Fakty i opinie

No i cóż, że ze Szwecji, czyli o kwarantannie widmo

Lotnisko w Sztokholmie to właściwie jedyne miejsce, w którym należy pozostawać w maseczce na twarzy.
Lotnisko w Sztokholmie to właściwie jedyne miejsce, w którym należy pozostawać w maseczce na twarzy. fot. Joanna Skutkiewicz/Trojmiasto.pl

W dobie pandemii koronawirusa podróżowanie za granicę stało się wyzwaniem logistycznym. Nie wystarczy trzymać się zaleceń związanych z obostrzeniami w podróży do kraju, do którego chcemy dotrzeć; trzeba też pozostać w ciągłej gotowości do natychmiastowej zmiany wszelkich planów i to na każdym etapie podróży. Okazuje się jednak, że przy dobrej organizacji wizyta w niektórych krajach Europy może być łatwiejsza, niż przypuszczamy i... mniej skomplikowana, niż mówią przepisy.



Jeszcze do niedawna - choć to pojęcie względne, bo SARS-CoV-2 w Polsce obchodził niedawno swoje pierwsze "urodziny" - podróże po Europie były śmiesznie łatwe. Wystarczyło kupić bilet na samolot, spakować dowód osobisty do walizki i już większość kontynentu stawała przed nami otworem. Rok 2020 pokazał nam jednak, że nie ma na świecie rzeczy oczywistych. Wróciły granice, kraje pozamykały się przed przyjezdnymi, a warunkowe ich otwarcie wiązało się - no właśnie - z szeregiem przepisów właściwych każdemu krajowi z osobna.

Zdążę czy nie zdążę?



Ze względu na dynamiczną sytuację związaną z zakażeniami na całym świecie i odmienną politykę krajów związaną z obostrzeniami pandemicznymi, nie sposób zgadnąć, kto i na jakich warunkach może wjechać do danego kraju. Trzeba to każdorazowo sprawdzić, a najlepiej - cóż - sprawdzać codziennie, bo zasady związane z przekraczaniem granic zmieniają się jak w kalejdoskopie. Niemniej podróżowanie nie jest całkiem niemożliwe, a mając za sobą "na świeżo" wizytę w stolicy Szwecji, mogę także powiedzieć, że nie jest bardzo trudne. Co oczywiście może się zmienić na przykład jutro. Ale po kolei...

Po przylocie do Sztokholmu czekała na mnie jak gdyby równoległa rzeczywistość, przynajmniej pod kątem obostrzeń pandemicznych.
Po przylocie do Sztokholmu czekała na mnie jak gdyby równoległa rzeczywistość, przynajmniej pod kątem obostrzeń pandemicznych. fot. Joanna Skutkiewicz/Trojmiasto.pl

Testy antygenowe i PCR



Wiele krajów Europy wymaga od podróżującego okazania negatywnego wyniku testu na koronawirusa. Przepisy pod tym względem różnią się od siebie znacznie. Holandia życzy sobie, abyśmy zrobili test PCR do 72 godzin przed podróżą oraz antygenowy do 4 godzin przed podróżą. Jadąc do Czech, musimy mieć negatywny wynik testu PCR wykonanego nie później niż 72 godziny przed wjazdem lub antygenowego wykonanego nie później niż 24 godziny przed wjazdem; pomimo negatywnego wyniku, uprawniającego nas do przekroczenia granicy, i tak musimy poddać się 5-dniowej kwarantannie, a następnie powtórzyć test na terenie Czech. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę, gdy jedziemy do naszych południowych sąsiadów na czas krótszy niż 12 godzin, nie musimy w ogóle robić testu.

Pójdźmy dalej: Norwegia zamknęła granice dla osób, które nie mają tam stałego zameldowania; Włosi dają przyjezdnym do wyboru poddanie się 14-dniowej kwarantannie lub przedstawienie negatywnego wyniku testu PCR lub antygenowego. I w końcu Szwecja, która pod względem obostrzeń koronawirusowych od samego początku pandemii jest bardzo liberalna: tu musimy przedstawić wynik testu wykonanego maksymalnie 48 godzin przed przekroczeniem granicy. Może być to test antygenowy, który jest znacznie tańszy od wymazowego (ok. 150 zł zamiast 450 zł) i daje nam wynik w ciągu 3-5 minut od pobrania materiału. Choć test PCR uznawany jest za najczulszy, a co za tym idzie, referencyjny, to tania i szybka wersja antygenowa cechuje się czułością 98 proc. i dokładnością aż 99 proc.

Testy na koronawirusa w Trójmieście



Parę minut i po wszystkim



By pojechać do Szwecji - nie mając tam stałego zameldowania, pracy ani ważnych powodów rodzinnych, które zwolniłyby mnie z tego obowiązku - musiałam więc dzień przed wylotem zrobić odpowiedni test. Umówienie się na dogodny termin w prywatnej przychodni nie stanowiło problemu, podobnie jak sama procedura. Mogłam wreszcie przekonać się, czy pobieranie materiału do badania rzeczywiście jest tak koszmarnie nieprzyjemne, jak twierdzą niektórzy. Na pewno jest to kwestią subiektywną, jednak jestem przekonana, że każdego z nas spotykają niekiedy gorsze rzeczy.

Po kilkunastu sekundach jest już po wszystkim, a po paru minutach możemy już cieszyć się przepustką za granicę, dzierżąc w dłoni wydruk zaświadczenia o negatywnym wyniku testu. Co istotne, warto zaznaczyć przy rejestracji, że potrzeba nam zaświadczenia po angielsku.

Przylot do Polski wiąże się z koniecznością wykonania testu w kierunku koronawirusa, jeśli chcemy uniknąć kwarantanny. Przynajmniej teoretycznie.
Przylot do Polski wiąże się z koniecznością wykonania testu w kierunku koronawirusa, jeśli chcemy uniknąć kwarantanny. Przynajmniej teoretycznie. fot. Joanna Skutkiewicz/Trojmiasto.pl

W Szwecji nic nie trzeba



Tak jak zapowiadano, podczas podróży z Gdańska do Sztokholmu zaświadczenie przydało mi się dwukrotnie: podczas boardingu na lotnisku w Polsce oraz przy kontroli granicznej w Szwecji. Tu zaskoczenia nie było. Zadziwiające było jednak to, że wyjście z budynku lotniska oznaczało swego rodzaju przejście do równoległej rzeczywistości. Słyszałam, że niedługo przed moim przyjazdem Szwecja zdecydowała się na zaostrzenie restrykcji związanych z pandemią. W praktyce oznacza to, że... zachęca (!) się Szwedów, by w godzinach szczytu w komunikacji zbiorowej zakładali maseczki i w miarę możliwości trzymali się od siebie na dystans.

Na ulicach proporcje są dokładnie odwrotne niż u nas: tam osoba w maseczce to osobliwość taka jak u nas osoba bez tejże. Nie ma problemu, żeby usiąść w restauracji czy kawiarni i spokojnie zjeść przy stoliku - jak za starych, dobrych czasów... Pandemia jest więc odczuwalna w nieporównywalnie mniejszym stopniu niż w Polsce. Jedyne, co doskwierało podczas krótkiego pobytu, to nieczynne placówki kulturalne, takie jak muzea, oraz fakt zamykania lokali gastronomicznych w niedzielę o 17:00. Czymże to jest wobec obostrzeń, z którymi muszą borykać się właściciele lokali gastronomicznych tutaj?

Vänligen håll avstånd



Trzymaj dystans. Tak po prostu. Jak zaznaczają szwedzcy ministrowie, ale też sami mieszkańcy Sztokholmu, strategia Szwecji polega na dobrowolnych zaleceniach, a nie na bezwzględnym nakładaniu restrykcji i "polowaniu" na obywatela, który je łamie. Widać to zresztą bardzo wyraźnie na wielu poziomach: nawet w samym centrum stolicy Szwecji pieszy może przejść przez ulicę na czerwonym świetle, a kierowca samochodu ma obowiązek mu ustąpić. Trudno wyobrazić sobie coś takiego np. w Warszawie.

W Szwecji lokale gastronomiczne pozostają otwarte i mało kto chodzi po mieście w maseczce.
W Szwecji lokale gastronomiczne pozostają otwarte i mało kto chodzi po mieście w maseczce. fot. Joanna Skutkiewicz/Trojmiasto.pl

Co z tą kwarantanną?



Na samym początku marca zmieniono przepisy związane z przekraczaniem granicy Polski. Od tego momentu pasażerowie posiadający zaświadczenie o negatywnym wyniku testu PCR, LAMP lub antygenowego w kierunku SARS-CoV-2 wykonanego nie wcześniej niż 48h przed przekroczeniem granicy byli zwolnieni z obowiązkowej, 10-dniowej kwarantanny po powrocie do Polski. Ten element podróży do Szwecji okazał się najbardziej niejednoznaczny. Przepisy były jasne, jednak ich egzekwowanie okazało się kompletną fikcją.

By uniknąć kwarantanny po powrocie do kraju, jeszcze przed podróżą zapisałam się na test antygenowy w Sztokholmie. Nie miałam kłopotu ze znalezieniem punktu, który będzie czynny w niedzielę po południu, ani ze sfinalizowaniem całego procesu. Bardziej niż patyk w nosie bolała konieczność uiszczenia trzykrotnie wyższej opłaty za test (995 kr, czyli 450 zł). Cena za test była jednak zupełnie proporcjonalna do każdej innej ceny w superdrogim Sztokholmie. Skoro trzeba, to trzeba - tu się ważą losy 10 dni spędzonych na wolności zamiast w czterech ścianach, więc warto. Tylko że...

Nie da się anulować czegoś, czego nie ma



Mojego wyniku testu nie sprawdzono ani na lotnisku w Sztokholmie, ani w Gdańsku. Gdy byłam już przy wyjściu z gdańskiego lotniska, przeraziłam się, że może nieświadomie przeoczyłam coś ważnego i nie dopełniłam ważnego obowiązku, zawróciłam więc do punktu informacji. Tam pracownik lotniska krok po kroku poinstruował mnie, bym zwróciła się bezpośrednio do stacji sanepidu właściwej mojemu miejscu zamieszkania, tj. sopockiej. By się z tym nie spóźnić, zgłoszenia postanowiłam dokonać już w samochodzie, po drodze do domu. Naiwnie sądziłam, że ten jeden telefon załatwi sprawę. Ale skąd!

Okazało się, że sanepid w Sopocie owszem, będzie potrzebował mojego zaświadczenia o negatywnym wyniku testu, ale dopiero wtedy, gdy już nałoży na mnie kwarantannę. Nie może zwolnić mnie z obowiązku odbywania jej, nie nałożywszy jej uprzednio. A nałożyć ją może dopiero wówczas, kiedy otrzyma moje dane od głównej stacji sanepidu, która będzie je mieć od celników z lotniska w Gdańsku.

Dzwoniąc na ogólnopolską infolinię, dowiedziałam się również, że kwarantanna pasażera przylatującego do Polski - niezależnie od tego, czy ma test, czy nie - rozpoczyna się w ciągu dwóch dni od przekroczenia granicy. Wszystko po to, by dać przylatującemu możliwość dotarcia na miejsce odbywania kwarantanny. Czyli: nawet będąc zarażona koronawirusem, mogłabym jeszcze przez dwa dni beztrosko go sobie rozsiewać.

Dla kogo ten test?



To był poniedziałek, 8 marca. W piątek, 12 marca, nieco zaniepokojona moim niepewnym statusem - wciąż nie dostałam powiadomienia o kwarantannie ani o zwolnieniu z niej oraz nikomu nie pokazywałam wyniku testu - znów wykonałam kilka telefonów, już nie tylko do stacji sanepidu, lecz także do Straży Granicznej i na lotnisko, by dowiedzieć się, co tu się właściwie wydarzyło. Pomimo przekazania formularzy przez lotnisko w Gdańsku w odpowiednie ręce moje dane nie zostały w ogóle wprowadzone do bazy osób objętych obowiązkiem kwarantanny.

Mogę się tylko domyślać, czy pozostałych pasażerów tego samego lotu spotkała identyczna przygoda. Czy to znaczy, że lecąc ze Szwecji następnym razem, mogę spożytkować te 450 zł w przyjemniejszy sposób?

Nie ma granicy, więc jest problem



Kolejną kwestią, która pozostaje dla mnie zagadką techniczno-filozoficzną, jest temat przekraczania granicy między Szwecją a Polską lub - szerzej - wszystkich granic krajów objętych strefą Schengen. Skoro w Gdańsku nie ma kontroli granicznej dla przylatujących, a granica sensu stricto właściwie nie istnieje... to czy nie wystarczyłoby, abym zrobiła test już po przylocie do Polski, choćby na lotnisku?

Niestety, w tym wypadku strefa Schengen, mająca przecież na celu ułatwienie podróżowania, nie działa na korzyść podróżujących. Od 29 marca przylatujący do Gdańska z zagranicy mogą wykonać szybki test antygenowy na obecność koronawirusa na lotnisku, ale... dotyczy to wyłącznie pasażerów spoza strefy Schengen, czyli m.in. Wielkiej Brytanii, Irlandii, Bułgarii. Dlaczego? Bo w ich przypadku za przekroczenie granicy uważa się pomyślne przejście kontroli dokumentów w Gdańsku. A gdy nie ma konkretnie wyznaczonej granicy... to jest problem. A właściwie: nie ma żadnego, chyba że chce się być nadgorliwym, tj. przestrzegającym przepisów.

Minął już ponad tydzień, odkąd wróciłam ze Szwecji do Polski i mimo najszczerszych chęci nie dano mi pochwalić się nikomu decyzyjnemu moim negatywnym wynikiem testu w kierunku koronawirusa. Pozostaje więc refleksja: czy w ogóle warto starannie trzymać się przepisów, które nie dość, że co chwilę się zmieniają, to jeszcze nie są w ogóle egzekwowane? Pewnie warto. Ale na pewno się nie opłaca.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (147)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »