Range Rover Sport. Rzeczowy zew Albionu
Range Rover Sport - ambasador brytyjskiej motoryzacji na kontynencie.
Zwaliste. Mało zwrotne i mimo bojowego wyglądu - nieporadne w terenie. Tak do niedawna ocenialiśmy samochody typu SUV. Coś się jednak zmieniło - za sprawą Range Rovera Sport.
Wnętrze Range Rovera: nie ma tu ekstrawagancji... |
...dominuje prosty wystrój... |
...i oszczędny design. |
Naszym zdaniem, powodem jest strach, jakim na wybrzeżu obdarzamy wszystko, co nie ma teutońskiego lub skośnookiego rodowodu. Bo dlaczego w takiej Warszawie, można zobaczyć motoryzacyjny klub sześciu kontynentów? Albo dlaczego Ślązacy, wychowani teoretycznie pod tym samym zaborem co my, nie boją się Alfy Romeo, Lancii czy Saaba?
Z pewnością dlatego, że z południa bliżej jest do kolebek europejskiej kultury. Mają tam też autostradę, która sprawia, że łatwiej przemykać na zachód i pozbywać się tam utartych od lat uprzedzeń. Mieszkańcy metropolii "nad kałużą" muszą na razie zadowolić się tanimi liniami, które, odlatując z mglistego Rębiechowa, w dwie godziny przerzucają nas do równie mglistego Luton, czy Doncaster - Sheffield.
To zaś szczęśliwie sprawia, że coraz częstszym widokiem na naszych drogach zaczynają być Freelandery, Discovery czy Rovery 75, a nawet Jaguary. Nareszcie - chciałoby się powiedzieć nam, od dawna zakochanymi platonicznie w brytyjskiej motoryzacji. No, może nie do końca platonicznie. W końcu gdyby tak było, nie powstałby ten tekst.
Uzbrojeni w uliczne obserwacje oraz niezłą wiedzę z dziedziny teutońskiej motoryzacji, postanowiliśmy bowiem sprawdzić czym odróżnia się ona od sławnej probrytyjskości. I czy tą ostatnią można polubić. W ten sposób w nasze ręce trafił Range Rover Sport.
RR Sport to najmłodsze dziecko Land Rovera, należącego od kilku lat, podobnie jak Jaguar, do indyjskiego koncernu Tata.
Nieco tańsza, ciut mniejsza i mniej ekskluzywna odmiana Range Rovera, która zadebiutowała na rynku w 2005 roku, ma za zadanie trafić w gusta mniej konserwatywnej klienteli. Od swojego większego brata odróżnia ją mniejsza ilość drewna, chromów, optycznie lżejsze nadwozie i mniej przestrzeni na przednim rzędzie siedzeń. Reszta jest w zasadzie podobna. Silniki, pneumatyczne zawieszenie i jedyny w swoim rodzaju genotyp, który sprawia że kanciastego RR nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym autem.
"Nasz" testowy Range Rover Sport krył pod maską 3,6 litrowego turbodiesla, uzbrojonego w osiem cylindrów, 272 KM i moment obrotowy, wynoszący 640 Nm. Jak na mniejszego Range Rovera przystało, ważył zaś "tylko" 2656 kg, masa całkowita auta to ponad 3,1 tony. Jeżeli dodamy do tego, że RR Sport może ciągnąć 3,5 tonową przyczepę, okaże się, że mamy tu do czynienia z maluchem, którego można porównać jedynie z Audi q7, czy Mercedesem GL. Porównywalna jest też cena. W tym przypadku wynosząca 86,5 tys. euro.
W przeciwieństwie do swoich germańskich konkurentów, sportowy Anglik sprawia wrażenie lżejszego. To wypadkowa kanciastego rysunku i niskiej linii okien oraz długości, wynoszącej zaledwie 4,8 metra. Ostatnie centymetry przypadają na ciężką, tylną klapę. Angielskim zwyczajem jest ona dzielona na dwie części. W przypadku, kiedy chcemy wrzucić do przestrzeni bagażowej lżejsze przedmioty, dotykamy mikrostyku pod rejestracją i otwieramy jej górną część. Większe przedmioty wymagają podniesienia całej klapy. W górę załatwiają to za nas hydrauliczne siłowniki. Gorzej z ruchem w dół. Przy takiej opcji niektórym może zabraknąć siły, albo też wzrostu. Przydałby się system automatycznego zamykania. Zwłaszcza, że nie mamy tu do czynienia z tanim autem.
|
|
|
Podobnie jest z przejrzystą przyciskologią na tunelu centralnym. Rewelacja. Taką lekcję ergonomii powinni przerobić wszyscy, chcący projektować samochody. Tuż za lewarkiem zmiany biegów znajduje się pokrętło, sterujące zawieszeniem. Przestawiamy je na pierwsze przełożenie terenowe. Pojazd unosi się do góry, a my z głębokim pomrukiem atakujemy rozmiękłą, pagórkowatą łąkę. Potem zaliczamy płytki rów, przeprawiamy się przez niewielki strumień i jak gdyby nigdy nic, wyjeżdżamy z powrotem na ubitą drogę.
Wszystko odbywa się bezproblemowo i niezwykle płynnie. Bez ślizgów i mielenia kołami i bez przechyłów nadwozia (pneumatyczne zawieszenie). Dopiero po wyjściu z samochodu widzimy, co narobiliśmy. Kilkunastocentymetrowe koleiny, które zdążyły już nabrać wody. Zmiażdżone krzaki i porozcinane kępy traw. Range Rover pobrudził zaś sobie jedynie trochę progi, felgi i opony. Trzeba to umyć. W drodze do myjni zaliczamy małe rondo i ciasno wchodzimy w zatoczkę.
Brytyjski terenowiec składa się w obu jakby był niezbyt dużym samochodem osobowym. W dodatku, robi to bez piszczenia oponami i jakiegokolwiek opóźnienia reakcji. To w tej klasie rzecz raczej niespotykana. Po myciu z kocią łatwością wydostaje się zaś z wąskiego rękawa, zrobionego wyraźnie na złość użytkownikom publicznego "Karchera".
|
|
|
Niedługo potem rozstajemy się z naszym Range Roverem. Będziemy za nim tęsknić. Czteronapędowy rydwan Albionu niczego bowiem nie udaje. To nie tylko eleganckie, ale także całkowicie użytkowe auto, w którym praktycyzm zajął miejsce niemieckiego chromu.