Fakty i opinie

stat

Sopockie przypadki miłosne słynnego poety

artykuł historyczny
Halina Misiołek była miłością Zbigniewa Herberta. Poeta walczył o jej względy nawet wówczas, gdy związał się już z inną kobietą.
Halina Misiołek była miłością Zbigniewa Herberta. Poeta walczył o jej względy nawet wówczas, gdy związał się już z inną kobietą.

Zbigniew Herbert mieszkał w Sopocie na przełomie lat 40 i 50. XX w. To były ważne lata w życiu poety. Biografowie twierdzą, że właśnie wówczas ukształtował się intelektualnie, pisarsko i uczuciowo. Tu spotkał swoją pierwszą, wielką miłość, którą po latach nazwał "Pierwszą wielką opuszczoną".



Zbigniew Herbert (1924-98) pochodził ze Lwowa z dobrze sytuowanej rodziny mieszczańskiej. Ojciec Bolesław z wykształcenia był prawnikiem, z zamiłowania humanistą.

Jeszcze we Lwowie przyszły poeta uległ wypadkowi, który naznaczył go na całe życie. Podczas jazdy na nartach złamał kość udową prawej nogi. Złamanie było na tyle skomplikowane i źle leczone w warunkach okupacji, że noga źle się zrosła. Trzeba było ją łamać i ponownie składać. Trzeba było także podciąć ścięgno. W efekcie Herbert miał krótszą nogę, a stopę nieco wykręconą. Do końca życia wyraźnie utykał.

Nowy początek w Sopocie



Podczas wojny Herbertowie przenieśli się do Krakowa, a po jej zakończeniu do Trójmiasta. W maju 1945 r. Bolesław otrzymał propozycję pracy w gdańskim Biurze Odbudowy Portów na stanowisku naczelnika Wydziału Finansowo-Budżetowego. Herbertowie otrzymali w przydziale 80-metrowe mieszkanie na pierwszym piętrze budynku przy ul. Batorego 8 (wkrótce przemianowanej na Bieruta, a dziś to ulica Haffnera) w Sopocie.

Budynek przy ul. Haffnera 8 w Sopocie (wcześniej Batorego oraz Bieruta). To tu mieszkał podczas swojego pobytu na Wybrzeżu Zbigniew Herbert.
Budynek przy ul. Haffnera 8 w Sopocie (wcześniej Batorego oraz Bieruta). To tu mieszkał podczas swojego pobytu na Wybrzeżu Zbigniew Herbert. fot. Tomasz Kot/trojmiasto.pl
Mieszkanie miało cztery pokoje i zaopatrzone było w obszerną werandę. W kurorcie Herbertowie zjawili się w lipcu 1945 r. Do rodzinnej tradycji przeszła opowieść o tym, jak wprowadzając się do nowego lokum, wewnątrz zastali radzieckiego żołnierza, który szablą usiłował rozbić zamek komody, aby dostać się do zawartości.

Wolnego Miasta nie widział



Nie był to pierwszy kontakt rodziny Herbertów z Wybrzeżem. Ostatnie przedwojenne wakacje w sierpniu 1939 r. rodzina spędziła w Jastarni. Jadąc na helską kosę i wracając znad morza do Lwowa, przejeżdżali przez Gdańsk i Sopot.

Wówczas matka Zbigniewa nie zdecydowała się zabrać dzieci na wycieczkę do Wolnego Miasta. Pojechała tam na krótko sama. W powietrzu wisiała wojna, a dworce i ich okolice upstrzone flagami ze swastyką i wypełnione marszową muzyką z megafonów budziły głęboki niepokój.

Wspólne obiady Benka i Pifcii



Wraz z odwołaniem i wyrzuceniem z Wybrzeża Eugeniusza Kwiatkowskiego, zarządzającego BOP, kończy się także popyt na przedwojennych specjalistów, szczególnie takich, którzy nie podzielają entuzjazmu wobec nowych władz.

W swojej trójmiejskiej karierze zawodowej Bolesław Herbert ima się różnych zajęć. Prowadzi dokształcające kursy dla kupców z Sopotu i Oliwy, uczy ekonomii w Państwowym Liceum Ekonomicznym i Technikum Finansowym Sopocie, a także wykłada bezpieczeństwo i higienę pracy na Politechnice Gdańskiej. Przez pewien czas nawet pełni rolę radcy prawnego PG.

Pamiątkowa tablica na domu przy ul. Haffnera, w którym mieszkał Zbigniew Herbert podczas pobytu w Sopocie.
Pamiątkowa tablica na domu przy ul. Haffnera, w którym mieszkał Zbigniew Herbert podczas pobytu w Sopocie. fot. Tomasz Kot/trojmiasto.pl
Matka poety zajmuje się domem i dorabia, prowadząc kiosk z gazetami. W latach późniejszych produkuje i sprzedaje sztuczne kwiaty.

Z lwowskich czasów do Sopotu został przez Herbertów przeniesiony rytuał wspólnego spożywania posiłków o stałych porach. Obiady o godz. 14 i kolacje o godz. 19. Biada temu z domowników, który bez ważnej przyczyny rytuał ten opuszczał. Z przedwojnia pozostał też zwyczaj nadawania członkom rodziny zdrobnień imion.

W gronie rodzinnym Zbigniew stawał się Benem lub Benkiem, a jego siostra Halina - Pifcią.

Po osiedleniu się rodziców w Sopocie przyszły poeta przyjeżdżał tu na wakacje. Na stałe do Sopotu wprowadził się latem 1947 r.

Skończyć z mordą



Gdy poeta mieszkał w Sopocie, rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Herbert miał również zacięcie malarskie. Jednak wbrew temu, co opowiadał, nigdy nie studiował na krakowskiej ASP.

W jego notatnikach, rękopisach i szkicownikach znaleźć można setki drobnych rysunków. Najstarszy z zachowanych pochodzi z końca lat 40. i zawiera przede wszystkim rysunki Sopotu i Torunia. Najprawdopodobniej uczestniczył w kursie rysowania zorganizowanym w Sopocie przez miejscowy Związek Plastyków.

Początkujący poeta miał zresztą stały kontakt z artystami szkoły sopockiej, mającymi ogromny wpływ na trójmiejskie życie artystyczne i kulturalne. Herbert pisał do prasy recenzje z sopockich Festiwali Sztuk Plastycznych. Przysłuchiwał się prelekcjom o sztuce, dyskutował, sam próbował malować.

W jednym z listów opisuje, jak wyglądało malowanie obrazu przez malarzy ze szkoły sopockiej:

"Widziałem, jak malowano kolektywnie obraz "Rok 1905". Nie malowali Świerczewskiego ani nie malowali Bieruta, słowem - mniejsze zło. Jeden z nich w czasie pracy mówił: "Julek, skończyłeś już z tą mordą ? To przesuń się, bo buty będę malował".

Bank Inferno



Zanim jednak Zbigniew Herbert zaczął funkcjonować w kręgu trójmiejskich pisarzy, poetów i malarzy, idąc za głosem rozsądku i rodzicielskimi naciskami, przez pewien czas usiłował pracować w bardziej praktycznych zawodach. 1 marca 1948 r. został pracownikiem gdyńskiego oddziału Narodowego Banku Polskiego.

Początkowo zajmuje się wychwytywaniem i niszczeniem zużytych banknotów, by po pewnym czasie trafić za okienko jako starszy referent kredytowania bezpośredniego. Pracuje tam przez kilka miesięcy, a swoje zajęcie nazywa strasznie nudnym i głupim.

Nic dziwnego, że z pracą rozstaje się z ulgą. Śladem po tych męczarniach jest znajdujący się w archiwum autora zarys nigdy nieukończonego dramatu o tytule "Bank Inferno".

Po wakacjach Zbigniew zaczyna redagować "Przegląd Kupiecki", pismo Związku Zrzeszeń Kupieckich Województwa Gdańskiego. Redakcja czterostronicowego dwutygodnika mieściła się w Gdyni przy ul. Świętojańskiej 78.

Miedzy 1948 i 1949 rokiem Zbigniew Herbert redagował dwutygodnik "Przegląd Kupiecki".
Miedzy 1948 i 1949 rokiem Zbigniew Herbert redagował dwutygodnik "Przegląd Kupiecki".
Praca ta skazana była na porażkę, ponieważ władza wkrótce zniszczyła prywatny handel i kupców. Pismo przestało wychodzić w 1949 r.

W tym czasie przyszły "książę poetów" zatrudniony zostaje w okręgowym oddziale Związku Zawodowego Literatów Polskich. Biuro mieści się na rogu ul. Gwardii Ludowej (obecnie Mokwy) i Powstańców Warszawy w Sopocie.

Kierownik od kartek na jedzenie i zaległych składek



Zbigniew Herbert pełni funkcję kierownika biura. Przydaje się jego ekonomiczne wykształcenie. Administruje działaniami związanymi głównie ze sprawami bytowymi członków oddziału. Podpisuje się na pismach "za zarząd - Zbigniew Herbert".

Młody poeta ma na głowie podania o pożyczki, ulgowe bilety lub wczasy, sprawy urządzenia świetlicy lub bolesne sprawy zaległych składek. Herbert apeluje do Wydziału Kultury i Sztuki Województwa Gdańskiego o przyznanie fortepianu, względnie pianina, wykłóca się z kuratorium o źle przygotowane odczyty dla uczestników kolonii letnich lub informuje zarząd główny ZZLP o "członkach naszego oddziału, którzy nie otrzymali kartek żywnościowych".

Kamień Zbigniewa Herberta w Łazienkach Północnych w Sopocie, nieopodal miejsca, w którym mieszkał poeta.
Kamień Zbigniewa Herberta w Łazienkach Północnych w Sopocie, nieopodal miejsca, w którym mieszkał poeta. fot. Tomasz Kot/trojmiasto.pl
Po latach o pracy w oddziale napisze:

Obok kilku zasłużonych pisarzy starszego pokolenia przedziwna konwokacja ludzi, którzy wyszli z lasu, z obozów, ze zburzonej Warszawy, oflagów i armii - młodzi kandydaci na geniuszów, którzy zapowiadali arcydzieła, ale na razie przynosili podania o mieszkanie.
Ten oddział był jak wagon pociągu ewakuacyjnego. Starsi już przeważnie panowie i damy z Wilna i okolic przez okrągły rok chodziły w futrach, jakby w stanie pogotowia przed najbliższą wywózką.

Bronił pokoju odczytami w PGR-ach



Członkowie ZZLP jeździli na odczyty, spotkania z czytelnikami, do domów dziecka, pegeerów, szkół, zakładów pracy, szczególnie na terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego. Płacono od 150 do 300 złotych za spotkanie, a spotkań takich bywało kilka.

W kilka dni można było zarobić równowartość połowy miesięcznej pensji. Zdarzało się, że przemawiali do sali pełnej śpiących ludzi. Dla pracowników PGR-ów czy fabryk często była to jedyna możliwość odpoczynku od ciężkiej pracy.

W sierpniu 1950 r. w ankiecie Herbert podaje, że ma za sobą około 30 odczytów. Ich tytuły to: "Jak poezja broni pokoju", "Liryka Słowackiego", "Tajemnica śmierci Mickiewicza". Wśród członków oddziału byli m.in: Lech Bądkowski, Franciszek Fenikowski, Marian Brandys.

Literaci, podobnie jak większość ludzi w tamtym czasie, odreagowywali wojnę. Bawili się, dyskutowali. Wpadali do "Grand Hotelu", do "Słoneczka" lub "Pod Strzechę". Spotykali się w domach. Młody Herbert pracuje biurko w biurko z Haliną Misiołek (1915-2000).

Halina i Zbyszek - miłość nieoczywista



Halina prowadziła biuro ZZLP. Pochodziła z rodziny bogatych ogrodników z Wielkopolski, właścicieli gospodarstwa ogrodniczego i kwiaciarni w Poznaniu. Jej mąż Edmund (1915-87) był literatem, tłumaczem i dziennikarzem. Na przełomie lat 40. i 50. redagował "Rejsy", dodatek "Dziennika Bałtyckiego".

Misiołkowie mieli dwie córki: TeresęDorotę. Mieszkali na parterze kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 6 w Sopocie. Zbyszek poznał Halinę na przełomie 1947 i 48 r. na imprezie w mieszkaniu sekretarza oddziału Włodzimierza Wnuka (1915-92) przy ul. Sikorskiego 2.

Jak wspominała po latach Halina Misiołek, początkujący poeta zupełnie jej się na początku nie podobał.

"Drobniutki, szczuplutki, chłopyszek, dzieciak. Odpychałam go, uciekałam, miałam przecież małe córeczki, męża.
Nie byłam chyba specjalnie piękna, ale pełna życia, energii, beztroska, oczytana. Dlaczego ja? - pytałam. Czemu nie znajdziesz sobie ładnej, młodej dziewczyny, o co w Sopocie nietrudno, wystarczy pójść na plażę, na molo? Czuły, delikatny, kochający, nadskakujący. Na plaży nie ruszał się z koca, bo widać było bliznę, czuł się tam źle. Bez buta bardziej utykał. Był jeszcze nikim, dopiero zaczynał, ale bardzo chciał pisać, miał zawsze ze sobą notesik, w którym notował pomysły, złote myśli".
Herbert adorował swoją wybrankę poetycznie i sztubacko. Wyciągał na spacery do Orłowa, wczesnym rankiem zjawiał się pod oknami jej mieszkania przy ul. Dąbrowskiego 6, które znajdowało się na parterze. Zostawiał na parapecie bukiecik fiołków czy stokrotek, rysunki kwiatów z sześcioma płatkami, czyli tyle, ile liczy słowo "kocham".

Halina dusiła się w swoim małżeństwie. Jej mąż był dobry, spokojny, porządny, ale nieuczuciowy, nudny.

Związek z poetą rozpoczął się romantycznie - w noc świętojańską 1950 r.

"Kocham pana żonę". "Nie dziwię się"



W tak małym środowisku romans był tajemnicą poliszynela. Sytuacja była trudna. Zresztą, jak przyznała po latach Halina Misiołek, nie myśleli o ślubie. W ich środowisku skandalem byłby rozwód. Ponowne małżeństwo kobiety z dwójką dzieci z młodszym o 10 lat mężczyzną również. Prawdopodobnie nie do udźwignięcia dla obu rodzin.

Zresztą Herbertowie nie przepadali za wybranką syna. Gdy Zbigniew pojawił się z nią na niedzielnym obiedzie na Bieruta, doszło do awantury.

Mimo to dla wierzącego Zbigniewa romans z mężatką, do tego żoną kolegi, był na dłuższą metę nie do pomyślenia. Przyszedł więc blady jak trup do jej męża i powiedział: "Kocham pana żonę". Na co Misiołek odpowiedział: "Nie dziwię się".

Misiołek nie chciał się jednak zgodzić na rozwód ze względu na katolickie zasady, córki i odpowiedzialność. Uważał że związek Haliny z egoistycznym młodym człowiekiem nie ma szans.

Pierwsza wielka opuszczona



Ostatecznie kochankowie postanawiają "skończyć z niedobrą miłością". Herbert wyjeżdża z Sopotu w 1951 r. Wcześniej kończy toruńską filozofię. Nie kończy to jednak romansu. Piszą do siebie listy. Spotykają się w Sopocie, w Warszawie, w miastach leżących w połowie drogi. Razem podróżują i spędzają wakacje. Ostatni raz są w Brodnicy w sierpniu 1956 r.

Dom przy ul. Jarosława Dąbrowskiego 6 w Sopocie. To tu mieszkali Halina i Edmund Misiołkowie i to tu - na parapecie - Herbert zostawiał podarki dla swojej ukochanej.
Dom przy ul. Jarosława Dąbrowskiego 6 w Sopocie. To tu mieszkali Halina i Edmund Misiołkowie i to tu - na parapecie - Herbert zostawiał podarki dla swojej ukochanej. fotopolska.eu
Kres następuje w 1957 r. Halina przyjeżdża do poety do Warszawy. W restauracji Herbert wyznaje, że poznał inną kobietę. Po tylu zerwaniach nie wierzyła, że to naprawdę koniec. Po kilku miesiącach Halina wyjeżdża z Sopotu i przeprowadza się z dziewczynkami do matki do Poznania. Pali za sobą mosty. Córki mają jej to za złe, bo Sopot to było "ich miejsce".

Herbert - choć mu zabroniła - pisze, dzwoni, robi podchody, uważa, że jednak nie powinni zrywać tak nagle. Do końca życia poety nie wspomina o romansie z Herbertem. Mimo że Zbigniew pisze do niej cały czas. Ostatni list wysyła do Haliny 19 lipca 1998 r.

Gorzki epilog wieloletniej miłości



Ojciec poety, Bolesław, w ostatnich latach życia ciężko choruje na płuca. Umiera w 1963 r. w sanatorium w Otwocku i zostaje pochowany na miejscowym cmentarzu. Matka poety mieszka w Sopocie. Umiera w 1980 r. i zostaje pochowana obok męża. Na obu pogrzebach nie ma poety, który mieszka za granicą.

Zbigniew Herbert w 1968 r. żeni się z Katarzyną Dzieduszycką, romanistką, tłumaczką literatury francuskiej, córką hrabiego Włodzimierza, kierownika założonego przez ten ród Muzeum Przyrodniczego we Lwowie. Umiera 28 lipca 1998 r. w Warszawie.

Misiołkowie biorą rozwód w latach 50. Edmund przeprowadza się do Warszawy. Zakłada nowy związek, ale ponownie się nie żeni. Jego syn z tego związku umiera przedwcześnie.

Halina Misiołek pomaga rodzicom w gospodarstwie rolniczym. Cierpi na depresję. Jej córki kończą studia i wychodzą za mąż.

Młodsza Dorota zapada na ciężką i przewlekłą chorobę - miastenię, która prowadzi do zmęczenia i osłabienia mięśni całego ciała. Przez 15 lat leży w łóżku, wymagając stałej pielęgnacji. Czuwają przy niej jej mąż i matka. Umiera w wieku 35 lat.

Halina już nie podnosi się po tym ciosie. Jak wspominała - żyła dotąd tylko z obowiązku.

Jej druga córka ponownie zamieszkuje w Sopocie i sprowadza do siebie matkę. Po śmierci Herberta pani Halina ujawnia tajemnice romansu. Powstają artykuły, a przede wszystkim zbiór wierszy, które ofiarowywał jej poeta - "Wspólny oddech".

Po wydaniu wierszy rozpętuje się skandal. Interweniuje rodzina zmarłego poety. Ostatecznie tomik zostaje wycofany ze sprzedaży jako wiersze "nieprzeznaczone do druku przez poetę". Halina Misiołek się nie poddaje. Drukiem wychodzą listy pisane do niej przez poetę. Zachowała je wszystkie razem z kopertami. Pani Halina nie doczekała wydania. Przed śmiercią widzi jedynie wydruk próbny. Umiera 18 lipca 2000 r. Zostaje pochowana na cmentarzu katolickim w Sopocie.

Pisząc artykuł korzystałem z:
Joanna Siedlecka "Pan od poezji"
Andrzej Franaszek "Herbert. Biografia"
oraz z artykułów prasowych.

Opinie (152) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.