Kup pan palmę!
Targowisko w centrum Gdańska. Wieje porywisty wiatr, jest słonecznie, ale zimno. Tłum kupujących rozgląda się w poszukiwaniu świątecznych ozdób, bazi, gałązek brzozy. Zewsząd słychać głosy sprzedawców zachwalających swój towar. W większości są to osoby starsze, na których sytuacja materialna wymusiła konieczność znalezienia dodatkowych źródeł zarobków, a jest to praca niełatwa.
Nie wszyscy jednak pracują tu z powodu ciężkich warunków finansowych. Przy większych, bogatszych stanowiskach można dostać nie tylko bazie i gałązki, ale również różnego rodzaju ozdoby świąteczne. Handlują tam zazwyczaj ludzie młodzi, dla których jest to tylko praca dorywcza. Na jednym z takich stoisk zostały zatrudnione dwie nastolatki. Podjęły tę pracę, ponieważ - jak mówią - pieniądze z kieszonkowego nie zaspokajają ich potrzeb.
Oprócz bogatszych stoisk, na targowisku spotkać można również mniej okazałe, tam zazwyczaj sprzedają osoby starsze.
- Jestem biedną emerytką, a codziennie siedzę tu od rana do godziny 15 - mówi starsza kobieta ubrana w gruby szary płaszcz, ciasno obwiązana szalem. Sprzedaję warzywa z działki i przetwory owocowe.
Dorabia do emerytury, bo pieniądze z niej ledwo starczają na wszystkie opłaty.
Obok niej stoi kolejna sprzedawczyni, pani Barbara, około 50-letnia, drobna kobieta. Powodem, dla którego handluje na targu jest trudna sytuacja finansowa. Zasiłek ledwie zaspokaja jej podstawowe potrzeby. Inny problem to sprzedający bez zezwolenia. - Gdyby nie oni - zarabialibyśmy więcej - mówi starsza kobieta w grubym płaszczu, nerwowo poprawiając okulary. - Handluję tu od 10 lat. Od samego początku mam wykupione miejsce. Na tym terenie jest 19 legalnych stanowisk, a sprzedających jest dwa razy więcej. Zabierają nam klientów.
- Nie mam zezwolenia, ale muszę jakoś zarabiać na życie - mówi szczupły wysoki mężczyzna, handlujący baziami. - Jestem bezrobotny. Nie przysługuje mi zasiłek. To, co tutaj zarobię to mój jedyny dochód.
Niektórzy z legalnie działających handlarzy narzekają na opieszałość i brak zdecydowanego działania Straży Miejskiej. Według nich, służby porządkowe powinny usunąć sprzedających "na dziko".
Handel na targu nie jest zbyt dochodowym zajęciem. Czasami dzienny utarg wynosi tylko kilkanaście złotych. - Nie da się z tego wyżyć. Gdyby mąż nie pracował... - mówi pani Wiesława, sprzedająca przy Hali Targowej; pomaga jej kilkunastoletnia córka. Handlują tylko w okresie świąt. - Jest ciężko - mówi zrezygnowana. - Z roku na rok coraz gorzej.
