U źródeł Iron Maiden - relacja z koncertu Steve'a Harrisa w B90
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Kilka tygodni temu znajoma zapytała mnie, czy to prawda, że Iron Maiden wystąpi w B90. Kiedy odpowiedziałem, że zagra jedynie założyciel zespołu, ucieszyła się - "będzie można zobaczyć Dickinsona z bliska". Wytłumaczyłem, że chodzi o basistę, Steve'a Harrisa i nagle zainteresowanie spadło do zera...
W 2009 roku klub Ucho ledwo pomieścił wszystkich zainteresowanych koncertem zespołu Sepultura. Była to jedna z pierwszych metalowych gwiazd, które dotarły aż do Trójmiasta. Niemal dokładnie rok później Derrick Green - wokalista brazylijskiego zespołu - zawitał do tego samego miejsca z projektem solowym, Musica Diablo. Nie przyszło nawet pięćdziesiąt osób. Podobne historie zdarzają się często. W najbliższej przyszłości będzie można zobaczyć chociażby Grumbling Fur, które zagra w klubie Żak, a którego połowa - Daniel O'Sullivan - w 2014 roku wystąpił wraz z Ulver na scenie B90. W przypadku Iron Maiden mieliśmy jednak do czynienia z drugą tego typu historią. Cztery lata temu Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia gościło Blaze'a Bayleya, autora wokali na dwóch niezbyt lubianych albumach grupy, natomiast wczoraj zawitał do Gdańska twórca tej żywej i wciąż aktywnej legendy heavy metalu.
Prace nad debiutanckim materiałem British Lion trwały blisko dwie dekady, ale powodem nie był skrajny perfekcjonizm, jak w przypadku chociażby Tool, lecz kwestia znacznie bardziej banalna - brak czasu. Harris nie spieszył się z pisaniem lżejszej muzyki, nie odczuwał presji ze strony wytwórni czy fanów i właśnie tym charakteryzuje się się wydany w 2012 roku album. Recenzenci w przytłaczającej większości najzwyklej w świecie zaakceptowali jego istnienie. Nie wzbudził ani zachwytu, ani rozgoryczenia. Portal AllMusic napisał o nim wprost: "Przyswajalny krążek z niepretensjonalnym, choć łatwym do zapomnienia retro-metalem w duchu lat 80., który nawiązuje do każdej z możliwych klisz gatunkowych". Na żywo nie zmienia się niemal nic, poza jednym, istotnym szczegółem - szczera radość muzyków oraz ich otwarcie na fanów sprawiają, że tej archaicznej, schematycznej twórczości chce się słuchać.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Harris swojego czasu wybrał się do siedzimy magazynu Kerrang! z zamiarem zrugania autora niepochlebnej recenzji i chyba wciąż jego stosunek do mediów jest negatywny, ponieważ na czwartkowy koncert żadnej z redakcji nie udało się otrzymać akredytacji fotograficznej, ale sądzę, że nie będzie obraźliwym stwierdzenie, że British Lion powstało przede wszystkim dla jego własnej rozrywki. Zespoły, na których występy przychodzi niewiele ponad dwieście osób zazwyczaj nie mogą pozwolić sobie na takie luksusy, jak podróż dwoma nightlinerami (autobusami z miejscami sypialnymi), a nawet z własną pralką. Dla British Lion to standard. Mało tego, muzykom towarzyszyli członkowie dokładnie tej samej ekipy, która odpowiada za techniczne przygotowanie koncertów Iron Maiden. W metalu wyższej półki już nie ma.
Może basista chciał odpocząć od grania na stadionach, może od kolegów z zespołu, może chciał sobie przypomnieć, jak to jest móc spojrzeć fanom prosto w twarze i dać szansę każdemu z nich na osobiste spotkanie (po koncercie podpisywał płyty) zamiast wpatrywania się w maleńką postać i jej zbliżenie na telebimie. Jakiekolwiek są faktyczne powody, wyraźnie czuć, że British Lion to solidna, ale jednak wymówka. Po drugiej stronie barierek panowało na to pełne przyzwolenie. Publiczność była bez porównania mniejsza niż na koncercie "Dziewicy" w Ergo Arenie, ale ci, którzy przyszli do B90 nie zamierzali podpierać ścian. Szaleństwo rozpoczęło się już podczas otwierającego występ "This is my god", a nawet jeszcze wcześniej - podczas solidnego, choć równie przewidywalnego setu zespołu Voodoo Six czerpiącego pełnymi garściami z dorobku Clutch czy Guns N' Roses. Wielu na pewno liczyło na muzyczne nawiązanie do macierzystej formacji Harrisa, ten słusznie postanowił nie łączyć wątków i jedynym coverem w repertuarze było "Let it roll" UFO.
British Lion (a zwłaszcza gitara basowa) zabrzmiało tak dobrze, że nawet ich hard rockowe standardy zyskały na mocy, czego nie czuć równie intensywnie przy odsłuchiwaniu krążka. Szkoda tylko, że Steve Harris, który niegdyś zaciekle walczył z Brucem Dickinsonem o rolę lidera zespołu, faktycznie jawił się jako postać z drugiego planu, a rolę narratora spektaklu powierzył Richardowi Taylorowi, niezbyt charyzmatycznemu wokaliście. Ostatecznie nikt, kto świadomie wybrał wczorajszy koncert nie powinien być zawiedziony. Twórca Iron Maiden dał z siebie wszystko i zapewnił rozrywkę na nieośmieszającym go poziomie, a to wbrew pozorom dużo. Wątpię, żeby ktokolwiek wspominał to wydarzenie po latach, ale na pewno każdy dobrze się na nim bawił.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
