Fakty i opinie

stat

Przedwojenni kierowcy na gdyńskich drogach

artykuł historyczny
Najnowszy artukuł na ten temat

Morskie symbole Gdyni

Samochody i rowery na ulicy Świętojańskiej. Widoczny budynek Komunalnej Kasy Oszczędności i kawiarni Bons Amis.
Samochody i rowery na ulicy Świętojańskiej. Widoczny budynek Komunalnej Kasy Oszczędności i kawiarni Bons Amis. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Raport drogowy w Trojmiasto.pl codziennie dostarcza informacji o typowych bądź nietypowych zdarzeniach na drogach. Mogłoby się wydawać, że przyczyną licznych kolizji i innych drogowych zdarzeń jest ogromna liczba pojazdów i pieszych. Okazuje się jednak, że nawet gdy aut było wielokrotnie mniej, ich kierowcy byli zagrożeniem dla innych i samych siebie.



Gdyńska prasa z czasów międzywojennych obfituje w opisy wypadków drogowych.

Kierowcy, - czy też, jak ich nazywano wówczas, "szoferzy" - nie byli wcale rozważniejsi niż dzisiaj. "Dziennik Gdyński" pisał o ukaraniu mandatami za zbyt szybką jazdę czterech z nich, komentując: "Smutne to, że wobec tylu nieszczęść, jakie się wydarzyły (...) trzeba jeszcze wciąż zapisywać naszych pp. Szoferów do kary za zbyt szybką jazdę".

Istotnie, drogi gdyńskie obfitowały w wypadki komunikacyjne, a za przykład może posłużyć niewielka próba z tegoż "Dziennika Gdyńskiego" przełomu października i listopada 1931 r.

Lata 30. w Gdyni. Samochody mijające się na ul. Świętojańskiej.
Lata 30. w Gdyni. Samochody mijające się na ul. Świętojańskiej. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Najczęstsze wypadki miały miejsce z udziałem pieszych. Oto 21 listopada kierowca "autodorożki" (taksówki) Stanisław Maturski "jadąc nadmierną szybkością przy zbiegu ulicy Świętojańskiej i 10 Lutego najechał na przechodzącego kupca Długolewskiego Antoniego". Ofiara wypadku "ze złamaną prawą nogą powyżej kostki i ogólnym potłuczeniem ciała i głowy w stanie nieprzytomnym" została przewieziona do Szpitala Sióstr Miłosierdzia, sprawca zaś "został przytrzymany i przekazany zostanie do dyspozycji władz sądowych".

Zobacz także: Gdynia - przedwojenna motoryzacyjna stolica Polski

Pieszy mógł ucierpieć także od konsekwencji wypadków, w których w ogóle nie zetknął się z samochodem sprawcy. 3 listopada późnym wieczorem samochód firmy Singer z Gdyni "za szpitalem dla zakaźnych [przy Szosie Gdańskiej - J.Sz.]" uderzył w słup energetyczny, łamiąc go. "Przechodzący tędy niejaki Jan Wyszyński został ciężko pokaleczony - Pogotowie Ratunkowe odwiozło go do Lecznicy Nadmorskiej".

Nie oznacza to, że kierowcy byli z definicji sprawcami wypadków. 17 października ośmioletnia Halina Lachoń wyskoczyła przed samochód prowadzony przez Zygmunta Jarmackiego. Dzięki "nadzwyczajnej przytomności umysłu szofera, który natychmiast samochód zahamował, dziecko odniosło tylko lekkie obrażenia" i już wieczorem, po opatrzeniu, znalazło się w domu. Sakramentalnego pytania "gdzie byli rodzice?" autor artykułu nie zadał, żadnych pouczeń w tej kwestii nie dodał, a jeśli ktoś pragnął skomentować artykuł, musiał potrudzić się z napisaniem komentarza i przesłania go redakcji, która niekoniecznie musiała go opublikować.

Dochodziło także do zdarzeń drogowych z udziałem rowerzystów. Oto ostatniego dnia października 1931 r. na Szosie Gdańskiej (obecnej Alei Zwycięstwa) samochód osobowy najechał na poruszającego się rowerem Bartłomieja Adamczyka z Gdyni; rowerzysta doznał potłuczeń, natomiast zniszczony został całkowicie rower o wartości 350 zł (godzinna stawka dla robotnika wynosiła między 80 groszy a 1 zł) Jak konkludują autorzy notatki, "wine w wypadku ponosi szofer samochodu, który poszkodowanemu nie udzielił pomocy, lecz natychmiast po wypadku odjechał dalej".

Parę dni później, przy tej samej Szosie Gdańskiej, "nieznany rowerzysta" wpadł na 77-letnią Mariannę Bronkową. W wyniku uderzenia rozpędzonego cyklisty starsza pani "odniosła szereg obrażeń cielesnych i odwieziona została do szpitala Sióstr Miłosierdzia" (obecny szpital miejski św. Wincentego a Paulo). Nie poruszyło to niestety sprawcy, który zbiegł z miejsca wypadku.

Mogłoby się wydawać, że bezpieczniejszym miejscem dla rowerzystów byłyby chodniki. Już wówczas jednakże było to zabronione; "Dziennik Gdyński" donosił w końcu października 1931 r. o mandacie wypisanym Juliuszowi Kankowskiemu z Gdyni "za prowadzenie roweru po chodniku", jako że "przez to tamowany bywa ruch pieszy".

Samochody przed gmachem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i kawiarnią Bałtyk.
Samochody przed gmachem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i kawiarnią Bałtyk. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Nie zawsze sprawcom wypadków udawało się uciec od odpowiedzialności. 23 października 1931 r. na Szosie Gdańskiej za restauracją "Pomorzanka" Józef Palicki, kierujący "autodorożką nr 46 P-M 13728" najechał na przechodzącego przez jezdnię robotnika Brunona Górskiego, "zadając mu ciężkie urazy cielesne głowy i prawej nogi". Ranny trafił do szpitala Sióstr Miłosierdzia, na szczęście jego stan "nie budził obaw". Kierowca "autodorożki" został jednakże aresztowany, gdyż, jak donosi gazeta na podstawie relacji świadków, "jechał nadmierną prędkością i nie stanął po spowodowaniu wypadku, lecz został zatrzymany przez wychodzącą z kościoła publiczność".

Następnego dnia doszło do kolejnego wypadku z udziałem taksówki. "Około godziny 17-tej autodorożka nr 4 P-M 12999, prowadzona przez szofera Jarmackiego Zygmunta, jadąc ul. Świętojańską w stronę Orłowa, tuż przy restauracji Cristal potrąciła Aleksandra Jurczyńskiego, właściciela pracowni obuwia". Pieszy został uderzony lewym błotnikiem i nieszczęśliwie dostał się pod koła samochodu; przybyły lekarz udzielił pierwszej pomocy, po czym ofiarę odwieziono w ciężkim stanie do szpitala Sióstr Miłosierdzia.

Choć winę za wypadek ponosił częściowo nieostrożny pieszy, stan techniczny "autodorożki" wzbudził podejrzenia służb. Zawezwany rzeczoznawca stwierdził: "hamulec nożny nie hamował dostatecznie", zaś "przecieracz automatyczny szyby przedniej nie działał, z tego też powodu przy dżdżystej pogodzie zmniejszona była obserwacja jezdni". Jak widzimy, kierowca taksówki jeździł sobie po mieście z niesprawnymi hamulcami, bez wycieraczek, w ponury, mroczny, deszczowy październikowy wieczór. Nie dziwi fakt, że został aresztowany, "samochód zaś do czasu uskutecznienia napraw unieruchomiono".

Widok wozu ciągniętego przez konia był czymś naturalnym na ulicach przedwojennej Gdyni.
Widok wozu ciągniętego przez konia był czymś naturalnym na ulicach przedwojennej Gdyni. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rzadziej niż dzisiaj dochodziło do kolizji pomiędzy pojazdami, przy czym najczęściej były to zderzenia samochodów z wozami konnymi, najczęściej wówczas spotykanym rodzajem pojazdu. 5 listopada w południe wojskowa półciężarówka Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku uderzyła w wóz wiozący ziemniaki. Jak pisano, "Wskutek zderzenia woźnica Juljusz Krause z Białorzeki, pow. Morski, spadł z wozu tak nieszczęśliwie, że głowa jego dostawszy się pod koła samochodu została rozmiażdżona (...) Dochodzenie w celu ustalenia winy wypadku w toku".

Miały też miejsce wypadki bez udziału pieszych czy innych pojazdów. W początkach listopada 1931 r. koło Kolibek na szosie do Sopotu "66-letni ogrodnik Józef Hoga" jadący wozem drabiniastym "wskutek złamania oparcia drabiny (...) wypadł z wozu, uderzając głową o bruk i w dodatku tak nieszczęśliwie, że obsunął się pod tylne koła wozu, które przeszły przez niego, miażdżąc mu klatkę piersiową. Nieszczęśliwy po kilku minutach wyzionął ducha".

Szofer czy woźnica pozostawał zawodem niemal czysto męskim. Widać to w komentarzu do wypadku, o którym "Dziennik Gdyński" informował w październiku, choć tym razem odnoszono się do wydarzeń dość odległych geograficznie. Dnia 17 tegoż miesiąca na szosie z Grudziądza do Radzynia samochodem służbowym słynnej fabryki "Pe-Pe-Ge" jechał kierownik filii w Wąbrzeźnie Stanisław Blichacz w towarzystwie szofera firmy Jana Baranowskiego oraz dwóch panien - BronisławyWandy Obstównych. Samochód wpadł na drzewo i "uległ całkowitemu zniszczeniu". Ciężkie obrażenia odniósł Blichacz i Bronisława Obstówna, których stan uznano za beznadziejny.

Jednakże autor notatki znalazł też prawdopodobną w jego mniemaniu przyczynę wypadku; jak pisał, "w krytycznej chwili samochód miała prowadzić jedna z jadących pań". Panująca wówczas mizoginia kazała traktować kobiety jako mniej zdolne do obsługi maszyny tak skomplikowanej jak samochód osobowy.

Posmak siły tego antykobiecego sentymentu możemy zyskać, oglądając film "Irena do domu!" z 1955 r., z Lidią WysockąAdolfem Dymszą w rolach głównych, o perypetiach tytułowej Ireny podejmującej pracę kierowcy. A i w o trzydzieści lat późniejszych legendarnych "Zmiennikach" zatrudnienie kobiety do kierowania taksówką było trudne do przyjęcia... ale to już inna historia.

Opinie (82) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.