Raport z placu boju
- Policja odjechała, więc "Max Bud" zaatakował - relacjonuje z "placu boju" Barbara Dąbrowska, przyszła lokatorka mieszkania przy ul. Skarbka. - Nie chcielibyśmy zmarnować tego, co udało nam się w sobotę uzyskać. Jesteśmy już zmęczeni. Tylu deweloperów pada, a ludzie nie mogą odzyskać swoich pieniędzy. My możemy odzyskać nasze mieszkania, bo są prawie skończone - i co z tego?
Przypomnijmy, że 24 rodziny wpłaciły do Spółdzielni Mieszkaniowej "Zagórze" pełną kwotę na swoje przyszłe mieszkania. Średnio po ok. 100 tys. zł. To oszczędności ich życia i kredyty, które już spłacają wciąż mieszkając m.in. w wynajętych mieszkaniach. Wykupili też ziemię, na której powstaje budynek. Prace budowlane zlecono firmie "Max Bud". Kiedy przyszli lokatorzy zobaczyli jak "solidnie" ich budynek powstaje, m.in. jak przeciekają świeżo położone dachy, a ich spostrzeżenia podzielili eksperci, spółdzielnia wypowiedziała wykonawcy umowę. Zdaniem spółdzielni wykonano 70 procent prac. Zdaniem wykonawcy - 90, za co wystawiono faktury. Wykonawca w lutym zaczął okupację placu budowy - dopóki spółdzielnia nie rozliczy się. W prokuraturze o swoje prawa dopomina się zarówno spółdzielnia, jak i wykonawca. Lokatorów jednak nie interesuje spór między nimi. Chcą po prostu mieszkać, dlatego wzięli sprawy we własne ręce i w sobotę odbili swoje mieszkania. Już w poniedziałek przyjechał tu autokar. Było w nim ok. 40 ludzi. Nic nie zrobili, bo budowy pilnowała policja. Sytuacja powtarzała się. Wczoraj policji zabrakło.
- Panowie z autokaru czyli ludzie z "Max Budu" próbują wchodzić na tę działkę i naruszyć cudzą własność - mówi Tomasz Ejtminowicz, radca prawny, pełnomocnik lokatorów. - Konstytucyjna zasada własności jak widać w tym państwie nie znajduje zastosowania - policja się wycofała. Przykład idzie od góry, od Leppera i innych, którzy siedzą na świeczniku i pokazują jak można deptać prawo. W sądzie nie uzyskaliśmy jeszcze zabezpieczenia prawa do własności. Będzie rozprawa, ale to kwestia kilku tygodni.
- Rzeczywiście, policjanci zostali stamtąd odwołani - potwierdza Danuta Wołk-Karaczewska, rzecznik gdyńskiej policji. - Podejmiemy interwencję w każdym przypadku, kiedy naruszone zostanie prawo. Na każdy sygnał będziemy reagować natychmiast. Policjanci, którzy dniem i nocą pilnowali tego obiektu, a były dni, że było ich tam 30, zostali odesłani do pełnienia obowiązków na ulicy.
Prawo, czyli sąd, nie rozstrzygnęło jeszcze po której stronie jest racja. Wczoraj po południu osiągnięto połowiczny kompromis - wszyscy opuścili plac budowy. Zawieszenie broni obowiązuje do "po świętach".
