Pamiętasz randkowe "bazy"? Co się z nimi stało
Randkowanie to sztuka: każdy ma własne tempo, własne granice i własne definicje bliskości.
To jak to dziś jest? Na której randce "wypada" się pocałować, a od której jesteście już parą? To pytania, które jeszcze niedawno miały zaskakująco spójne odpowiedzi, z uwagi na szeroko funkcjonujące normy społeczne. Istniały niepisane reguły, a spotkania miały zazwyczaj podobne tempo i wyraźnie zaznaczone granice. Dziś żyjemy w czasach dość wyraźnie deklarowanej wolności i eksploracji, a jednak pytanie "czy to nie za szybko?" wraca jak bumerang. Może i lata lecą, ale czy zmieniły się obyczaje, czy tylko narracje, którymi próbujemy je sobie wyjaśnić?
Walentynki w Trójmieście - zobacz nasz specjalny serwis IMPREZY I WYDARZENIA
- Randki, które miały swój rytm
- Tempo przyspieszyło, sens niekoniecznie
- Czym były randkowe "bazy", zanim stały się reliktem?
- Czy naprawdę jesteśmy dziś bardziej wolni?
Randki, które miały swój rytm
Pocałunek - to niewinne "buzi buzi" - pojawiał się zwykle na drugiej lub trzeciej randce i pełnił funkcję cichej deklaracji, że idziemy w dobrym kierunku ku dłuższej relacji, a od tego momentu to może nawet "ze sobą jesteśmy". Człowiek wracał do domu i analizował go klatka po klatce: czy za długo, czy za krótko, czy "to coś znaczy".
Katalog.trojmiasto.pl – Seksuolodzy
Za to seks był później i nie dlatego, że panowała pruderia, chociaż wychowanie odgrywało również olbrzymią rolę, ale dlatego, że istniało wyraźne rozróżnienie między ciekawością a bliskością. Między "podobasz mi się" a "chcę być z tobą bliżej" musiało trochę czasu minąć.
Czy "bazy" jeszcze istnieją?
Dziś to brzmi zabawnie, ale wtedy nikt się z tego nie śmiał. I teraz najlepsze: minęło jakieś 20 lat, a te same rzeczy stały się totalnie oczywiste. Pocałunek to nic wielkiego, seks też często niczego nie zmienia. I czasem myślę, że razem z tą oczywistością zgubiło się coś fajnego, to czekanie, to przeżywanie, ale też ja się zmieniłam i nie jestem już tą "dziewczynką", która o seksualności wiedziała tyle, co przeczytała w "Bravo", bo na lekcjach przystosowania do życia nic wartościowego nie dało się wynieść - wspomina Karolina, 35 lat.
Zaskocz drugą połówkę: walentynkowe atrakcje w Trójmieście i okolicach
Tempo przyspieszyło, sens niekoniecznie
Dziś randki wyglądają inaczej - choć nie aż tak radykalnie, jak lubimy to sobie opowiadać i często demonizować. Nadal spotykamy się na kawę, nadal rozmawiamy, nadal sprawdzamy chemię. Różnica tkwi gdzie indziej: w tempie i w domyślnych założeniach. Aplikacje randkowe nauczyły nas skracać dystans, ale nie nauczyły, jak go stopniować. Zniknęły znane wcześniej wspólne "bazy" - dlatego, że przestały być uniwersalne.
Każdy ma dziś własne tempo, własne granice i własne definicje bliskości. Problem w tym, że rzadko o nich mówimy wprost. Częściej zgadujemy, dopasowujemy się, przyspieszamy z lęku przed odrzuceniem albo przed etykietą "za wolnej", "za staroświeckiego", "zbyt ostrożnej". Pojawia się nadmiar chaosu.
W tym pośpiechu łatwo zgubić samego siebie. Zamiast zapytać, czy naprawdę tego chcemy, sprawdzamy, czy nie wypadamy z obiegu. Zgoda staje się techniczna - nie wynika z refleksji, lecz z milczącego dostosowania do obowiązującego tempa. A przecież świadoma zgoda nie polega na braku sprzeciwu. Zaczyna się wcześniej: od chwili, w której ktoś ma odwagę zatrzymać się i zapytać.
Czym były randkowe "bazy", zanim stały się reliktem?
Pierwsza baza była bardziej obietnicą niż spełnieniem. Gesty znaczyły więcej niż czyny: spojrzenie przed pocałunkiem, lekkie zawahanie, trzymanie się za ręce, pierwszy kontakt ust. To był moment narodzin napięcia. Jeszcze niewinny. Pierwsza baza mówiła: "coś między nami jest", bez konieczności wypowiadania tego na głos.
Druga baza wprowadzała relację w strefę półcieni. Pocałunki przestawały być grzeczne, a dotyk - przypadkowy. To był obszar eksperymentu i sprawdzania granic, często jeszcze z asekuracją. Relacja przestawała być wyłącznie romantyczna, a zaczynała być cielesna, choć wciąż kontrolowana.
Katalog.trojmiasto.pl – Tu możesz iść na randkę
Trzecia baza oznaczała intensywną bliskość, ale jeszcze bez pójścia na całość. Ekscytacja mieszała się z lękiem przed "za daleko", a reguły zaczynały się rozmywać. To tu emocje były największe, a chaos - najbardziej odczuwalny.
Czwarta baza, czyli dochodzi do pierwszego poważnego zbliżenia. Była granicą symboliczną, punktem odniesienia. Dziś brzmi archaicznie, ale dobrze pokazuje, jak bardzo kiedyś próbowano porządkować intymność w etapy, które miały chronić przed nadmiarem i pośpiechem.
Pierwsze spotkania wyglądają też inaczej w późniejszym wieku.
Czy naprawdę jesteśmy dziś bardziej wolni?
Pytanie o to, czy "bazy" jeszcze istnieją, wraca. Badacze z nauk społecznych pokazują, że ludzie nadal potrzebują struktur i ram, które porządkują napięcie i niepewność. A jednak kultura randkowania rozpuściła te ramy w natychmiastowości. Wszystko jest "tu i teraz", dostępne, szybkie, możliwe do sprawdzenia jednym ruchem palca.
Katalog.trojmiasto.pl – Psycholodzy
Wielu mówi dziś: "skoro iskrzy, to po co czekać?". I to uczciwa odpowiedź. Ale obok niej coraz częściej pojawia się emocjonalny kac lub poczucie, że coś wydarzyło się szybciej, niż zdążyliśmy to unieść. Dawne etapy nie gwarantowały szczęścia, ale dawały czas na zbudowanie narracji "my", zanim do głosu doszła chemia i hormony. Jednak zawsze jest to kwestia indywidualna. Szczególnie, że większa otwartość, często powiązana może być z większym obyciem, bo przestaje to być obce i straszne.
- Nie znałam takiego określenia jak "baza". W sensie normalnie o tym mówimy, czy był: pocałunek, albo coś więcej. Mnie bardzo denerwuje fakt, że wszędzie jest jakaś narracja o naszym wyzwoleniu seksualnym, a jak sobie przypomnę, to właśnie mam bardzo dużo koleżanek i kolegów, którzy nie mieli jeszcze nawet pierwszego pocałunku. Jak za to rozmawiam z nieco starszymi znajomymi, to kiedyś był jakiś większy nacisk, by mieć to za sobą. Ten pierwszy raz. Co w sumie widać też w komediach z lat 2000. Idealny przykład cała seria "American Pie". Fakt, ciężko znaleźć kogoś do związku, bo raczej wielu chłopaków nie chce zobowiązań. Jednak na bank nie robimy z randkowania schematu, że np. na pierwszej randce mogę się pocałować, a na 5 czy 10 uprawiać seks. Może inni tak robią, ale ja nie - mówi Alicja, 23-latka z Gdańska.
Nie istnieje magiczna randka, po której coś "wypada". Seks na pierwszym spotkaniu nie niszczy relacji tak samo, jak czekanie nie gwarantuje bliskości. Różnica polega na tym, czy decyzja jest wyborem, czy reakcją na presję. Dawniej bazy były próbą ochrony przed dysonansem między ciałem a więzią. Dziś tę ochronę młodzież bardziej świadomie wypracowuje ją sama, a nie społecznie.
Może więc pytanie nie brzmi: czy bazy jeszcze istnieją, ale zy my jeszcze chcemy zwalniać i schematyzować relacje? W świecie nieustannego przyspieszenia tęsknota za etapami jest tęsknotą za utratą znanego świata i kontroli. A nie za randką, po której długo pachniemy cudzym szalikiem, bo to wciąż się może zadziać.
