Fakty i opinie

stat

Zmarł red. Roman Stanowski


Kronikarz
Spokojny, życzliwy, skrupulatny. Typ rzemieślnika, a nie artysty. Bardzo akuratnego rzemieślnika. Co w zawodzie, który uprawiał było - a trzeba wierzyć, że jest! - dostateczną dystynkcją. A może to w ogóle cała prawda o tym zawodzie, której red. Stanowski strzegł swoją codzienną pracą?

Pojawiał się i znikał jednakowo dyskretnie. Zasłuchany w siebie, trochę ekscentryczny kronikarz nadmorskiego sportu, zbierał sportowe okruchy i sportowe brylanty. Pisał o nich oszczędnie, żeby nie powiedzieć siermiężnie. Uroda faktu była ważniejsza niż uroda słowa. Nie wznosił nikomu jednodniowych pomników i nie odsądzał przegranych od czci i wiary. Osiedlowym zawodom i ich bohaterom potrafił poświęcić tyle samo miejsca co bohaterom powszechnych uniesień. Jakby wiedział, jakby czuł, że w tej cząstce świata, którą dla nas opisywał jednakową ułudą jest i zwycięstwo, i porażka.

Miał prawo do takiej perspektywy. Prawo okupione doświadczeniem wojennym, powstańczym, obozowym. Nader rzadko je przywoływał, wybrał raczej prawo do milczenia niż do buntu. Żył powszednością tej pracy, temperaturą sportowego tygodnia, gorączką soboty i niedzieli, i poniedziałkowo-wtorkowym rozleniwieniem. Młodych adeptów lubił, ale im nie pobłażał. Trzeba było się wykazać, by szef działu sportowego "Dziennika Bałtyckiego" odpowiedział na korytarzu "dzień dobry". Ale można było red. Stanowskiego poprosić o każdą informację i nigdy nie odmówił.

Raz, jak pamiętam, zaskoczył całe środowisko. Po meczu Lechia-Juventus znalazł się we właściwym czasie we właściwym miejscu. Na lotnisku w Rębiechowie w bagażu gwiazdy światowego futbolu znaleziono przemycane dzieła sztuki. Gwiazda przewoziła je na prośbę innej gwiazdy. Awanturze z udziałem piłkarza chwalonego nad Wisłą przyglądał się jeden dziennikarz. Jego krótka notatka ukazała się wtedy tylko w "Przeglądzie Sportowym".
Byliśmy wtedy, dzięki Niemu bardzo dumni, a Roman jakby nigdy nic, w odwiecznym berecie z jasnej włóczki i w brązowym trenczu udał się na zawody szkolne.

Dobry los chciał, że mogłem kilka lat dla red. Romana Stanowskiego pracować. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to takie ważne.

Opinie

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij