Fakty i opinie

stat

Gdańsk 1945 oczami syna przedwojennego krawca

artykuł historyczny
Kiedy sowieci zajęli dom Lisinskich, rodzina zamieszkała w opuszczonym budynku po lewej stronie młyna, czyli w  Güntershof .
Kiedy sowieci zajęli dom Lisinskich, rodzina zamieszkała w opuszczonym budynku po lewej stronie młyna, czyli w Güntershof.

- Do piwnicy, gdzie się schroniliśmy, wszedł sowiecki czołgista i przyznał: mogliśmy strzelać z tanku, ale podejrzewaliśmy, że są tu ludzie, więc zrezygnowaliśmy. Po czym rozejrzał się i zobaczył dziewczyny: One mają być chore. Sowieci boją się tyfusu - wspomina Benon Lisiński, przedwojenny mieszkaniec Oliwy.



Spaliśmy na gołej posadzce w Güntershof obok młyna zobacz na mapie Gdańska, bo nasz dom po drugiej stronie stawu zobacz na mapie Gdańska zajęło sowieckie wojsko. Pewnej nocy ktoś zapukał do drzwi dworku i usłyszeliśmy: Otworitie! Jeden miał pepeszę, a drugi bardzo długi karabin.

- Ty, stary! Myśmy słyszeli, że gnębiłeś ludzi - zakomunikował i zaczął wymyślać różne zarzuty wobec naszego ojca. - Nie ma co, kara musi cię dosięgnąć. Przyjdziemy kolejnej nocy i zostaniesz rozstrzelany.

Ten z pepeszą otworzył bęben i zaczął liczyć naboje. - Na wszelki wypadek na każdego są dwa patrony.

Myśmy już wiedzieli, że sowieci nie żartują. Trzeba było coś zrobić. Tadeusz, mój przyszły szwagier, który znał rosyjski, poszedł więc do naszego domu. Był tam major z żołnierzami od łączności. Postawny i uprzejmy człowiek.

Kiedy kilka dni wcześniej zobaczyliśmy go po raz pierwszy, zapytał, czy ktoś mówi po francusku. Niestety, nikt z nas nie posługiwał się tym językiem. Na szczęście Tadek znał rosyjski i umiał też grać na akordeonie. Zdarzyła się taka noc, że wojskowi urządzili sobie potańcówkę na piętrze i szwagier całą noc im przygrywał. Były tam kobiety, ale tylko żołnierki. Jedna z nich założyła do tańca koszulę nocną na mundur. A my w tym czasie siedzieliśmy w ogrodowym schronie.

Nie minęło kilka dni, a usłyszeliśmy, że cywile nie mogą przebywać w tym samym miejscu z wojskiem. Major skierował nas do opuszczonego dworku i zaproponował, abyśmy cenniejsze rzeczy przenieśli do jednego z pokoi i zabili wejście deskami.

- Tam nikt nie wejdzie. Ile razy będziecie potrzebować czegoś z pokoju, to przyjdźcie i weźcie - oznajmił i tak rzeczywiście było.

A teraz Tadeusz opowiadał majorowi o nocnej wizycie w dworku.

- Ty się nie bój. Przyślę dwóch żołnierzy i zostaną u was na noc.

Schowali się za białym kaflowym piecem. Spali w kucki, a między nogami mieli pepesze. W nocy znów usłyszeliśmy: Otworitie!

- Stary, przyszliśmy po ciebie. Wychodzisz z nami.

Z bronią gotową do strzału żołnierze majora wyłonili się zza pieca. Rozbroili tych dwóch, co przyszli ojca rozstrzelać.

Za dnia Tadeusz usłyszał od majora: - Oni już nikomu nie będą zagrażać.

Kilka dni później majora i jego żołnierzy nie było już w naszym domu. Wróciliśmy.

***


Nieistniejący modehaus Stefana Lisinskiego przy  Pfefferstadt  (dzisiejsza ul. Korzenna)
Nieistniejący modehaus Stefana Lisinskiego przy Pfefferstadt (dzisiejsza ul. Korzenna)
Dom jest z cegły i stoi w okolicy stawu, przy którym działał młyn. Wokół ciągnęły się pola, a najbliższą ulicą była Blücherstraße, czyli dzisiejsza Beniowskiego. Ojciec wybudował go w drugiej połowie lat dwudziestych. W 1926 roku otrzymał pożyczkę od Wolnego Miasta Gdańska. Pokrywała 70 proc. kosztów budowy, resztę musiał wyłożyć sam. Zarabiał jako krawiec.

Fachu uczył się w Berlinie, do którego mój dziadek wysłał go na kilkuletnie nauki w 1906 r. Wprawdzie podczas I wojny światowej powołany został jako kanonier, ale szybko został kompanijnym krawcem. To była fisza... A po wojnie razem z bratem, który też pobierał nauki w Berlinie, założyli warsztat krawiecki przy Kastanienweg 5a, czyli przy dzisiejszej ul. Lendziona. Następnie w 1922 roku ojciec przeniósł się na Pfefferstadt zobacz na mapie Gdańska, czyli Korzenną.

Po sporym remoncie otworzył St. Lisinski Modehaus. Zajmował się krawiectwem ciężkim. Zarówno męskim, jak i damskim. Garnitury, płaszcze, kostiumy. Na przymiarki przychodzili Niemcy, Żydzi, Polacy, Kaszubi, Francuzi. Ojciec był towarzyski i odpowiedzialny. Zgodnie z zasadą, że nie można wrzucać wszystkich jaj do jednego kosza, pieniądze trzymał nie w jednym, ale w trzech bankach. Do tego wysyłał mamę, aby zamieniała je na złoto, co przydało się w czasach wielkiego kryzysu.

Nie zapisał się też do żadnej organizacji, jak jego bracia, którzy aktywnie działali wśród gdańskiej Polonii. Na pierwszym miejscu stawiał rodzinę i fach. Dlatego w 1939 roku nie zostaliśmy aresztowani. Hitlerowcy zabezpieczyli jednak nasz dom i modehaus. Nie można było ich sprzedać, wynająć, po prostu nic prawnie zrobić. Gestapo wpadło na rewizję. Szukali polskich flag i broni. Nic nie znaleźli, choć w domu schowany był rewolwer na wypadek włamań i kradzieży, które się zdarzały. W tym ciężkim czasie pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony. We wrześniu na przymiarkę przyszedł kolejny klient. Nazywaliśmy go "R". Nie wiedzieliśmy, kim był i co robił.

- Wie pan, nie wiadomo, czy będzie następna przymiarka - uprzedził go ojciec.

- Dlaczego?

- Bo dom i modehaus zabezpieczone...

- A to dlaczego?

- Bo wszystkim Polakom...

- To niemożliwe. Proszę dalej pracować. Ja to załatwię.

Później dowiedzieliśmy się, że tym wpływowym człowiekiem był Antoni Reiwer, między innymi asystent kryminalny i tłumacz. Modehaus działał do końca wojny.


***


- Co Ty tak smarujesz te kolano? - zapytał go w końcu przełożony.

- A, bo nie mogę już wytrzymać.

- A skąd masz spirytus?

W czasie wojny było zaś tak, że jak się miało jakiś towar, a ojciec był krawcem, to się wymieniało. Tym sposobem miał kilka butelek.

Ojciec dostał wtedy powołanie do służby pomocniczej. Chodzili nocami po mieście i sprawdzali, czy coś się nie dzieje. A że dla ojca najważniejsze były w życiu rodzina i fach, kombinował, jak tu się zadekować. I jakoś tak się złożyło, że rozchorował się na kolano. Wiecznie je smarował spirytusem i bandażował.

- Nie mógłbyś postarać się o trochę spirytusu dla mnie?- zapytał przełożony.

- Dużo nie mogę, bo do kolana potrzebuję, ale trochę mógłbym ci przynieść.

A kiedy ojciec był już bardzo "chory", usłyszał: Idź Ty już do domu. Przyjechał więc do Oliwy i powiedział nam, że nie wraca do Gdańska. Ojciec był w domu. To było ważne.

Wcześniej zdążył wywieźć wyposażenie warsztatu: maszyny do szycia i materiały. Był zapobiegliwy. Jeszcze w 1944 przygotował zapasy. Pamiętam, jak pewnego razu przyszedł mężczyzna, kozy zostały zabite i razem z ojcem robili kiełbasy. Przez te kilka miesięcy tak się wysuszyły, że gryźć się ich nie dało. Najpierw trzeba je było gotować. Do tego była zupa buraczana, ziemniaki i woda do picia z beczki.

Schron mieliśmy w piwnicy, a drugi w ogrodzie. Siedzieliśmy w tym pierwszym. Rodzice, siostry Helena i Zofia, ja, Tadeusz oraz kuzynka Lena, która za zgodą mojego ojca przyprowadziła znajomą rodzinę. Byli to państwo Eichmannowie z dwoma synami i małym oseskiem.

Przed domem był rów, a pod bzem gniazdo z karabinem maszynowym. Nad lasem latały "bąki". Takie grubasy. Mówiło się, że są tak wolne, że mogą kręcić się wokół własnego skrzydła. Co jakiś czas nurkowały i dawaj strzelać z broni pokładowej do tych, co byli w lesie.

***


Rodzina Lisińskich w 1930 roku. Wkrótce na świat miało przyjść kolejne dziecko Stefana i Klary - syn Benon.
Rodzina Lisińskich w 1930 roku. Wkrótce na świat miało przyjść kolejne dziecko Stefana i Klary - syn Benon.
Kiedy sowieci podeszli od strony stawu, zaczął się na potęgę terkot niemieckiego karabinu. Zaraz też była odpowiedź. Pod bzem zrobiło się cicho dopiero po tym, jak samolot zanurkował i zaczął strzelać. Ale kiedy tylko odleciał, znowu zaczęła się wymiana ognia. Dom był dziurawy jak sito. W pewnym momencie do piwnicy wszedł młody niemiecki żołnierz. Próbowałem rozpoznać, co to za mundur, ale bez powodzenia. Zapytał, czy może chwilę tu posiedzieć. Po czym zwrócił się do ojca z pytaniem: - Jak mogę uciec z tego domu?

Ojciec doradził mu, aby wejść na piętro i skoczyć przez okno do ogrodu. Powiedział, że jak tylko wejdzie, to snajper go załatwi. Po czym zwrócił się do naszej matki:

- Nie mam już ochoty żyć. Kilka dni temu dostałem pocztę polową. Żona i dziecko zginęły w czasie bombardowania Hamburga. Mówił, że jest sam i że nie ma ochoty żyć.

Kiedy strzelanina trwała dalej, znów nadleciał samolot. Tym razem łupnął bombą. Ale dachu poszło... Hałas taki, że myśmy się już pożegnali. A tu nagle nastał spokój. Nikt już nie strzelał. I w pewnym momencie ktoś puka do drzwi piwnicy: Otworitie!

Ojciec zwrócił się do Tadka: - Znasz rosyjski, to idź i otwórz. Tadek znał zresztą także polski i ukraiński, a i z Żydami potrafił się porozumieć. Pochodził z Drohobycza. W 1939 został zmobilizowany do polskiego wojska, ale szybko dostał się do niewoli. Przez pewien czas należał do obsady oflagu, a kiedy Niemcom zaczęło brakować rąk do pracy, zwolnili go i tak trafił do Gdańska, gdzie pracował w piekarni. Kiedyś zauważył go brat Stefan, jak kręcił się przed sklepem ojca. Okazało się, że potrzebował spodni. A w 1944 roku to już mieszkał u nas. Bardzo się spodobał mojej siostrze Helenie. Po wojnie się pobrali.

Ale wcześniej otworzył drzwi piwnicy i zszedł na dół razem z tym, co pukał. Żołnierz był cały w skórze i hełm też miał taki skórzany. Czołgista. Ojciec wyciągnął butelkę alkoholu i kieliszki na nóżkach, jak do likieru. Wypili na przywitanie i za pośrednictwem Tadka zaczęli rozmawiać.

- Mogliśmy strzelać z tanku, ale podejrzewaliśmy, że tu są ludzie, dlatego zrezygnowaliśmy - tłumaczył, po czym zobaczył dziewczyny.

- One mają być chore. Sowieci boją się tyfusu - doradził ojcu i zebrał się w kierunku wyjścia. Chwilę później zawrócił.

- Czy mogę wziąć butelkę, bo zostało jeszcze?

- Pewnie, weź ze sobą.

- Słuchaj, żadnemu żołnierzowi nie proponuj alkoholu, bo ci co przyjdą po mnie nie dadzą ci spokoju. Będą myśleli, że ty zawsze coś masz albo będziesz musiał się postarać. Nigdy nie wolno ci dawać tak jak mi - rzucił jeszcze do ojca i wyszedł.

***


Szkic domu Lisinskich z 1927 roku.
Szkic domu Lisinskich z 1927 roku.
W piwnicy nieopodal wejścia leżał niemiecki żołnierz. Ten, co mówił, że nie chce już żyć. Nie wiadomo, czy zginął, czy popełnił samobójstwo. Został pochowany. Później z książki dowiedziałem się, że prawdopodobnie był z jednostki grenadierów.

Tymczasem w naszym domu ulokowało się wojsko. Żołnierze od łączności. Przenieśliśmy się więc do schronu w ogrodzie. Jedliśmy zupę buraczaną, kiełbasę i ziemniaki. A sowieci pichcili w piwnicy. Ustawili cegły i gotowali kaszę. Każdy miał swoją miskę, ale łyżek już nie. Jedli trzema palcami.

Dwa czy trzy dni później usłyszeliśmy, że cywile nie mogą mieszkać z wojskowymi. Przenieśliśmy się więc do opuszczonego dworu. Tam przeczekaliśmy ileś dni, a kiedy sowieci opuścili nasz dom, wróciliśmy.

W pierwszej kolejności dach trzeba było naprawić. Nowe belki, nowe dachówki. Pracowali przy tym dwaj robotnicy. Pomagał im też niemiecki chłopak Heini Zick, który mieszkał z matką w domu przy Güntershof. Nie znałem go, ale był w moim wieku. Zaprzyjaźniliśmy się.

Pewnego dnia wpadł na pomysł, aby zaopatrzyć się w ryby ze stawu. Był tam taki drewniany spust i Heini rzucił granat. Jak to poszło, to pan sobie nie wyobraża. Woda spłynęła, zostały ryby, ale droga do nich wiodła przez bardzo grząskie błoto. Heini znalazł jednak rakiety, w których niemieccy żołnierze chodzili po śniegu. I chodziliśmy w nich, jak daleko się dało.

Każdy miał worek, grabie i piasek lub popiół. Bo węgorze są zwinne i śliskie, więc nie jest tak łatwo je złapać. Kiedy wyposażyliśmy się w wielkie widelce z kuchni polowej, szło sprawniej. I jedliśmy węgorze smażone, gotowane, wędzone. Były jeszcze ziemniaki, ale buraki już się skończyły.

Heini usłyszał, że ktoś był w Nowym Porcie po cukier. Wzięliśmy więc tornister i wybraliśmy się w drogę. Na miejscu ogromny magazyn i wielu ludzi. Trzeba było kopać. Jeśli miało się szczęście, to trafiało się na dużą bryłę spalonego cukru. To był skarb.

Najgorsza była jednak droga powrotna. W okolicy lotniska we Wrzeszczu stali ludzie. Karabiny, biało-czerwone opaski. Po prostu łobuzy, złodzieje. Szabrowników to już wtedy było wielu. I usłyszeliśmy: No, połowę musisz zostawić. Co było robić? Zostawiało się, a z resztą szło się do domu. Tam oczyszczało się i słodziło.

W Nowym Porcie byliśmy też po olej. Nabieraliśmy go z kałuż łyżkami i wlewaliśmy do kanek. A u Oetkera w Oliwie znaleźliśmy dwa kartony cukru waniliowego w torebkach po 10 gramów. Takie przyszły czasy. Pamiętam, że ojciec za wszycie lampasów awansowanemu dopiero co Rosjaninowi, dostał chleb. Kostkę ciemnego, razowego chleba.

Wkrótce rozeszła się wieść, że jest krawiec z maszyną i nićmi. Klienci przynosili materiały, trzeba więc było robić. Ja zaś musiałem zapisać się do polskiej szkoły. Nie znałem dobrze języka, więc trafiłem klasę niżej, niż wskazywałby na to mój wiek. Zapytano także o moje imię, a następnie o drugie. Od tego czasu zaczęto zwracać się do mnie Marian.

Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (78)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.