grupa spotkała się z merostwem w piwniczce lokalnego producenta win. fot. Katarzyna Moritz
Elektrownie, jak ta w Saint-Laurent we Francji, często otoczone są płotem pod napięciem.
Elektrownie, jak ta w Saint-Laurent we Francji, często otoczone są płotem pod napięciem. fot. Katarzyna Moritz
Rdzeń reaktora z zestawem kaset uranowych składających się z setek szczelnie zamkniętych rurek, w których znajdują się pastylki - tlenku uranu. Taki widok w formie makiety był dostępny w centrum informacji przy elektrowni w Belgii.
Rdzeń reaktora z zestawem kaset uranowych składających się z setek szczelnie zamkniętych rurek, w których znajdują się pastylki - tlenku uranu. Taki widok w formie makiety był dostępny w centrum informacji przy elektrowni w Belgii. fot. Katarzyna Moritz
W sąsiedztwie elektrowni Saint-Laurent znajduje się zamek Chambord. Tysiącom turystów, którzy go odwiedzają, nie przeszkadza jądrowe sąsiedztwo.
W sąsiedztwie elektrowni Saint-Laurent znajduje się zamek Chambord. Tysiącom turystów, którzy go odwiedzają, nie przeszkadza jądrowe sąsiedztwo. fot. Katarzyna Moritz
Przy elektrowni Saint Laurent, z powodu konieczności budowy progu na rzece, dla ryb wykonano osobną przepławkę. Często polują przy niej ptaki.
Przy elektrowni Saint Laurent, z powodu konieczności budowy progu na rzece, dla ryb wykonano osobną przepławkę. Często polują przy niej ptaki. fot. Katarzyna Moritz
Gravelines, największa elektrownia we Francji. To było jedyne miejsce, gdzie nasza grupa, lecz bez aparatów fotograficznych, weszła na teren obiektu. Zobaczyliśmy olbrzymie generatory.
Gravelines, największa elektrownia we Francji. To było jedyne miejsce, gdzie nasza grupa, lecz bez aparatów fotograficznych, weszła na teren obiektu. Zobaczyliśmy olbrzymie generatory. materiały EDF
Micheline Hugon wraz z mężem Louisem Melon z rozbrajającą szczerością opowiadali o życiu obok elektrowni jądrowej w Belgii.
Micheline Hugon wraz z mężem Louisem Melon z rozbrajającą szczerością opowiadali o życiu obok elektrowni jądrowej w Belgii. fot. Katarzyna Moritz
Składowisko odpadów radioaktywnych w Holandii. Budynek po stu latach ma stać się zupełnie biały, na znak zmniejszenia radioaktywności.
Składowisko odpadów radioaktywnych w Holandii. Budynek po stu latach ma stać się zupełnie biały, na znak zmniejszenia radioaktywności. fot. Katarzyna Moritz
Praktyczni Holendrzy przechowują część eksponatów z Muzeum Narodowego w sąsiedztwie średnio radioaktywnych odpadów. Panują tam idealne warunki do przechowywania zabytków.
Praktyczni Holendrzy przechowują część eksponatów z Muzeum Narodowego w sąsiedztwie średnio radioaktywnych odpadów. Panują tam idealne warunki do przechowywania zabytków. fot. Katarzyna Moritz
Odpady wysoko radioaktywne, które przez miliony lat nie stracą swojej aktywności, są przechowywane w takich kapsułach.
Odpady wysoko radioaktywne, które przez miliony lat nie stracą swojej aktywności, są przechowywane w takich kapsułach. fot. Katarzyna Moritz
Uczestnicy wyjazdu organizowanego przez PGE na tle elektrowni w Belgii.
Uczestnicy wyjazdu organizowanego przez PGE na tle elektrowni w Belgii. fot. Katarzyna Moritz
Na stacji benzynowej w Wejherowie, w środę 30 maja przed południem, ponad 50 osób czekało na autokar. Paniom z kół gospodyń wiejskich, nauczycielkom, rolnikom, sołtysom, samorządowcom czy właścicielom gospodarstw agroturystycznych z trzech pomorskich gmin (Choczewo, Gniewino i Krokowa) towarzyszyła ekscytacja. Nie obawiali się przemierzenia 5,5 tys. km ani tego, że codziennie przez 10 dni będą spać w innej miejscowości. Nie bali się też widoku 12 elektrowni jądrowych w pięciu krajach Europy oraz tego, że będą - i to dosłownie - stąpać po wysoko radioaktywnych odpadach.

- Nigdy nie byłam za granicą, właściwie raz, ale tylko w Niemczech - cieszy się Sonia Tokarska. Jest jedną z najmłodszych uczestniczek wyprawy. Ma 20 lat, pojechała na wyjazd studyjny organizowany przez PGE Energia Jądrowa m.in. dlatego, bo razem ze swoimi kolegami działa w komitecie "Tak dla atomu w Choczewie".

W hotelu pod Berlinem jesteśmy dwie godziny później niż zakładano. Kołbaskowo ominęliśmy wielkim łukiem. - Dostaliśmy informację, że w Szczecinie mieli na nas czekać przeciwnicy budowy elektrowni, woleliśmy nie ryzykować - przyznaje Marcin Nigot z PGE EJ.

Natomiast już wieczorem prof. Konrad Czerski, fizyk jądrowy mieszkający i pracujący w Berlinie, przekonuje, że elektrownie jądrowe to najbardziej czyste, ekonomiczne i bezpieczne źródło energii. Nie tylko od niego, także w innych krajach, usłyszymy wątpiące tezy o słuszności decyzji Niemców o zamykaniu wszystkich elektrowni jądrowych i przejścia na odnawialne źródła energii.

- Powoli nie ma już w Niemczech miejsc, gdzie można budować wiatraki, ich moc efektywna to zaledwie pół MW, a ich żywotność to 20 lat. W Niemczech czy Szwajcarii nie ma też już miejsc, by można zbudować elektrownie wodne, te możliwości zostały wyczerpane, to także olbrzymia ingerencja w środowisko. Energia słoneczna w naszej szerokości geograficznej jest dobra, ale do oświetlenia parkingów - przekonywał.

Pierwszą elektrownią, jaką zobaczyliśmy, była na terenie Niemiec, w Neckarwestheim. Tuż przy niej rosły ziemniaki, winogrona, a niedaleko było pole golfowe. W Szwajcarii zobaczyliśmy dwie z czterech elektrowni tego państwa. Mimo że łącznie dostarczają 40 proc. energii dla kraju (55 proc. z elektrowni wodnych), planuje się ich wyłączenie, najpóźniej do 2034 roku.

Przy elektrowni w Leibstadt, w cieniu 120-metrowej wielkiej chłodni kominowej, znajduje się plac zabaw dla dzieci, bo na terenie elektrowni funkcjonuje przedszkole dla pociech pracowników. Przy starszej, w Beznau jest tzw. centrum informacji. Jak się później okaże, takie centra są przy prawie każdej większej elektrowni, nie tylko w Szwajcarii, ale też we Francji czy Belgii. Rocznie każde z nich odwiedza kilka tysięcy osób. Wycieczki rzadko kiedy wchodzą do serca elektrowni. Czego można się dowiedzieć w takim centrum? Przede wszystkim, jak funkcjonuje elektrownia, ilu zatrudnia pracowników i ile podatku odprowadza do budżetu gminy, na terenie której działa.

W Szwajcarii nasza grupa spotkała się z merostwem w piwniczce lokalnego producenta win. - Mamy próbne alarmy: pracownicy w elektrowni raz w miesiącu, a mieszkańcy raz do roku. Wcześniej umieszczane są ogłoszenia w prasie. Każdy w domu ma tabletki z jodem. Poza tym, od czasów II wojny światowej, każdy dom ma bunkier. Nowe domy też są tak budowane. 40 proc. mieszkańców związanych jest zawodowo z elektrownią - wyjaśniał Gilbert Mugli z merostwa Beznau.

Francja, europejskie królestwo elektrowni jądrowych (19 sztuk, 58 reaktorów), przeprowadza dla pracowników od pięciu do dziesięciu alarmów rocznie. Raz na trzy lata prowadzone są ćwiczenia z ochrony służby cywilnej z przedstawicielami lokalnej społeczności. Przy każdej z elektrowni, w obrębie 10-kilometrowej strefy, codziennie wykonuje się pomiary wody i powietrza. Podawane są one do publicznej wiadomości.

- 85 proc. energii pochodzi we Francji z elektrowni jądrowych, reszta - z 430 elektrowni wodnych. W Fassenheim jedna ze 159 kaset uranowych wytwarza tyle energii, co 35 tys. ton węgla - wyjaśnia Mattheu Schoch, z firmy EDF, która uczyniła z Francji drugą po USA potęgę jądrową na świecie.

Francja wcale nie myśli o likwidacji swoich elektrowni. Wręcz przeciwnie, w 2015 roku ruszy z budową kolejnej, tym razem nad morzem Północnym, w Flamanville. Francuskie reaktory mają średnio 23 lata. Pierwsze, które powstały w latach 1958-1966, już nie działają, są w trakcie demontażu. Odpady radioaktywne składowane są pod ziemią w Morvillies i Soulaines.

- Co cztery lata wymieniane jest paliwo uranowe, jedynie 4 proc. z niego stanowią odpady wysoce radioaktywne, pozostałe 96 proc. jest ponownie wykorzystywane. Do 2025 roku ma powstać 500 m po ziemią, w skałach, kolejne składowisko. Szacujemy, że w przeciągu 300 lat ludzkość znajdzie technologię, by te odpady ponownie wykorzystać - zapowiada Mattheu Schoch.

Francuscy decydenci są pragmatyczni do bólu. Przy budowach elektrowni ważniejsze są warunki geologiczne i wodne, niż protesty mieszkańców. Konsultacji społecznych w zasadzie nie ma, obywatele jednak mogą zgłaszać swoje uwagi. Gdy protesty były zbyt duże, prowadzono negocjacje. I tak w przypadku elektrowni w Fassenheim ustalono, że do okolicznych gmin trafia 45 mln euro podatku rocznie. To nie jedyne korzyści: 120 ha szklarni w Dampierre otrzymuje np. ciepłą wodę z elektrowni do ogrzewania. Dotacje dostają też np. kluby kajakowe czy strażacy.

- Dochód z podatku elektrowni to ponad 30 proc. budżetu naszej gminy. Elektrownia powstała, bo miasto w latach 70. przeżywało kryzys ekonomiczny i szukało sponsora - podkreśla natomiast Christophe Collignon, wiceburmistrz miasta Huy w Belgii.

Kraj ten ma dwie elektrownie, które dostarczają 55 proc. energii. Co ciekawe, w przypadku jednego reaktora 50 proc. i pozostałych dwóch, po 10 proc. udziałów, mają Francuzi. W Belgii także zapadła decyzja o odchodzeniu od energii jądrowej. To nie nastąpi nagle, góra za 20 lat, ponadto rząd Belgii często się zmienia, więc kolejny może zmienić zdanie.

- Nikt się nas nie pytał, czy chcemy elektrownię jądrową. Obiecywano nam tańszy prąd, ale tak się nie stało. Choć się przyzwyczaiłam do niej, to jest kilka rzeczy, które mnie zastanawia. Tak jak ja, tak wiele innych osób w okolicy ma problemy z tarczycą. Pytałam mojego lekarza o statystyki, a on nie był mi w stanie odpowiedzieć, czy elektrownię i stan zdrowia można powiązać oraz czy wzrosła ilość zachorowań. Prawda jest taka, że mieszkańcy nie chcą mieć elektrowni za płotem, to zło konieczne, choć ogólnie jej obecność jest doceniana. Utworzono komitet ds. negocjacji z elektrownią - opowiadała nam Micheline Hugon, emerytowana dyrektor banku w Huy. Micheline wraz z mężem Louisem Melon zostali zaproszeni przez dyrekcję elektrowni na spotkanie z nami.

Ich szczerość nas rozbroiła. Dowiedzieliśmy się też, że denerwują ich alarmy, woleliby, aby zamiast irytującego sygnału puszczano np. Chopina lub piosenki The Beatles. Gdy w zeszłym roku zobaczyli kłęby dymu na terenie elektrowni, nie mogli pod żadnym numerem telefonu uzyskać informacji, co się właściwie stało. Po burzy rozpętanej przez media okazało się, że była to awaria jednego z zaworów.

- 37 lat obyło się bez problemu, mamy zaufanie. Nie boimy się elektrowni, ale odpadów oraz zużytego paliwa, które leży w zbiornikach. Zastanawiam się, co pomyślą moi wnukowie, czy będą się mnie pytać, dlaczego zniszczyłam ziemię. Trzeba rozwiązać problem odpadów radioaktywnych, ale z drugiej strony nie można przestać wiosłować na środku jeziora - mówiła Micheline Hugon.

- Domagajcie się przejrzystości. Od pierwszego dnia organizujcie komitety do pośredniczenia między wami a elektrownią. Pilnie przyglądajcie się, jakie kompetencje mają organizacje bezpieczeństwa. Zaproście do siebie osoby z zagranicy, które znają się na energetyce jądrowej. Ale ostateczną decyzję rozważcie w swoich sercach - ze szczerością wyznał na koniec spotkania Jean Pleyers, szef ds. kontaktu w GDF Suez, w belgijskiej elektrowni.

W składzie pomorskiej wycieczki było niewiele osób zdecydowanie przeciwnych budowie elektrowni jądrowej w Polsce. Większość uczestników wycieczki podczas kolacji w Szwajcarii przyznała, że jest przychylna takiej inwestycji.

- Nadal nie jestem zwolennikiem budowy elektrowni. Najbardziej byłem usatysfakcjonowany ze spotkania w Belgii, tylko tam była możliwość wysłuchania obiektywnej opinii od mieszkańców. We Francji to były w zasadzie same cukierki, w Szwajcarii podobnie, a opinii Niemców wcale nie poznaliśmy. Największym zagrożeniem jest obniżenie komfortu życia. Nie widzę tych budowli w krajobrazie nadmorskim, te tereny będą omijane przez turystów. Podatki dla gminy, o których słyszeliśmy, to był tylko lizak dla samorządowców. Jeżeli gmina nie potrafi małymi pieniędzmi gospodarować, to tym bardziej dużymi - podkreśla Krzysztof Borysiak z Dębek w gminie Krokowa.

- Za wcześnie, by jednoznacznie się opowiedzieć, bo nawet nie wiemy, jaka technologia i która lokalizacja są brane pod uwagę. Najbardziej przekonuje historia tych mieszkańców, którzy przez dziesiątki lat żyją w sąsiedztwie elektrowni. Dla wielu z nas te obiekty to była czarna Baba Jaga widziana przez pryzmat Czarnobyla. Zobaczyliśmy, że to wszystko jest opanowane, że nie ma zagrożenia. Bardzo mi się podobał element związany z komisjami społecznymi, wniosek z tego taki, że transparentność u nas musi być dwa razy taka jak u nich. Skład tych komisji powinien się jednak częściej rotować. Nie budzi mojego zaufanie informacja, że trzy państwa się wycofują z energetyki jądrowej, to decyzja ewidentnie polityczna, bo jednocześnie słyszeliśmy, że proces ten potrwa około 20 lat, a Szwajcarzy jeszcze w jedną z elektrowni planują inwestować 700 mln euro - podkreśla Leszek Glaza, przewodniczący rady miasta w Wejherowie.

- Ta wycieczka utwierdziła mnie w przekonaniu, że elektrownia jądrowa może być bezpieczna i że przyczyni się do rozwoju naszego regionu. Najbardziej przekonały mnie rozmowy z mieszkańcami. Po powrocie będziemy organizować spotkania, m.in. w radzie gminy. Chcemy opowiedzieć to, co zobaczyliśmy i pokazać zdjęcia, by każdy się przekonał, co widzieliśmy - mówi Sonia Tokarska, przyszła studentka ekonomii i windykator w Urzędzie Gminy w Choczewie oraz działaczka komitetu "Tak dla atomu w Choczewie".

PGE EJ w lipcu organizuje kolejną wyprawę do elektrowni jądrowych. Tym razem do Hiszpanii, z tą różnicą, że nie autokarem, ale samolotem i dla innej grupy osób.



W planach PGE jest budowa dwóch elektrowni jądrowych w Polsce o mocy około 3 tys. MW każda. Jedna z nich ma powstać w województwie Pomorskim. W listopadzie 2011 roku zostały wskazane trzy potencjalne lokalizacje: Choczewo (nad morzem koło Lubiatowa), Żarnowiec oraz Gąski (Zachodniopomorskie).

PGE kontynuuje obecnie rozpoczęte w 2011 roku przetargi, w wyniku których zostaną wyłonieni inżynier kontraktu oraz wykonawca badań lokalizacyjnych. Gdy to nastąpi, po sezonie turystycznym mają rozpocząć się badania związane z sejsmiką, meteorologią, wodami gruntowymi, przyrodą. Potrwają one dwa lata.

Rok 2013 będzie rokiem kluczowych decyzji - zarówno w zakresie decyzji o wyborze technologii, jak i lokalizacji budowy elektrowni jądrowej. Koszt elektrowni w Polsce obecnie szacuje się na 40 mld zł.

Opinie (212) 2 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.