Fakty i opinie

stat

Polarnik wrócił z samotnej wyprawy

Zobacz jak parują stopy gdyńskiego polarnika po tym, jak uratował sanie, które wpadły do lodowatej wody.



Mimo że stracił część sprzętu i musiał wędrować dłuższą trasą, gdyński polarnik Rafał Król zakończył sukcesem samotną wyprawę przez Spitsbergen. Kiedy w niedzielę wylądował na gdańskim lotnisku, marzył o obiedzie z kieliszkiem wina i o zrobieniu... prania.



Norweska wyspa Spitsbergen.
Norweska wyspa Spitsbergen. wikipedia.pl
- Wiatr wiał z prędkością 100 km/godz., więc odczuwalna temperatura wynosiła 50 stopni poniżej zera. Do tego jeszcze zmrożony śnieg, po którym ciągnęło się sanie jak po tępym pudrze. Po prostu momentami gorzej niż po betonie - opowiadał Rafał Król, tuż po wylądowaniu w Porcie Lotniczym Gdańsk.

Do Trójmiasta wrócił z odmrożonymi ustami i nosem. Stracił też dziesięć kilogramów wagi i tymczasowo sanki, które zaginęły na lotnisku w Kopenhadze, gdzie polarnik miał przesiadkę w drodze powrotnej. Choć kiedy na początku kwietnia br. rozpoczynał ponad 500-kilometrową wędrówkę przez położoną na Oceanie Arktycznym norweską wyspę Spitsbergen, spodziewał się o wiele większych zagrożeń.

Czy popierasz ekstremalne wyprawy polskich polarników?

tak, pod warunkiem, że mają niezbędne doświadczenie i sprzęt 63%
tak, niech próbują nawet mniej doświadczeni 14%
nie jestem pewien, czy to dobry pomysł 3%
nie, bo to narażanie się na niepotrzebne niebezpieczeństwo 9%
nie interesują mnie takie wyprawy 11%
zakończona Łącznie głosów: 180
Dlatego Rafał Król oprócz dwóch plecaków, do których zapakował m.in. mapy, gps-y i radioboję, został wyposażony także w karabin na wypadek ataku niedźwiedzi polarnych. Jednak zarówno największe lądowe drapieżniki Arktyki, jak i polarnik, trzymali się od siebie z daleka. O wiele większym niebezpieczeństwem podczas wyprawy Berghaus Arctic Challenge okazały się norweskie fiordy.

- Były rozmarznięte, dlatego musiałem iść po lodzie wzdłuż stromego brzegu. W pewnym momencie moje sanki ważące ponad osiemdziesiąt kilogramów przewróciły się i wpadły do wody. Na szczęście udało mi się je wyciągnąć - opowiada gdyński polarnik.

Skutki wypadku z saniami były jednak groźne: zatonęła część żywności i butla z paliwem do kuchenki. Ponadto podróżnik nie mógł korzystać z puchowej kurtki, która zamarzła po tym jak wpadła do lodowatej wody. - Strata przedmiotów, które często są banalne dla ludzi żyjących w miastach, dla polarników może oznaczać koniec wyprawy. Zdarza się nawet, że zgubienie czegoś to kwestia życia lub śmierci - wyjaśnia Rafał Król.

Polskiemu podróżnikowi udało się jednak po 23 dniach samotnej wędrówki na nartach dotrzeć do Verlegenhuken, najbardziej wysuniętego na północ przylądka Spitsbergenu. Gdynianin nie kryje zadowolenia, że udało mu się tego dokonać mimo wypadku z saniami i zmiany trasy na dłuższą. Rozmarzające fiordy zmusiły bowiem podróżnika do nieplanowanego wcześniej przejścia przez spitsbergeńskie góry.

Sprawdź zawartość plecaka gdyńskiego polarnika.

Sprawdź zawartość plecaka gdyńskiego polarnika.

- Moja wyprawa to nie żaden kryzys wieku średniego, tylko chęć sprawdzenia na co mnie jeszcze stać - wyznaje polarnik, a po chwili namysłu zwraca się do internautów: Jeśli któryś ma wątpliwości co do trudów podczas takiej wyprawy, niech weźmie pralkę i wniesie ja z pierwszego piętra na dziesiąte. To tylko 35 metrów wysokości. Ja musiałem na przykład trzy, cztery razy wciągać 85-kilogramowe sanie z wysokości 500 na 1100 metrów.

Obecnie Rafał Król zamierza zrealizować jeszcze jedno marzenie: po długiej i wyczerpującej wędrówce chciałby w końcu zjeść obiad i wypić kieliszek wina. Pranie, o którym marzył, zdążył już zrobić w niedzielę wieczorem.

Opinie (49) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.