Fakty i opinie

stat

Wspomnienia przedwojennych Polaków z Gdańska

artykuł historyczny
Po lewej Franciszek Małgorzewicz, w środku jego syn Jan, a po prawej wuj chłopca Jan Borowski.
Po lewej Franciszek Małgorzewicz, w środku jego syn Jan, a po prawej wuj chłopca Jan Borowski.

Z kościoła św. Józefa wydobywały się potężne kłęby czarnego, smolistego dymu. Kościół św. Elżbiety również zaczynał płonąć, a sąsiadująca z nim duża kamienica objęta była ogniem. Wszyscy siedzieli skuleni ze strachu, bo pociski latały nad głową, a od czasu do czasu któryś uderzał w budynek dzisiejszej prokuratury - opowiada 81-letni Jan Małgorzewicz. W kolejnym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się przedwojenny mieszkaniec Gdańska.



Tylko poszła pierwsza salwa na Westerplatte, a Niemcy już wyważyli drzwi do mieszkania wuja i go aresztowali. Wuj nazywał się Jan Borowski i był absolwentem Wyższej Szkoły Handlowej w przedwojennym Gdańsku, a do tego działał w organizacjach polonijnych. Naraził się jednak Niemcom przede wszystkim wykonując swój zawód. Pracował w polskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych i był rewizorem pociągów.

Przeprowadzał kontrole w pociągach jadących z III Rzeszy do Gdańska. Przerzucane były w nich ekipy, oczywiście cywilne, które miały zasilić miejscowe oddziały niemieckie. Na ogół jechali bez dokumentów upoważniających do wjazdu na teren Wolnego Miasta Gdańska. I właśnie takich, którzy nie mieli ważnych dokumentów, wuj wyrzucał z pociągu na granicznej stacyjce. Bardzo więc naraził się Niemcom.

Kiedy wybuchła wojna, został aresztowany. Najpierw zabrali go do Victoriaschule, później trafił na kilka miesięcy do Stutthofu, a stamtąd do kolejnego obozu koncentracyjnego - Sachsenhausen.

Wuj był starszym z dwojga dzieci Jana i Bolesławy Borowskich. Mieli również córkę Małgorzatę. To była moja mama. Tata natomiast nazywał się Franciszek Małgorzewicz. Wszyscy troje działali w polonijnych organizacjach.

Ślubu udzielił im późniejszy błogosławiony

Dziadkowie Jan i Bolesława Borowscy mieszkali w kamienicy przy ul. Nowomiejskiej. Wtedy nazywała się Jungstädtischegasse. Dziadek z zawodu był stolarzem i miał własny zakład przy Karmelitergasse (Karmelickiej), w którym przed wojną pracowało około pięć osób. Na stołach leżały rozłożone narzędzia stolarskie, widać było też elementy mebli czekające na montaż, gdyż mój dziadek był stolarzem meblowym. Miał spokojne usposobienie i bardzo dokładnie wykonywał swoje rzemiosło.

Babcia natomiast zajmowała się prowadzeniem domu. Mieszkała w nim również siostra babci, Helena Zielińska. Była ona kobietą niezamężną, gdyż jej narzeczony zginął na froncie w czasie I wojny światowej. Pracowała jako domowa krawcowa.

Jan i Bolesława mieli dwoje dzieci - Jana i Małgorzatę. Oboje działali w organizacjach polonijnych w Wolnym Mieście Gdańsku. Wuj głównie w Aeroklubie Gdańskim, a mama, która ukończyła Gimnazjum Polskie, w chórze Lutnia. Ojciec Franciszek działał z kolei w Klubie Sportowym "Gedania". Był członkiem zarządu w czasie jednej kadencji i czynnym zawodnikiem, który uprawiał strzelectwo. W 1933 r. reprezentował "Gedanię" na Mistrzostwach Polski w Poznaniu. Poza tym opiekował się piłkarską drużyną juniorów.

Ojciec urodził się w okolicach Tucholi i do Gdańska przyjechał jako młody człowiek. Pracę dostał w polskich kolejach, tu też zdobył wykształcenie zawodowe. Związek małżeński z mamą zawarł 25 lipca 1933 r. w polonijnym kościele Chrystusa Króla. Ślubu udzielił im dzisiejszy błogosławiony, ks. Franciszek Rogaczewski.

Ojciec, jako polski kolejarz, brał udział w akcji przenoszenia Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych z Gdańska do Torunia. Zmiana siedziby była spowodowana naciskami władz Wolnego Miasta Gdańska na polskie władze. Ojciec, z racji wykonywanych obowiązków, dostał mieszkanie służbowe w Solcu Kujawskim niedaleko Bydgoszczy.

Mama odwiedzała go i pewnego razu tak się złożyło, że zbliżał się czas porodu. Na świat przyszedłem więc w szpitalu w Bydgoszczy. Było to 17 kwietnia 1936 r. Rodzeństwa nie miałem, gdyż mama zmarła dziewięć dni po moim porodzie. Od tego czasu wychowaniem mnie zajmowali się dziadkowie Borowscy.

W szkole bito po rękach, a nawet po twarzy

Wojna zastała ojca w Bydgoszczy. Do Gdańska już nie wracał, tylko ukrywał się u swojego brata w Borach Tucholskich. Jednocześnie podjął pracę w tartaku u miejscowego Niemca, który chętnie go zatrudnił. Ojciec świetnie znał język i był biegły w księgowości, pomagał więc właścicielowi w sprawach papierkowych. Dzięki temu ojciec przetrwał wojnę.

Mną zaś opiekowali się dziadkowie. Posyłali mnie też do przedszkola dominikanek w Oliwie. A kiedy skończyłem sześć lat, musieli w 1942 r. posłać mnie do szkoły, bo taki był obowiązek. Pamiętam, że szkoła mieściła się w okolicach kościoła św. Katarzyny i panowała w niej niezwykle surowa dyscyplina. Wymagano posłuszeństwa i karności, a niesubordynacja karana była chłostą i biciem po rękach, a nawet po twarzy. Była to szkoła typowej pruskiej dyscypliny.

Uczono, oczywiście, w języku niemieckim. Na skutek tego bądź dzięki temu biegle opanowałem ten język w mowie i piśmie. Jednak w domu w czasie wojny dziadek Jan i babcia Bolesława rozmawiali cicho po polsku. Bali się, bo Niemcy podsłuchiwali i sprawdzali, ale rozmawiali. Dzięki temu nie utraciłem znajomości języka polskiego.

Budynek, w którym mieszkaliśmy miał dwa piętra i znajdowało się w nim sześć mieszkań. Na naszej klatce schodowej było pięć rodzin niemieckich i jedna polska, czyli my. Stosunki międzysąsiedzkie do czasu wybuchu wojny układały się bardzo dobrze. Natomiast po 1 września jedna z niemieckich rodzin diametralnie zmieniła swoje nastawienie do nas. Mieszkaniec okazał się aktywnym członkiem niemieckiej partii i stał się nieprzyjazny.

Wśród mieszkańców naszej klatki był też pan Wanack. Pracował w zakładzie stolarskim u dziadka. Warsztat działał do końca wojny, choć prawdopodobnie - w związku z poborem do wojska pracowników - w stolarni zostali już tylko dziadek i pan Wanack. Poza tym, w związku ze zbliżaniem się frontu, Niemcy zdecydowali się przerwać w styczniu 1945 r. naukę młodszych roczników. Od tego czasu pozostawałem już z dziadkami.

Uciekali obok strzelających armat

Babcia i dziadek jako katolicy i ludzie bardzo religijni uczęszczali w okresie przedwojennym do kościoła Chrystusa Króla zobacz na mapie Gdańska, którego proboszczem był późniejszy błogosławiony ks. Franciszek Rogaczewski. Po wybuchu wojny, jeszcze przez pewien czas chodzili do tej świątyni, choć była już wtedy w posiadaniu niemieckich pallotynów.

Jednak po pewnym czasie - z uwagi na bliższe położenie - zaczęli chodzić do kościoła św. Józefa zobacz na mapie Gdańska. Uczestniczyli w codziennych, porannych mszach świętych, na które zabierali i mnie, kiedy w 1945 r. przerwano naukę. Dziadkowie z pewnością byli poinformowani przez miejscowych księży, aby w razie zagrożenia czy utraty domu szukać schronienia przy kościele albo i w środku.

W czasie nalotów przebywaliśmy w piwnicznym schronie domu przy Nowomiejskiej. 25 marca 1945 r. ostrzał był już bardzo odczuwalny, a nad ranem kolejnego dnia do naszego budynku wkroczyli pierwsi żołnierze Armii Radzieckiej. Sprawdzano, czy nie znajdują się w nim niemieccy żołnierze. Doszło też do rabunku rzeczy osobistych: zegarków, obrączek i biżuterii. Porwano dwie kobiety i zabrano z miejsca naszego schronienia.

Następnego dnia, czyli 27 marca, do piwnicy wszedł jeden z lokatorów i oświadczył, że musimy opuścić dom, gdyż zaczęły płonąć górne kondygnacje. Dziadkowie zabrali ze sobą tylko niezbędne rzeczy osobiste, które można było wziąć w ręce bądź schować w plecakach. Uszyła nam je z materiału siostra babci. Ja też miałem taki, tyle że mały, w którym zmieściło się nieco odzieży i jakieś drobiazgi.

Wśród niesamowitego huku wystrzałów, kurzu i ognia ruszyliśmy w czwórkę w kierunku Wałów Piastowskich. W okolicach wylotu Korzennej rozstawione były radzieckie armaty. Widziałem, jak je ładowali i strzelali, bo przechodziliśmy zaledwie 40-50 metrów od nich. Strzelano na wprost, w prześwit Korzennej.

Potężne kłęby czarnego dymu z kościoła

Dziadkowie kierując się w stronę Dworca Głównego prawdopodobnie zamierzali udać się do kościoła św. Józefa i tam się schronić. Jednak dojście do kościoła było już raczej niemożliwe z powodu ostrzału i płonących budynków naprzeciw dworca. Udaliśmy się więc dalej, pod Bastion św. Elżbiety zobacz na mapie Gdańska. Przebywała tam już spora grupa ludności, która szukała schronienia. Pamiętam dobrze miejsce, w którym usiedliśmy. Widziałem stamtąd prześwit między kościołem św. Elżbiety a budynkiem dzisiejszej prokuratury zobacz na mapie Gdańska.

Poznaj historię kościoła św. Józefa. Materiał z 2012 r.


Z kościoła św. Józefa wydobywały się potężne kłęby czarnego, smolistego dymu. Widać było też pierwsze języki ognia. Kościół św. Elżbiety również zaczynał płonąć, a sąsiadująca z nim duża kamienica objęta była ogniem. Wszyscy siedzieli skuleni ze strachu, bo pociski latały nad głową, a od czasu do czasu któryś uderzał w budynek dzisiejszej prokuratury zobacz na mapie Gdańska. Uderzenie, potężny tuman kurzu, a za chwilę widać było dziurę.

Przeczytaj również: Szczątki ofiar pożaru kościoła św. Józefa czekają na ekshumację

Przy Bastionie św. Elżbiety przebywaliśmy do wieczora. Później cofnęliśmy się i dotarliśmy do zapełnionego ludnością podziemnego schronu , tam gdzie dziś jest budynek NSZZ "Solidarność" zobacz na mapie Gdańska. Pomieszczenie schronu było częściowo zalane, brakowało oświetlenia. Płonęły jedynie pojedyncze świeczki. Ludzie siedzieli na prymitywnych drewnianych ławkach. Nie wchodziliśmy głęboko, zatrzymaliśmy się przy wyjściu.

Później udaliśmy się na Jana z Kolna, gdzie stało kilka ocalałych domów. Dochodziło tam do przeszukiwań i grabieży ze strony wojska. Nie pomagały tłumaczenia, że jesteśmy miejscowymi Polakami. Byliśmy traktowani na równi z wszystkimi, których dotykała przemoc.

Pierwsze budynki przy Jana z Kolna były przepełnione ludźmi, którzy stracili domy, nadal więc szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Trafiliśmy na nieco dalej położoną ul. Robotniczą. Dziadkowie znaleźli tam opuszczone mieszkanie, które zajęliśmy.

Powrót ojca z Borów Tucholskich i wuja ze Szwecji

Po wojnie ojciec wrócił do Gdańska i nas odnalazł. Ożenił się też po raz drugi i zabrał mnie od dziadków. Zamieszkaliśmy jednak niedaleko, bo przy tej samej ulicy. Poza tym ojciec rozpoczął pracę w gdyńskim porcie i tam też pracował do emerytury.

Wuj z kolei trafił do Szwecji. Po tym jak Amerykanie wyzwolili obóz koncentracyjny, w którym przebywał, został zabrany przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż na rekonwalescencję.

Później, ze względu na wykształcenie handlowe, a także znajomość języka polskiego, niemieckiego i angielskiego, Szwedzi zaproponowali mu dobrą pracę - w fabryce narzędzi precyzyjnych. Chciał więc ściągnąć do siebie rodzinę. Jednak babcia nie zgodziła się na wyjazd.

W 1947 r. zmarł dziadek. Natomiast wuj wrócił do Polski rok później. Otrzymał stanowisko w Centrali Produktów Naftowych - był rewidentem stacji benzynowych. Pracował tam do emerytury.

Opinie (88) 18 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.