Fakty i opinie

stat

Zdjęcie nie zna dnia, ni godziny

Rozmowa z Maciejem Kosycarzem, który wcale nie chciał zostać fotoreporterem, ale jak już został, to stworzył agencję fotograficzną z 90 tysiącami zdjęć.



Kosycarz Foto Press istnieje prawie dokładnie 10 lat...

Faktycznie, zbliżamy się do okrągłego jubileuszu, bo agencja powstała w maju lub czerwcu 1996 roku.

Po tych 10 latach jesteście poważnym graczem na rynku fotografii reporterskiej?

Na początku zajmowaliśmy jeden pokój, teraz dwa, więc powagi na pewno nam przybyło [śmiech - przyp. red.]. Nasze zdjęcia wykorzystują głównie redakcje ogólnopolskie, a obsługujemy wydarzenia w tzw. Polsce Północnej. Mamy fotoreporterów i współpracowników głownie w Trójmieście, ale równiez w Słupsku, Szczecinie, Elblągu, Kołobrzegu, Koszalinie, Chojnicach, no i ponad 90 tys. skatalogowanych zdjęć.

Ale to nie tylko zdjęcia z ostatniej dekady...

No pewnie, że nie. Mamy też zdjęcia sprzed założenia firmy, no i przede wszystkim zdjęcia robione przez mojego tatę, Zbigniewa Kosycarza.

A propos twojego taty. Jest taki dowcip: absolwent prawa zdaje na aplikację, i w czasie egzaminu szef komisji rekrutacyjnej zadaje mu pytanie: - Dlaczego chce pan zostać adwokatem? Młody człowiek na to: - Tato, no co ty... Czy ty, będąc synem, najsłynniejszego trójmiejskiego fotoreportera wiedziałeś, że będziesz się zajmował tym samym?

W moim przypadku wcale nie było to takie oczywiste, że będę fotorepoerterem. Właściwie to nawet broniłem się przed tym zawodem, choć zdjęcia robiłem oczywiście od dziecka. W podstawówce czy liceum zawsze było wiadomo, że w razie jakiejś wycieczki czy imprezy będę miał aparat i robił zdjęcia.

No i dzięki temu słynny trójmiejski obrazoburca Krzysztof Skiba i nie mniej słynny trójmiejski dziennikarz telewizyjny Marek Wałuszko mają dziś zdjęcia ze swojego licealnego kabaretu, który wspólnie tworzyliście.

Tak, był wtedy jeszcze z nami Wojtek Lipka i Darek Tomaszewski. Ale wracając do zawodu, to tak na poważnie zająłem się robieniem zdjęć w 1990 roku. Zacząłem fotografować dla gazety, która się nazywała "Nasz Tygodnik". A jeszcze wcześniej pomagałem tacie, który robił zdjęcia do Głosu Wybrzeża. W weekendy wyjeżdżał z miasta, a ja robiłem zdjęcia z meczów Lechii czy wojskowych przysięg oraz różnych festynów.

A wracając do mojego taty, to kilka lat temu przydarzyła mi się śmieszna historia z nim związana. Jechałem taksówką przez Gdańsk i w czasie rozmowy przez telefon komórkowy wymieniłem swoje nazwisko. Po jakimś czasie taksówkarz odwrócił się do mnie i mówi: Panie, Pan tak młoda wygląda, a przecież Pan tu zdjęcia od 1945 roku robi.

Wyraźnie podkreślasz, że jesteś fotoreporterem, a nie fotografem. Czy nigdy nie kusiło cię zajęcie się np. fotografią artystyczną czy reklamową?

Nie, wolę skupić się na swojej pracy, w której jestem de facto dziennikarzem, posługującym się aparatem fotograficznym. Bardzo bym się męczył, gdyby przyszło mi fotografować modelkę czy jakiś obiekt w studiu. To nie dla mnie, na pewno byłbym strasznie zły pod koniec sesji. Wolę swoją pracę, w której muszę szybko reagować na wydarzenia, na poczekaniu wymyślać, jak je uwiecznić, niż spędzać czas nad eksponatami w studiu.

Krzysztof Miller, fotoreporter Gazety Wyborczej powiedział kiedyś, że gdy nie jest w pracy, nie nosi przy sobie aparatu fotograficznego. Stwierdził, że przez całe życie nigdy nie był świadkiem niczego przypadkowego, co zapragnąłby uwiecznić. Zgadzasz się z tym poglądem?

Choć uważam, że Krzysztof Miller jest bardzo dobrym fotoreporterem, nie zgadzam się z taką wizją naszej pracy. Mam taki mniejszy aparcik Canon G5, który mam przy sobie, gdy wychodzę na miasto zupełnie prywatnie, np. z rodziną na spacer. Parokrotnie udało mi się dzięki temu zrobić zdjęcie, które potem było publikowane w gazetach.

Czy byłeś kiedyś w takiej sytuacji, że robiąc zdjęcie, choćby nawet ważne, wiedziałeś że ono się nigdzie nie ukaże?

Zdarza się. Często odczuwam potrzebę udokumentowania jakiegoś wydarzenia, choć zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie przebije się ono do mediów. Z drugiej jednak strony warto pamiętać, że zdjęcie nie zna swojego dnia, ani godziny. Nigdy nie wiadomo, które zdjęcie kiedyś stanie się ważne. Najlepiej widzę to po zdjęciach mojego ojca. Ważne kiedyś wydarzenia, które dokumentował, dziś nie mają praktycznie znaczenia, za to ożywają zdjęcia, które wykonywał niemal przypadkowo. Bardzo często najlepiej oddają ducha tamtej epoki. Dziś chętnie wykorzystywane są jego zwykłe zdjęcia robione na ulicy w drodze z jednego tematu na drugi.

Szefowanie agencji fotograficznej nie ogranicza cię jako fotoreportera?

Jasne, że tak - własna firma zabiera bardzo dużo czasu, ale dziś - choć mam sporo roboty po długim weekendzie - wymknąłem się z biura i zrobiłem zdjęcia w czasie pierwszego dnia matur. Od robienia zdjęć nie mogę się odciąć. Mam parę pomysłów na ciekawe reportaże, które na razie, z powodu braku czasu, są tylko pomysłami. Znajdę jednak parę chwil i przygotuję je. Na Pomorzu jest mnóstwo ciekawych tematów dla osób, które myślą obrazem fotograficznym. Naprawdę nie trzeba jechać do Klasztoru Shaolin, żeby zrobić fantastyczny reportaż. Nawet jeśli taka praca nie dostanie nagrody w najbardziej prestiżowym konkursie fotoreporterskim świata to i tak sprawi autorowi ogromną satysfakcję.

Opinie (3)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.