Udane otwarcie Soundrive Fest
W kwestii oprawy wizualnej, bezkonkurencyjny okazał się Jonathan Bree, który wraz z zespołem wystąpił w białych maskach całkowicie zasłaniających oczy i perukach rodem z filmu grozy.
To już niemal tradycja. Od kilku lat Soundrive Fest na przełomie sierpnia i września kończy festiwalowe lato, ściągając do Gdańska coraz to większe rzesze młodych ludzi, poszukujących muzycznych odkryć. W czwartek wieczorem w B90
i sąsiadujących stoczniowych halach rozpoczęła się siódma już edycja imprezy, która potrwa do niedzieli rano.
Kilka dni przed wydarzeniem jego organizatorzy zapowiadali, że tegoroczny Soundrive będzie rekordowy pod względem frekwencji. Jak się okazuje, nie były to słowa na wyrost, bo Ulicę Elektryków i przylegające do niej hale, gdzie rozlokowano w sumie cztery sceny, publiczność wypełniła niemal po brzegi. Według prognoz, każdego dnia w wydarzeniu udział ma wziąć około 1500 osób.
Wpływ na to ma z całą pewnością eklektyczny, starannie przygotowany program wydarzenia, oferujący spory przekrój gatunkowy, w którym bez problemu każdy uczestnik festiwalu powinien znaleźć coś dla siebie - zarówno fani melodyjnych, popowych brzmień, jak i szukający mocniejszych wrażeń w muzyce gitarowej czy hip-hopie.
W tym roku postanowiono odświeżyć nieco formułę festiwalu, nadając mu bardziej spójną tożsamość, jednocześnie podkreślając unikalny charakter industrialnej przestrzeni, w której się odbywa. Sceny zyskały nowe nazwy, a dwie z nich nieco przearanżowano.
Muzyczny miszmasz
Mocne, elektroniczne otwarcie festiwalu zapewnił trójmiejski projekt Lasy, który specjalnie z tej okazji zaprezentował się w poszerzonym składzie. Producentowi Stendkowi, oprócz perkusisty i stałego członka zespołu Jacka Prościńskiego, na scenie towarzyszyli także MaJLo i Lari Lu, którzy użyczają swojego wokalu na debiutanckiej płycie "Little Giant". Pojawił się na niej także jeden z bardziej rozpoznawalnych na polskiej scenie elektronicznej muzyków - Bartosz Schmidt, czyli Baasch. Muzycy połączyli siły i zmiksowali swoje materiały. Dzięki temu mogliśmy usłyszeć niektóre utwory z ostatniego albumu Baascha "Grizzly Bear With A Million Eyes", jak i autorskie piosenki Lari Lu i MaJLo, w nowej i nieco innej aranżacji Lasów. Warto również zwrócić uwagę na wizualizacje w tle, które momentami idealnie dopasowane do rytmu naprawdę potrafiły pochłonąć.
W kwestii oprawy wizualnej bezkonkurencyjny okazał się Jonathan Bree, który wraz z zespołem wystąpił w białych maskach całkowicie zasłaniających oczy i w perukach rodem z filmu grozy. Wyglądali niczym lalki z najgorszych dziecięcych koszmarów. Muzycznie spokojnie mogliby stworzyć soundtrack do obrazu, którego nie chce się pamiętać, a który natarczywie powraca w snach. Ich brzmienie jednak trudno jednoznacznie sklasyfikować. Z jednej strony mroczne, z drugiej momentami psychodeliczne, ale jednocześnie intrygująco lekkie. Ciężko było oderwać od nich wzrok i nie dać się pochłonąć tej koszmarnej opowieści.
Występujące chwilę później Japanese Breakfast z pewnością nie zawiodło fanów retropopu, zwłaszcza gdy w ich repertuarze pojawił cover The Cranberries. Dużo ciepłego brzmienia i plastycznych melodii, przy których przyjemnie się pobujać. Niestety tylko przez chwilę, bo jednak na scenie zabrakło wyrazistości, która byłaby w stanie zatrzymać publiczność na dłużej.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Blaski i cienie
W kategorii zaskoczeń należy wyróżnić grający na Slipway Stage Crimer. Nie bez powodu mówi się o nim jak o gwieździe lat 90., żywcem wyjętej z magazynu "Bravo". Przypomina ją nie tylko wyglądem, ale i scenicznym zachowaniem, które zadziałałoby na niejedną nastolatkę. Podczas tego występu z powodzeniem przeniósł nas do czasów, za którymi skrycie tęsknimy. Ci, którzy bywali na Soundrivie już wcześniej, mogli bez problemu zauważyć podobieństwo do występującego przed dwoma laty Thomstona. Podobne odniesienia i młodzieńcza energia. Nie dało się również nie poczuć ducha Depeche Mode w nieco uwspółcześnionej wersji. Odniesień do złotych czasów popu było więcej, bo muzycy zdecydowali się również na ukłon w stronę Michaela Jacksona. Wszystko jednak przełożone na własny język, bez infantylnego kopiowania.
Icage wystąpili w Polsce nie pierwszy raz, ale pierwszy po kilkuletniej przerwie. Zdaje się, że złagodnieli i w trakcie blisko czteroletniej nieobecności zdążyli się otworzyć na bardziej dźwięczne i rytmiczne odsłony rocka, w których można zaobserwować jedynie odrobinę postpunkowych naleciałości i brudu z dawnych lat. Ci, którzy liczyli na dziką, niczym nieskrępowaną energię mogli się nieco zawieść.
Miłośnicy eksperymentów i ambientu znaleźli dla siebie przestrzeń w hali, która w tym roku przyjęła nazwę Cargo Stage. Pojawili się na niej muzycy, kryjący się za projektem Kondensator Przepływu, który w tym dość hałaśliwym i raczej rytmicznym programie był miłym urozmaiceniem i punktem zdecydowanie pozwalającym się wyciszyć.
Mocnym akcentem pierwszego dnia był występ belgijskiej grupy Thot. Zgodnie z zapowiedziami, w ich muzyce bez problemu można było znaleźć elementy industrialnego rocka, post-metalu czy punk rocka, doprawione autorską wizją i manifestacyjnym przesłaniem. Próżno szukać tu drogi na skróty w postaci odtwórczego podejścia do tworzenia muzyki.
Największym minusem festiwalu okazała się jego strefa gastronomiczna, ograniczona do jednego punktu, który chwilę po godz. 23 przestał przyjmować zamówienia z uwagi na brak produktów. Po blisko 40 minutach otworzył się na klientów... z jednym daniem w menu. Próżno szukać foodtrucków, ustawionych po obu stronach Ulicy Elektryków, które jeszcze kilka lat temu były w stanie sprostać oczekiwaniom nawet najbardziej wymagających festiwalowiczów. W tym roku musimy obejść się smakiem. I zdaje się, że w kolejnych dniach wydarzenia niewiele się w tej kwestii zmieni.
Ulica Elektryków zapełnia się festiwalowiczami:
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Bilety jednodniowe w cenie 99 zł można będzie nabyć także przed samym festiwalem, ale ich liczba jest już mocno ograniczona.
