Recenzja filmu "Tron: Ares": futurystyczne widowisko bez duszy

Tomasz Zacharczuk
11 października 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (22)
Tytułowy Ares (Jared Leto) to program, którego zadaniem jest przechwycenie w "realu" kodu umożliwiającego trwałe przenoszenie obiektów z wirtualnej do prawdziwej rzeczywistości.

Jest coś przewrotnego i ironicznego zarazem w tym, że główny bohater filmu Joachima Rønninga, będący wytworem sztucznej inteligencji, uczy się samodzielnego myślenia i rozpoznawania emocji, podczas gdy widz powinien zastosować w trakcie seansu zupełnie odwrotną strategię: wyzbyć się analizowania faktów i po prostu rejestrować obraz. "Tron: Ares" najlepiej bowiem prezentuje się jako hipnotyzujące neonowymi barwami widowisko napędzane pulsującym soundtrackiem Nine Inch Nails. Kompletnie zawodzi z kolei, gdy nieudolnie próbuje naśladować filozoficzne sci-fi pokroju "Łowcy androidów". Wyjście jest więc tylko jedno: aby dobrze się bawić, trzeba "wgrać" sobie kod obojętności (na fabułę) i podążać za światłami oraz muzyką.



KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar



O tym, że czas pędzi nieubłaganie szybko, nie trzeba chyba specjalnie nikogo przekonywać. Przyznam jednak, że z dużym zdziwieniem odnotowałem fakt, że od premiery pierwszego filmu z serii "Tron" minęły aż 43 lata. Dzieło Stevena Lisbergera z 1982 roku dziś być może nie jest zbyt często rozpamiętywane przez miłośników kina (a już na pewno nie przez tych, którzy nie przepadają za science-fiction), ale wówczas była to na swój sposób produkcja przełomowa. Po raz pierwszy na tak dużą skalę połączono bowiem komputerowo wygenerowane obrazy z grą prawdziwych aktorów. Nie będzie więc chyba dużym nadużyciem stwierdzenie, że "TRON" wyłożył podwaliny pod współczesne CGI.

Z wszelkich dostępnych dobrodziejstw technologicznych czerpali pełnymi garściami również twórcy nakręconego po blisko trzech dekadach sequela. W przypadku "Dziedzictwa" o jakimkolwiek przełomie nie było już jednak mowy, a film z 2010 roku zasłynął głównie rewelacyjnym soundtrackiem autorstwa Daft Punk. Filmowej realizacji nie zrewolucjonizuje także "Tron: Ares" i kto wie, czy w dłuższej perspektywie czasu również o widowisku Joachima Rønninga nie będzie wspominać się jedynie w kontekście znakomitej muzyki - tym razem skomponowanej przez giganta rockowego "industrialu", grupę Nine Inch Nails. Szkoda, że słyszalnej z głośników energii i głębi zabrakło w przeciętnym scenariuszu, który sprawia, że "Ares" jest lśniącą i przykuwającą uwagę , ale mało praktyczną filmową błyskotką.

  • Lubię to Lubię to 1
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się 1
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi 1
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 3

W scenariuszu za dużo kodu, za mało emocji



O sztucznej inteligencji słyszymy dziś na każdym kroku, a jej wykorzystanie w różnych branżach staje się codziennością. Coraz częściej także zwykły użytkownik internetu sięga po narzędzia oparte na AI - z ciekawości, z wygody albo po prostu z przyzwyczajenia. Z chatbotami wchodzimy w rozmowy, prosimy je o porady i nawet nie zauważamy, jak naturalną częścią naszej codziennej komunikacji stały się algorytmy. Jednak chyba większość z nas nie wyobraża sobie na razie, aby ten wirtualny towarzysz nagle się zmaterializował i wydostał się z ekranu. A do tego w filmie Rønninga dążą właśnie dwaj technologiczni potentaci: ENCOM oraz Dilinger Systems.

W świecie pełnym tego, co sztuczne, jeszcze bardziej liczy się żywe W świecie pełnym tego, co sztuczne, jeszcze bardziej liczy się żywe

Każda z firm potrafi już wykreowany w cyfrowej rzeczywistości obiekt przenieść do naszego świata, ale jedynie na 29 minut. Po tym czasie jakikolwiek wytwór sztucznej inteligencji ulega autodestrukcji. Rozwiązaniem tego problemu jest kod trwałości - niemal mityczny artefakt poszukiwany przez szefów obu technologicznych gigantów. Gdy stojąca na czele ENCOM Eve Kim (Greta Lee) wchodzi w jego posiadanie, jej konkurent - Julian Dilinger (Evan Peters) - nie powstrzyma się przed niczym, aby zdobyć upragniony kod. W tym celu transportuje z wirtualnej rzeczywistości Aresa (Jared Leto) - główny program ochronny, który ma za zadanie przechwycić kod. Maszyna w pewnym momencie jednak zaczyna odczuwać empatię i postanawia samodzielnie decydować o własnym losie.

Trudno w tym przypadku nie wychwycić skojarzeń choćby z kultowym "Łowcą androidów", ale Joachim Rønning to nie Ridley Scott. Na dodatek scenariusz Jessego Wigutowa obfituje w zbyt wiele uproszczeń i naiwnych rozwiązań, aby "Trona: Aresa" zaklasyfikować do ambitniejszych produkcji z nurtu science fiction. I na pewno nie pomagają w tym ani zbyt mechaniczna i niedostatecznie uzasadniona metamorfoza tytułowego bohatera, ani dialogi przypominające prompty wpisywane do Chata GPT lub innych podobnych narzędzi.

Twórcy filmu nawet nie próbowali eksplorować tematów, które aż proszą się o rozwinięcie - relacji między twórcą a jego dziełem, kwestii interpretowania wolnej woli czy pytań o granice świadomości. Jakieś zarysy każdego z tych zagadnień widać, ale zamiast ich pogłębienia dostajemy raczej miałkie mini-wywody.

Po dość ślamazarnych pierwszych 30 minutach nowy "Tron" w środkowym akcie wskakuje na odpowiednie tory. Problemy z utrzymaniem tempa, a przede wszystkim z opowiedzeniem spójnej i angażującej historii nie opuszczają jednak "Aresa" to samego końca.

Leto nie uleciał za wysoko



Czy jest to największa bolączka "Aresa"? Niekoniecznie, bo właściwie od pierwszej do ostatniej sceny twórcy filmu jasno komunikują nam, że mamy do czynienia przede wszystkim z produkcją o charakterze czysto rozrywkowym (po co więc te nieudolne próby "filozofowania"?). Tyle że oprócz akcji, w tego typu widowiskach liczy się jeszcze angażująca i wzbudzająca emocje fabuła oraz wyraziste postaci, które po prostu chce się oglądać. I na tym polu dzieło Rønninga już zdecydowanie zawodzi. Twórcy filmu nie do końca chyba potrafią się zdecydować, kto ma być głównym bohaterem opowieści: inteligentna i wrażliwa Eve czy przebojowy buntownik Ares.

Nie pomagają w tym wyborze sami aktorzy. Greta Lee nie do końca wie, jak wydostać się poza sztywne ramy swojej postaci, a Jared Leto co prawda wypełnia minimum aktorskiej przyzwoitości, ale jednocześnie nie nadaje swojemu bohaterowi wystarczającej charyzmy i energii, by podążać za nim bez mrugnięcia okiem. Na drugim planie również roi się bardziej od "programów" niż żywych istot. Grający na autopilocie maniakalnego geniusza Evan Peters zużywa całą aktorską amunicję już w pierwszym akcie, zaś grająca matkę Juliana Gillian Anderson pełni raczej funkcję dekoracyjną i nie ma choćby jednej okazji, by wykazać się swoimi umiejętnościami. Podobnie więc jak w przypadku fabuły, również przy konstruowaniu postaci mamy za dużo kodowania, a za mało swobodnej artystycznej kreacji.

Efekty i muzyka NIN ratują widowisko



"Ares", w przeciwieństwie do poprzednich części cyklu "Tron", odwraca nieco fabularny schemat: o ile we wcześniejszych produkcjach to człowiek był umiejscawiany w cyfrowym świecie, o tyle w tym przypadku to wytwory wirtualnej rzeczywistości przenoszą się do świata swoich stwórców. Więcej scen osadzonych w "realu" mogło napawać obawami o to, czy film Rønninga utrzyma klimat produkcji z 1982 i 2010 roku. Na szczęście stylistyka obu tych tytułów nadal jest w "Aresie" mocno wyczuwalna. To (niestety tylko) momentami świetne widowisko hipnotyzujące rozświetlającymi mrok neonowymi barwami, od których ciężko oderwać oczy. Jak choćby w znakomicie zrealizowanej scenie ulicznego pościgu z wykorzystaniem futurystycznych motocykli. Albo w sekwencji ucieczki Aresa w "wirtualu".

Genialny koncert Nine Inch Nails na Open'erze Genialny koncert Nine Inch Nails na Open'erze

Trzecia odsłona "Trona", konsekwentnie jak dwie poprzednie, wykorzystuje także towarzyszącą współczesnemu kinu technologię. Efekty specjalne być może nie wbijają w fotel, ale w niektórych momentach robią spore wrażenie, a całościowo wydają się być zgrabnie wplecione w opowieść i wykonane na równym, wysokim poziomie. Oscarowa nominacja w tej kategorii wcale nie będzie niespodzianką, aczkolwiek - raz jeszcze - można narzekać na dość skąpą liczbę scen, w których wykorzystywany jest pełen potencjał dzisiejszego CGI. Ten wizualny przepych widać co prawda w efektownym finale, ale za rozmachem nie podąża już kreatywność, co doskonale ilustruje rozczarowujące pod kątem choreografii ostateczne starcie z udziałem Aresa.

Więcej niż zadowalające efekty specjalne, świetnie zachowana stylistyka poprzednich części oraz znakomicie ilustrująca fabułę muzyka Nine Inch Nails to największe atuty "Aresa".
Jeśli jest w filmie Rønninga element, który absolutnie w żadnym calu nie rozczarowuje, to z pewnością jest nim znakomita muzyka. Trent Reznor, który zazwyczaj na potrzeby filmów komponuje wraz z Atticusem Rossem, tym razem zaprzągł do pracy swoich kolegów z formacji Nine Inch Nails. Efekt jest co najmniej równie zadowalający, jak to miało miejsce przy poprzednim "Tronie" i soundtracku Daft Punk. Tym razem nie słyszymy już synthpopowych brzmień, bo wypierają je bardziej industrialne i przestrzenne kompozycje NIN. W wielu miejscach to właśnie muzyka przejmuje funkcję narracyjną i pozwala tchnąć emocje tam, gdzie Rønning nie potrafi ich wydobyć ze scenariusza. Trudno w tej chwili wyobrazić mi sobie ten film bez wkładu Reznora i spółki.

Katalog.trojmiasto.pl – To może dobra kawa po kinie?



Ciekawe, jak wyobrażają sobie powrót do świata na styku dwóch rzeczywistości fani cyklu. To właśnie z myślą o nich fabułę najnowszego "tronowego" widowiska ponadziewano pojedynczymi smaczkami i odniesieniami do poprzednich części, choć na szczęście nie jest ich na tyle dużo, aby zaburzać seans widzom, którzy akurat z "Tronem" do tej pory nie mieli styczności. Największą frajdę "Ares" zapewni chyba tym, których bardziej od fabuły interesują doznania wizualno-dźwiękowe. Na tym polu widowisko Joachima Rønninga nie zawodzi, na każdym pozostałym zawód można stopniować: od niewielkiego do bardzo dużego. W skrócie: aktualizacja została pomyślnie zainstalowana, ale w nowym kodzie ewidentnie brakuje emocji.

5.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

W temacie: Recenzje filmów

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (22)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze