Fakty i opinie

stat

Powstała książka o Ryszardzie Krauze. Autorem dziennikarz z Trójmiasta

Rzekome porwanie syna Ryszarda Krauze - Aleksandra - mieli udaremnić pracownicy służb specjalnych. Teraz wielu z nich mówi, że zagrożenie było sfingowane.
Rzekome porwanie syna Ryszarda Krauze - Aleksandra - mieli udaremnić pracownicy służb specjalnych. Teraz wielu z nich mówi, że zagrożenie było sfingowane. fot. Pior Pędziszewski/Trojmiasto.pl

Jaki obraz wyłania się z książki o niegdyś jednym z najbogatszych Polaków, Ryszardzie Krauze? Byli pracownicy - zwłaszcza zarządów - nie powiedzą o nim złego słowa. Być może także dlatego, że w szczytowym momencie jego firmy zatrudniały nawet 150 aktywnych i byłych pracowników służb specjalnych. "Depresja miliardera" to książka pełna nieznanych bliżej faktów i anegdot, ale w gruncie rzeczy opowiada o bolesnym upadku gdyńskiego biznesmena.



Interesują cię losy polskich milionerów?

tak, lubię czytać, jak ludzie doszli do wielkich pieniędzy

40%

tylko jeśli autorzy docierają do nieznanych faktów

23%

raczej nie, nie spodziewam się, by były tam jakieś sensacje

37%
Michał Sielski: Kiedyś o spotkaniu z Ryszardem Krauze marzyło wiele osób. Na "audiencję" trzeba było czekać tygodniami. Teraz też chętnych nie brakuje?

Krzysztof Wójcik, autor "Depresji miliardera": O spotkaniach z Ryszardem Krauze krążą legendy. W książce opisuję kilka z nich, jak choćby historię opowiedzianą przez Krzysztofa Maternę. Miał on spotkać się z miliarderem, pojechał więc do hotelu w Warszawie i czekał w lobby. W tym czasie Krauze zdążył polecieć do Gdyni, załatwić swoje sprawy i wrócić do Warszawy. Gdy wchodził do hotelu, zobaczył Maternę i zdziwił się. "O, Krzysiu! A dlaczego ty tu jeszcze siedzisz?".

Nie zmienia to faktu, że gdy ktoś już dotarł do ucha Krauzego, a większość spotkań dotyczyła próśb o pieniądze, to pomoc otrzymywał.

Czyli z książki wyłania się obraz "dobrego wujka", który pomagał ludziom?

To złożony obraz postaci o kilku twarzach. Zależało mi przede wszystkim na tym, by książka była jak najbardziej obiektywna. Dlatego historię opowiadają ludzie, którzy pracowali czy znali prywatnie Ryszarda Krauze, jego konkurenci z biznesu i ludzie służb specjalnych oraz dostępne dokumenty.

Podczas zbierania materiałów do książki przeprowadziłem około 100 wywiadów. Z niektórymi osobami rozmawiałem kilka razy. Jako pierwszy dziennikarz namówiłem do spotkania i wywiadów matkę Ryszarda Krauzego oraz jego najbliższych współpracowników, którzy teraz po latach potrafili zdobyć się na otwartą krytykę niektórych działań byłego szefa. Część osób występuje pod nazwiskiem, inni anonimowo. Cytuję setki dokumentów: raportów NIK czy akt sądowych i prokuratorskich oraz dokumentów operacyjnych służb specjalnych.

Zależało mi na zachowaniu obiektywizmu w opisaniu tej postaci. Wskazaniu zarówno patologii budowania kapitalizmu w Polsce, jak i działań pozytywnych. Mimo wielu lat pracy dziennikarskiej, nigdy nie napisałem ani jednego tekstu na temat Ryszarda Krauze, więc miałem do niego odpowiedni dystans.

Pokazuję więc nie tylko stronę donatora, ale także biznesmena, który uparcie dążył do celu, a firmami zarządzał twardą ręką. Na spotkaniach zarządu zazwyczaj nie było dyskusji. Wiadomo było, kto wyznacza kierunek i do kogo należy ostatnie słowo. Także dlatego Krauze bywał nazywany "cesarzem".

Nikt nie odzywał się bez potrzeby?

Odzywał, ale ostrożnie. Prof. Piotr Borowicz z rady nadzorczej Biotonu, opowiadał mi, że podczas jednego ze spotkań chciał rozładować napiętą atmosferę i opowiedział dowcip. "Idzie Ryszard Krauze po Bulwarze Nadmorskim i nagle z wody wyskakuje złota rybka. Prezes ją łapie i od razu mówi: No mów szybko jakie masz trzy życzenia, bo mam niewiele czasu...". Gdy skończył, wszyscy zamarli i czekali, jak zareaguje szef. Dopiero gdy się roześmiał, sala wybuchła śmiechem. Ryszard Krauze miał w swojej firmie niemal boską pozycję i z takim respektem był traktowany. W tej celebrze było wiele manipulacyjnych zabiegów samego Krauzego, który potrafił wykorzystać ludzkie słabości i nimi sterować. Pewnego razu jego 50-letni pracownik przyszedł do prezesa po radę, bo zakochał się w 20-latce i chciał zostawić żonę. Chciał usłyszeć, co w tej sytuacji poradzi mu prezes.

Prof. Piotr Borowicz opowiadał, że podczas jednego ze spotkań chciał rozładować napiętą atmosferę i opowiedział dowcip: "Idzie Ryszard Krauze po Bulwarze Nadmorskim i nagle z wody wyskakuje złota rybka. Prezes ją łapie i od razu mówi: No mów szybko jakie masz trzy życzenia, bo mam niewiele czasu...". Wszyscy zamarli i dopiero gdy śmiać zaczął się Ryszard Krauze, to sala wybuchła śmiechem
Trudno się dziwić. W spółkach Krauzego zarabiało się dobrze.

Albo i bardzo dobrze. Bonusami dla osób z zarządu nie był tylko telefon czy samochód, ale np. 700-metrowy apartament w Orłowie. Gdy Krauze zamykał jedną z firm i poinformował o tym pracowników, jeden z dyrektorów zwrócił mu uwagę, że wciąż korzysta z firmowego mercedesa, wartego ok. 150 tys. zł. Krauze na to: "OK, zostaw go sobie".

Byli tacy, którzy nigdy nie przychodzili do pracy, nikt nie wiedział, czym się zajmowali, a co miesiąc wpływało na ich konto 6 tys. dolarów. Taką historię opowiadał mi oficer GROM-u, którego kolega z UOP "pracował" w Prokomie i niespecjalnie krył się z tym, że nic nie robi. Jak wspomniał jeden z wiceprezesów Prokomu, tzw. wazonów było w firmie sporo. W szczytowym momencie prosperity, w Grupie Prokom pracowało ok. 150 osób, które wcześniej były związane ze służbami specjalnymi.

Mamy więc prosperity, ale nagle pojawia się pomysł na wydobywanie ropy w Kazachstanie...

Ryszarda Krauze zgubił chyba syndrom biznesowej pychy i wszechmocy. Może w pewnym momencie uwierzył, że jest na tyle silny, że wszystko może. Jak wskazywali jego znajomi: zabrakło pokory. Na polskie warunki był grubą rybą, ale dla światowego rynku wydobywania i handlu ropą nie był nawet płotką, a planktonem. I szybko został pożarty. Podczas osobistej rozmowy też to przyznał, że przeliczył swoje możliwości. Porwał się z motyką na słońce.

Żałuje teraz tej decyzji?

Tak. W rozmowie przyznał mi, że błędem było kredytowanie Petrolinvestu z wielu źródeł. Gdyby pieniądze pochodziły tylko z giełdy, jedna spółka by upadła i nie byłoby kłopotu. Poza tym sama decyzja o wejściu w inwestycję zapadła bardzo szybko, co zszokowało nawet najbliższych współpracowników Prokomu. Teraz mówią, że za miliony dolarów kupiono bezwartościowe mapki.

Co bardziej wpłynęło na upadek Krauzego: klęska Petrolinvestu czy nagranie z hotelu Marriott, pokazujące jego niejasne związki z najważniejszymi politykami w Polsce?

Był czas, kiedy mówiło się, że to Ryszard Krauze wyznacza ministrów, ale po tym nagraniu odwrócili się od niego wszyscy, nawet wasale ze służb specjalnych. Warto jednak zadać sobie pytanie: skoro zatrudniał kilkadziesiąt osób związanych z SB, WSW, WSI, ABW to czemu nikt mu nie powiedział, że tam jest kamera? O kulisach wydarzeń w Mariotcie Krauze nie chce dziś rozmawiać. Gdy o to zapytałem, odparł, że "w jego wieku można mieć już kłopoty z pamięcią".

Wielu ludzi zawsze fascynuje zdobycie pierwszego miliona. Skąd Krauze miał pieniądze na rozpoczęcie biznesu? W informacji na jego temat pojawia się czarna dziura na początku: wyjechał za granicę, wrócił, założył firmę, a już po chwili był "Grubym Ryśkiem", którego niektórzy podziwiali, a inni się bali.

Jego matka mi powiedziała, że Ryszard miał biznes "we krwi". Przed wojną jego rodzina miała dwa sklepy, które potem zabrali im komuniści. A smykałkę do zarządzania zdradzał od najmłodszych lat. Już jako dziecko chciał być w przedszkolu przed wszystkimi, by rozdzielać dzieciom zabawki. Szybko zaczął uczyć się języków obcych, co niewątpliwie pomogło mu na starcie. Nauczył się trzech, a w tamtych czasach dziecko uczące się tylko angielskiego było ewenementem. Jak mówiła mi jego mama, pierwsze pieniądze na biznes miał z Niemiec. Dorzuciła się też rodzina. Z tego zrodziła się pierwsza firma, w której kapitałem zakładowym były dwa komputery.

Byli politycy sami powinni sobie odpowiedzieć, czy rzeczywiście zasługiwali na pensje w wysokości 100 tys. zł, wypłacane co miesiąc przez wiele lat.
A potem zaczęły się kontakty ze służbami, niejasne interesy, kontrowersje w umowach z państwowymi instytucjami.

Na niektóre usługi za miliony nawet nie było przetargu, choć wielu podkreślało, że nawet według ówczesnego prawa powinny zostać przeprowadzone. Choćby kontrakt z ZUS, najpierw podpisany za czasów SLD, a potem AWS. Ryszard Krauze robił wszystko dla swoich firm, które miały zarabiać jak najwięcej pieniędzy.

Ale ta książka opowiada nie tylko o nim, ale też o całym systemie biznesowo-politycznym w Polsce. To raczej ciemny obraz naszej klasy politycznej. Wielokrotnie moi rozmówcy podawali w wątpliwość, czy były polityk, który formalnie jest tylko otwieraczem drzwi, powinien zarabiać miesięcznie 100 tys. zł przez wiele lat. W książce przytaczam kilka umów o pracę w Prokomie. Dla zwykłego śmiertelnika te pensje są powalające i kompletnie nierealne. No ale Krauze dla swoich pracowników był hojny...

Duże pieniądze to duże ryzyko.

W czasie rozkwitu interesów Ryszarda Krauze nawet on nie nadążał za niektórymi szczegółami, choć pracował od godz. 12-13 do 1 w nocy. Wcześniej grał w tenisa, chodził na basen czy siłownię. Ale zdarzyło się, że kontrakt na 26 milionów złotych podpisywał w samochodzie na lotnisko i mówił "Mam nadzieję, że podpisuję właściwe dokumenty, bo nic nie widzę."
Poruszam też wątek planów rzekomego porwania jego syna. Pod koniec lat 90. miała krążyć na Wybrzeżu lista osób do porwania. Takie informacje dotarły też do Krauzego i byłego barona SLD Jerzego Jędykiewicza. Potem okazuje się, że tę atmosferę ciągłego zagrożenia podsycali byli oficerowie służb, którzy zasilali świtę biznesmena. Po latach były oficer CBŚ opowiadał mi, że historia była sfingowana, by wyłudzić od osób ze świecznika gotówkę za późniejszą ochronę.

Jak było naprawdę, dziś trudno wyjaśnić. Pewne jest, że przez lata ochrona biznesmena ciągle się rozrastała. W pewnym momencie był chroniony prawie jak Barack Obama. W czasie rozkwitu interesów Ryszarda Krauze nawet on nie nadążał bowiem za niektórymi szczegółami, choć pracował od godz. 12-13 do 1 w nocy. Wcześniej grał w tenisa, chodził na basen czy siłownię. Ale zdarzyło się, że kontrakt na 26 milionów złotych podpisywał w ciemnym samochodzie, w drodze na lotnisko. Mówił: "Mam nadzieję, że podpisuję właściwe dokumenty, bo nic nie widzę."

A teraz co? Siedzi w ogródku i nawet grilla nie rozpali, bo media rozpisywały się, że wyprzedał co się dało?

Pewnie każdy z nas chciałby być takim "biednym człowiekiem" jak Ryszard Krauze.
Dziś lata po świecie, mówi, że doradza w inwestowaniu w startupy. Wciąż trudno się z nim umówić, bo ciągle jest poza Polską. Jego asystentka przekładała termin naszej rozmowy przez pół roku. A gdy do spotkania już doszło, to okazało się, że na wiele pytań Ryszard Krauze odpowiadać nie chce. I pewnie nie odpowie nigdy.

Krzysztof Wójcik.
Krzysztof Wójcik. fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl
Krzysztof Wójcik - wieloletni dziennikarz trójmiejskich i ogólnopolskich mediów, także Trojmiasto.pl. Przez wiele lat z sukcesami zajmował się dziennikarstwem śledczym. Jest dwukrotnym laureatem nagrody Grand Press w kategorii "news". W 2004 roku zdobył ją za tekst o korupcji na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, a rok później za ujawnienie korupcji w trójmiejskich sądach (wspólnie z Romanem Daszczyńskim). Zdobył też Złoty Notes dla najlepszego dziennikarza Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w 2006 roku oraz nominację do Nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego. Obecnie współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym", jest też wydawcą w Telewizji Polskiej.

"Depresja miliardera" to jego debiut literacki. Żeby ją napisać, spotkał się ze 100 osobami i przejrzał tony akt. Rozmawiał niemal z każdym, kto miał związek z Ryszardem Krauze - od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, po korepetytorki pracujące w rodzinie biznesmena.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (145)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.