Fakty i opinie

Ta powietrzna flota krzywdy nikomu nie zrobi

Zobacz modele samolotów lotnictwa morskiego, które wykonał gdański modelarz.



Mają torpedy do niszczenia okrętów, spore pływaki pod skrzydłami, a do tego za pas startowy służy im powierzchnia wody. W dwudziestym odcinku cyklu Pasjonaci prezentujemy modele samolotów lotnictwa morskiego Pawła Gałkowskiego z Gdańska.



Czy sklejasz modele plastikowe?

tak, prezentują one wysoki poziom 12%
tak, choć jeszcze sporo muszę się nauczyć 20%
tak, choć dopiero zaczynam przygodę z plastikowymi modelami 7%
nie, ale zamierzam kiedyś spróbować 12%
nie, bo wolę modele z kartonu 6%
nie, bo nie mam do tego predyspozycji 17%
nie, z innych powodów 26%
zakończona Łącznie głosów: 161
Polski samolot Łoś unosi się na powierzchni wody. Pod kadłubem maszyny obsługa umieściła torpedę. Uzbrojenie pokładowe też przygotowane. Łoś ma dużo większą siłę ognia niż we wrześniu 1939 roku.

- U nasady skrzydeł dwa 20-milimetrowe działka, tylny strzelec w wieżyczce ma do dyspozycji wukaem Browninga, z przodu dobre polskie karabiny maszynowe zwane Szczeniakami i w końcu skuteczna angielska torpeda lotnicza - wylicza Paweł Gałkowski, modelarz z Gdańska.

Torpedowy Łoś jest wolniejszy od podstawowej wersji z powodu pływaków. Za to bardziej niezależny, bo - jak tłumaczy modelarz - klasyczne lotnisko można zbombardować i tym samym unieruchomić samoloty, a wodnosamoloty stacjonujące na wodzie nie muszą specjalnie przejmować się bombardowaniem powierzchni startowej. - Działając z zaskoczenia na niskim pułapie takie samoloty torpedowe mogłyby sprawić, że pancernik Schleswig-Holstein długo by sobie nie postrzelał - opowiada Paweł Gałkowki.

Tyle że morski Łoś w rzeczywistości nie istniał. To wizja gdańskiego modelarza, który postanowił poeksperymentować. Od wielu lat specjalizuje się bowiem w sklejaniu modeli samolotów lotnictwa morskiego. Na szklanych półkach w jego niewielkim mieszkaniu stoi kilkadziesiąt eksponatów. Najwyższe miejsce zajmuje niemiecki Dornier X - w okresie dwudziestolecia międzywojennego największa na świecie łódź latająca.

- Przeznaczona była do lotów pasażerskich przez Atlantyk. Tyle że przy 12 silnikach zużycie paliwa było delikatnie mówiąc nieekonomiczne. Poza tym pokazowy lot z Europy do Stanów Zjednoczonych obfitował w spore kłopoty techniczne, więc zamiast do seryjnej produkcji, łódź trafiła do Muzeum Lotnictwa w Berlinie - wyjaśnia gdański modelarz.

Znacznie bardziej udaną konstrukcją był dwukrotnie lżejszy amerykański Martin PBM Mariner. Patrolowa łódź latająca z powodzeniem służyła podczas wojny na Pacyfiku. Na dioramie stworzonej przez Pawła Gałkowskiego Mariner unosi się na wodzie. Jego załoga próbuje podjąć z pontonu pilota, który wcześniej stracił swój samolot. Pomoc przyszła w ostatniej chwili. - Nieopodal widać rekina, który właśnie zainteresował się zawartością pontonu - modelarz wskazuje pionową płetwę przecinającą powierzchnię wody.

Pasjonat stara się dbać o detale. Z wykształcenia jest stolarzem, z zawodu mechanikiem szybowcowym. Samolotami zainteresował się jednak już jako dziecko. Razem z rodziną mieszkał nieopodal lotniska we Wrzeszczu. - Jak mnie nie było w domu, to matka wiedziała, że trzeba mnie szukać gdzieś w stronę lotniska - wspomina.

Po ukończeniu zawodówki połączył pasję z pracą. Na początku lat 70. ubiegłego wieku trafił do Aeroklubu Gdańskiego. Najpierw praktykował, później został pełnoprawnym mechanikiem. Po godzinach zaczął zaś sklejać modele. - Pamiętam, jak w gdańskiej Składnicy Harcerskiej pojawiły się modele sprowadzane z Zachodu - zamyśla się pasjonat, po czym otwarcie przyznaje: - Na początku sklejałem metodą "prosto z pudełka". Dopiero później poznałem modelarzy i trafiłem do pracowni na Morenie. Tam przygotowywałem pierwsze modele pod kątem startu w zawodach.

Sklejał i malował samoloty. Z czasem wyspecjalizował się w lotnictwie morskim. Jak przyznaje, nie pasjonowały go modele maszyn, które miały wielkie osiągi. Wolał wolniejsze, często pękate łodzie latające. - Wychowywałem się jednocześnie nad morzem i przy lotnisku. Zafascynowały mnie więc dwa środowiska - powietrze i woda, i maszyny, które radzą sobie w takich warunkach.

Poza latającymi łodziami ważne miejsce w jego kolekcji zajmuje również lotnictwo pokładowe. Reprezentuje je między innymi duma gdańskiego modelarza, dwupłat Fairey Swordfish ze złożonymi skrzydłami. - To samolot Royal Navy, który działał z pokładów brytyjskich lotniskowców. Z jednej strony jego konstrukcja była technologicznie przestarzała, z drugiej był to samolot niezawodny i prosty w obsłudze - opowiada Paweł Gałkowski.

Mimo słabych osiągów, swordfishe startujące z brytyjskich lotniskowców mogły pochwalić się sporymi sukcesami w unieszkodliwianiu francuskich okrętów i w walkach z włoską flotą. Ponadto przyczyniły się do zniszczenia dumy Kriegsmarine - pancernika Bismarck. - Jedna z torped zrzuconych przez swordfishe uszkodziła ster niemieckiego okrętu, dzięki czemu brytyjska flota mogła go dopaść i zatopić - wyjaśnia pasjonat, który mimo że prawie całym sercem jest z lotnictwem, to największy sukces w modelarskiej karierze osiągnął dzięki okrętowi.

Z modelem słynnego amerykańskiego pancernika USS Missouri wywalczył mistrzostwo Europy. - Trzy razy pod rząd model zdobywał złoty medal w swojej kategorii - odnotowuje fakt pasjonat. O sukcesach mówi niewiele, bo - jak przyznaje - największą radość sprawia mu samo tworzenie. - Nieważny jest cel, ważna jest droga. Model robi się dla przyjemności tworzenia, to daje największą satysfakcję - przekonuje Paweł Gałkowski.

Dlatego codziennie pasjonat siada przy swoim biurku, gdzie od lat ma swój mały, ale dobrze wyposażony warsztat. Są tu pilniki, nożyki, pęsety i kilkadziesiąt innych narzędzi o różnej wielkości. Nad blatem góruje zaś od pewnego czasu spora, podświetlana lupa. Bo wzrok modelarza już nie taki, co kiedyś.

- Mam też wrodzone schorzenie, które powoduje, że drżą mi ręce. Ale to tylko dopinguje mnie do tego, żeby na przekór robić coś, co wymaga sporej precyzji. Dzięki modelarstwu po prostu lepiej się czuję - puentuje pasjonat.

Wojownicze Żółwie Ninja, Rekiny Wielkiego Miasta i postacie związane He-Manem. Zobacz kolekcję Łukasza Kowalczuka, który zbiera figurki bohaterów amerykańskich komiksów i seriali animowanych.

Wojownicze Żółwie Ninja, Rekiny Wielkiego Miasta i postacie związane He-Manem. Zobacz kolekcję Łukasza Kowalczuka, który zbiera figurki bohaterów amerykańskich komiksów i seriali animowanych.

Nawoływano na nich do walki ze stonką ziemniaczaną i prezentowano sukcesy Rewolucji Październikowej. Zobacz etykiety z pudełek po zapałkach należące do Wiktora Jesionka.

Nawoływano na nich do walki ze stonką ziemniaczaną i prezentowano sukcesy Rewolucji Październikowej. Zobacz etykiety z pudełek po zapałkach należące do Wiktora Jesionka.

Opinie (46) 3 zablokowane

  • piękna pasja (2)

    dobrze że sa ludzie, którzy mają jeszcze pasje i się tym zajmują. Zamiast siedziec przed TV i ogladac głupie programy dla debili...

    • 104 5

    • albo dodawać dziwne komentarze a internecie. Idę sklejać.

      • 11 15

    • i wklejać słitfocie do ryjbuka...

      • 11 3

  • super pasja i super sprawa:)

    • 47 2

  • Torpedowy "Łoś" wydaje się być całkiem niezłym pomysłem (10)

    Szkoda, że w 1939 roku nie mieliśmy "Łosi" w takiej wersji. Pomijam już fakt, że porządnych myśliwców też wtedy brakowało. Zastanawiam się, czy ktoś po podjęciu decyzji o produkcji bombowców, pomyślał o zapewnieniu im osłony samolotów myśliwskich z prawdziwego zdarzenia...

    • 35 4

    • Przed wojną generalnie uważano, że szybki bombowiec da radę (3)

      bez radaru, z małym zasięgiem, z małą przewagą prędkości
      ówczesny myśliwiec miał małe szanse odszukać/dogonić/zniszczyć cel
      Wojna zweryfikowała te plany brutalnie

      • 14 2

      • Aby na pewno ??? (2)

        Ile bombowych Mosquito udało się Niemcom zestrzelić? To był najbezpieczniejszy, jeśli chodzi o liczbę zestrzeleń w stosunku do ilości lotów bojowych, samolot II WŚ.

        • 1 1

        • Mosquito nie walczyl w pojedynkach. Jablka i gruszki.

          • 0 0

        • DH Mosquito to konstrukcja wojenna a nie przedwojenna

          po drugie tych samolotów było stosunkowo mało
          lotnikom niemieckim dużo łatwiej
          było zniszczyć Lancastera niż DHM i specjalnie się nie starali, bo czteromotorowych celów mieli aż za dużo.
          Reasumując: skoro DHM było takie świetne to czemu RAF nie używał
          wyłącznie DHM?

          Do tego w misjach dziennych zwykle nie działały jako maszyny bombowe
          tylko zwiadowsze operujące na wysokim pułapie....
          Znasz nazwę i niewiele więcej...

          • 2 1

    • Mieliśmy za to wodnosamoloty Lublin R-XIIID

      Wszystkie zostały zniszczone pierwszego dnia wojny podczas bombardowania, więc Łosie też by nic nie dały. Jedynie przebazowanie samolotów na jakieś jezioro oddalone od Pucka mogłoby wodnosamoloty trochę zabezpieczyć, pod warunkiem, że V Kolumna by nie donosiła.
      A co do myśliwców, owszem były koncepcje i projekty Wilka, Jastrzębia i Sokoła, tyle tylko, że nie mieliśmy wtedy dobrych silników o małym przekroju poprzecznym i dużej (jak na tamte czasy) mocy, dlatego nike zdążyły przejść nawet fazy prób

      • 2 1

    • A bo lepiej było wydać kasę... (3)

      ...na 600 (słownie sześćset - to nie pomyłka!!!) samolotów rozpoznawczych RWD 5 (przy 197 przestarzałych myśliwcach P11), bo pan minister był miłośnikiem sportów lotniczych, zamiast zainwestować w porządne lotnictwo myśliwskie. Choćby nawet w zakup licencji jakiegoś francuskiego myśliwca, które niewiele ustępowały Bf 109. Niestety, głąbów wydających decyzje w MON-ie mieliśmy już wtedy pod dostatkiem...

      • 2 1

      • (1)

        Francuzi nie nieli wówczas nic do zaoferowania. Podobnie Brytyjczycy. RWD-5 nie był samolotem rozpoznawczym i nie został wyprodukowany w liczbie 600 sztuk. Natomiast w liczbie blisko 600 egzemplarzy został wyprodukowany samolot RWD-8 - był to samolot szkolenia podstawowego i łącznikowy (wersja PWS) oraz sportowy (wersja DWL). Tak więc wielkośc produkcji tego doskonałego samolotu miała ogromne uzasadnienie.
        Nasz problem leżał w braku odpowiednich silników. Nikt zaś nie zamierzał ochoczo sprzedać nam licencji na takowy. Przecież jedynie z tego powodu samoloty PZL P.24 i PZL P.43 były przeznaczone wyłacznie na esport. Dobre silniki GR 14, jaki zostały w nich zastosowane mogliśmy jedynie nabyć u producenta, zaś sprzedaży licencji Francuzi odmówili. Z takim silnikiem PZL P.50 Jastrząb miałby zupełnie przyzwoite osiągi.

        • 0 0

        • P

          Nie wszystkie samoloty miały P przed numerem. Tylko te z "Płat Puławskiego", czyli PZL P.1, P.6, P.7, P.8, P.9, P.10, P.11 i P.24.
          To niestety dość powszechny błąd.

          • 1 0

      • następny matoł

        Głąbów to masz w swojej rodzinie.

        • 0 0

    • Realia polskiego przemysłu, który był dopiero rozwijany

      Myślano o Łosiu w wersji dwusilnikowego myśliwca - coś a'la Beaufighter czy Me-110.

      Przedmówcy już wspominali o kłopotach z zakupem licencji na silnik - P-24 produkowany był przez to tylko na eksport, ja dodam że wobec przedłużającego się programu budowy Jastrzębia Polska miała kupić mysliwce Spitfire do Brytoli. Dostawy planowano na wrzesień 39 roku...

      • 0 0

  • Fajne hobby,

    lepsze na pewno od jakiegoś zbieractwa.

    • 36 3

  • fajnie mieć pasje... trzeba mieć pasje... bez tego tylko sznurek i mocna gałąź

    • 26 5

  • Fajna rzecz (6)

    Wymaga sporo.
    Dokładności.
    Cierpliwości.
    Kasy też.
    Ale daje satysfakcję.

    • 40 1

    • Już nie przesadzaj z tą kasą (5)

      Dużo nie wymaga.

      • 3 1

      • Dokładnie

        Ale za to wymaga myślenia, a z tym u naszego Zenka - jak powszechnie wiadomo - krucho.

        • 4 0

      • Sprawdź, ile kosztuje porządny model kartonowy okrętu (3)

        z laserowo wycinanym szkieletem, kompletem toczonych luf i elementami fototrawionymi. Cena leci w setkach złotych. To już, niestety, nie te czasy, kiedy kupowało się "Małego Modelarza" za kilka sprzedanych w skupie butelek albo makulaturę.
        Do tego dolicz koszta ściągania dokumentacji (przy założeniu, że nie popierasz pirackich stronek w necie).
        Można, oczywiście, poprzestać na prostych i tanich modelach klejonych "z pudełka/wycinanki". Ale nie ukrywajmy - z każdym następnym modelem będziemy sobie stawiać poprzeczkę coraz wyżej.
        Pamiętam czasy, kiedy jechałem na Morenę przez pół Polski na zawody modelarskie, które wtedy prowadził jeszcze ś.p. T. Racki. Dziś, po wielu latach, kiedy sam zjechałem na stałe do Trójmiasta, po modelarni śladu nie ma. Przynajmniej w okolicach centrum i stoczni nie znalazłem żadnej.

        • 3 3

        • odp. (2)

          Nie no pewnie można wyadać mniej lub wiecej, ale czy każdy musi odrazu stosować toczone lufy, elementy fototrawione i inne bajery(których cena niejednokronie przewyższa model wyjsciowy):)
          Pytanie - Co to znaczy dużo kasy.
          Jeśli ktoś chce zacząć modelarstwo za ok. 35-40 zł kupi zestaw startowy z farbami i klejem modelu samolotu w skali 1:72. Model kartonowy np. okrętu - od 30 zł w góre. Pancernik kartonowy(ale to już raczej nie dla początkujacych:)- za hmm 50- 80 zł spokojnie można już kupić dobre opracowanie. Myślę, że jak na początek to nie jest dużo. Pewnie, jak w każdym przypadku im dalej w las, tym może być drożej, ale nie musi, oczywiście zależy to od osoby.
          Ale chciałbym jeszcze razpodkreślić, szczególnie dla osób które nie siedzą w klimacie, że nie jest to drogie hobby, i cena napewno nie jest odpychająca.
          Pzdr.

          • 3 0

          • Ja akurat dałem przykład modelarstwa kartonowego, (1)

            bo trochę w tym siedzę. Za ostatnie dwa modele samolotów w skali 1:33, jakie kupiłem (jeden właśnie jest w drodze), dałem po ponad 200 PLN za sztukę (!). Mówimy tu o wycinance z dedykowanymi przez wydawcę akcesoriami. Czy to dużo kasy? Dla mnie, jak za dwa modele samolotów - sporo... A mówimy tu przecież tylko o samych wycinankach. Do tego należy zaopatrzyć się w "warsztat modelarski" (kilka rodzajów kleju, farby, pędzle itd). Na szczęście jest to wydatek jednorazowy (albo raczej długoterminowy).

            Od pewnego czasu zauważam zacierającą się granicę cenową pomiędzy modelami kartonowymi i plastikowymi.

            Mówiąc o początku pasji - ok. Można zmieścić się w niewielkim budżecie. Później, jak każda pasja, zaczyna pochłaniać coraz więcej czasu i pieniążków :)

            Przy okazji - kilka lat temu próbowałem z kolegami aktywować modelarnię dla dzieci w swoim mieście (wtedy jeszcze nie było mnie w Trójmieście). Koszty zakupu narzędzi i modeli wzięliśmy na siebie (wiadomo - dzieci nie pracują i budżet mają skromny). Wierz mi... Nie dało się zejść poniżej kwoty czterocyfrowej...

            • 2 0

            • Teraz to by Pana prześwietlili fest pod kątem ewentualnego pedofilstwa - jakby Pan chciał pracować z dziećmi nie będąc zawodowym pedagogiem, etc. ;)

              • 0 0

  • podziwiam Pana cierpliwość

    • 27 2

  • Panie Pawle

    Piękna robota, precyzyjna, szacunek dla Pana... Ten "Missouri" jest piękny, po prostu. Też się w to bawię, jak mam czas, aczkolwiek kartonowe modele wchodzą w rachubę. Pięknie ma pan je zabezpieczone w gablotach. Pozdrawiam i podziwiam.

    • 25 1

  • Wspaniałę hobby wspaniały człowiek

    Fantastyczna rzecz. Takim hobby zajmują się tylko dobrzy i wartościowi ludzie. podziwiam. Może kiedyś też uda mi się zająć czym ś takim i zarazić tym dzieci bo takie hobby uczy cierpliwości, pokory i daje dużo satysfakcji w momencie kiedy skończy się model. jeszcze raz szacunek. Oby nic nie przeszkodziło w tej pasji.

    • 23 1

  • (1)

    Pana Pawła pamiętam sprzed - czas pędzi nieubłaganie - prawie 30. lat (!) z jego pracy w Aeroklubie w Pruszczu Gd. Sympatyczny gość o drobnej posturze. Warto dodać, że mechanikiem szybowcowym nie tak łatwo było zostać, bo trzeba było robić kursy specjalistyczne w Krośnie, czy Bielsku-Białej, oddzielne do konstrukcji drewnianych i laminatowych, które kończyły się uzyskiwaniem uprawnień państwowych do przeprowadzania przeglądów przedsezonowych, napraw, itd. Szkoda, że stan zdrowia pana Pawła nie pozwolił na zostanie pilotem. Pozdrawiam serdecznie!

    • 38 3

    • Co za idiota dał Ci minusa?

      Debili nie sieją, sami się rodzą - niestety.

      • 17 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.