18 tys. za metr
Czy są jakieś racjonalne powody, dla których od niemal dwóch lat mieszkania drożeją w szaleńczym tempie?
Oprócz niepewności?
A jest jakaś niepewność?
Że ceny jeszcze wzrosną (śmiech). Powody racjonalne jednak istnieją: po naszym wejściu do Unii i masowej emigracji Polaków, do naszego kraju napłynęło dużo pieniędzy z zagranicy: zarówno od pracujących tam rodaków, jak i od ich pracodawców, którzy mają ambicję inwestować w nieruchomości w Polsce. W naszym biurze raz w tygodniu pojawia się jakiś obcokrajowiec i prosi o pomoc w kupnie jednego lub kilku mieszkań. Ostatnio trafił do nas człowiek, który chciał, żeby mu pomóc wybudować kilkaset mieszkań.
Rozumiem, że inwestorów z zagranicy jest coraz więcej, ale czy jest ich aż tylu, by wywoływać tak wielki wzrost cen?
Pieniądze z zagranicy to tylko jedna z przyczyn trwającej hossy. Drugą jest wzrost kosztów pracy robotników budowlanych, o których nasi deweloperzy muszą walczyć z pracodawcami z Wysp Brytyjskich. Trzecią jest zapowiedź wzrostu vat-u na usługi budowlane, z 7 do 22 proc. Na to wszystko nakłada się wzrost cen gruntów, za które deweloperzy z kwartału na kwartał muszą płacić coraz więcej.
Czy żądający podwyżki cieśla czy murarz wpływa na cenę mieszkań na rynku wtórnym?
Tak, ponieważ sprzedający na rynku wtórnym zawsze nawiązują do cen ustalanych przez deweloperów. Oczywiście jest różnica pomiędzy tymi sumami, ale ta dysproporcja jest najczęściej stała i wynosi ok. 30 proc. Rynek pierwotny kształtuje więc rynek wtórny.
Wymienione przez pana powody uzasadniają wzrost cen, ale nie wiem czy tłumaczą jego szaleńcze tempo.
Tłumaczy je za to piąty powód, o którym jeszcze nie wspomniałem: czysta spekulacja. Są tacy, którzy kupują mieszkania w najatrakcyjniejszych trójmiejskich lokalizacjach tylko po to, by na nich zarobić. Odczekać kilka lat i następnie sprzedać z jak największym zyskiem. Ponieważ liczą na spory zysk, już teraz są w stanie dużo płacić za mieszkania. Ten rodzaj inwestycji wynika z różnic w cenach nieruchomości pomiędzy naszym krajem, a innymi członkami Uni Europejskiej - te różnice ciągle istnieją i wraz z rozwojem Polski będą maleć. Część osób po prostu te zmiany widzi i je wykorzystuje.
Ona nigdy nie pęknie, bo nieruchomości to nie są akcje spółek, których cena zależy od mody czy nie popartych niczym wizji. Po prostu w pewnym momencie wzrost cen będzie wynosił ok. 5 proc. rocznie, czyli porównywalnie z innymi lokatami kapitału.
Kiedy w takim razie nastąpi koniec tego szaleńczego wzrostu, który pozwala deweloperom podnosić ceny mieszkań praktycznie co dwa tygodnie?
Nie wiem i nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział dokładnie - nie myślę jednak żeby zakończył się szybciej niż za dwa lata. Sądzę, że jedną z oznak kończącego się wzrostu będzie ustabilizowanie się cen najdroższych, naprawdę najbardziej eleganckich i położonych w najlepszych lokalizacjach w Trójmieście nowych apartamentów na poziomie ok. 17 - 18 tys. zł za mkw., w przypadku niewielkiego metrażu, do 60 metrów. Mam na myśli takie lokalizacje, jak północny cypel Wyspy Spichrzów w Gdańsku, Dolny Sopot - okolice Placu Zdrojowego w Sopocie i np. Sea Towers w Gdyni. Na rynku wtórnym dobrze zlokalizowane mieszkania w Dolnym Sopocie czy w historycznym Śródmieściu Gdańska osiągną co najmniej 10 tys. zł za metr.
Cóż, to są problemy bardzo bogatych, ale większość ludzi nie zamieszka przecież w Sea Towers, tylko raczej na Ujeścisku. Proszę powiedzieć, czy to, że Gdańsk ma bardzo dobry wskaźnik pokrycia uchwalonymi planami zagospodarowania przestrzennego nie powinno sprawić, ze buduje się więcej, a co za tym idzie - taniej?
Ok. 50 proc. Gdańska jest pokryte planami, ale nie nazwałbym tego znakomitym wskaźnikiem. Gdybym w swojej firmie wykonał 50 proc. zakładanego planu, to raczej musiałbym zwolnić kilku pracowników, a nie chwalić się super wynikiem. Tym nie mniej, uważam, że te dane nie mają znaczenia dla rynku mieszkaniowego.
Wracając jednak do wzrostu cen. O ile jeszcze w zeszłym roku można było kupować naprawdę cokolwiek i być przekonanym, ze uda się osiągnąć kilkudziesięcioprocentowy wzrost wartości w ciągu kilku lat, o tyle dziś trzeba już być ostrożniejszym. Ceny na pewno jeszcze wzrosną, ale w zależności od lokalizacji o różną wartość.
Panie Mikołaju, a teraz z zupełnie innej beczki. Jest pan rzutkim biznesmenem, który prowadzi własną agencję nieruchomości. Tymczasem pochodzi pan z dość słynnej rodzinny, która ma jednak tradycje raczej artystyczne czy społecznikowskie, a nie biznesowe.
Pochodzę ze słynnej rodziny?!
Pana babcia, Stanisława Fleszarowa-Muskat napisała kilkadziesiąt powieści, które sprzedawała swojego czasu w wielotysięcznych nakładach. Pana tata był słynnym opozycjonistą, a brat jest znanym działaczem polskiego Greenpeacu. To mało?
No tak, ale np. mój tata-opozycjonista też jest przedsiębiorcą od ponad 20 lat, bo gdy wyrzucono go z pracy musiał przecież z czegoś żyć. A to, że mój brat zajmuje się na poważnie działalnością non-profit, a ja zdecydowanie profit też nas od siebie nie oddala: obaj robimy to, co naprawdę lubimy. Gdy miałem 25 lat pracowałem w dużej brytyjskiej firmie z branży finansowej. Zarabiałem spore pieniądze, latałem po całej Polsce: byłem klasycznym yuppie. I muszę przyznać, że bardzo mnie to męczyło. A ponieważ z jednej strony interesowały mnie nieruchomości, a z drugiej chciałem robić coś lokalnie założyłem własną agencję nieruchomości. Po prostu połączyłem obie pasje.
