Fakty i opinie

stat

Historia przedwojennej rodziny ze Stogów

artykuł historyczny
Dom przy ul. Pawiej 7a na Stogach. Lucie Kuźniarek wraz z dziećmi przeniosła się tu po wojnie, bo budynek przy  Kleine Seebadstraße , gdzie wcześniej mieszkali, spłonął w 1945 r.
Dom przy ul. Pawiej 7a na Stogach. Lucie Kuźniarek wraz z dziećmi przeniosła się tu po wojnie, bo budynek przy Kleine Seebadstraße, gdzie wcześniej mieszkali, spłonął w 1945 r.

- Mama prała swetry, pruła je, a potem robiła z nich rękawiczki i skarpety. Szłam z nimi i z pościelą w okolice Hali Targowej. Dostawałam za to jeden chleb. Byłam tak głodna, że zjadłabym cały, ale wiedziałam, że muszę zanieść go na Stogi. Czekali na niego - opowiada Regina Chwirot. W kolejnym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się mieszkanka przedwojennego Gdańska.



Przed domem przy Kleine Seebadstraße (po wojnie ul. Pawia). Lucie Kuźniarek na rękach trzyma syna Manfreda, a pośrodku stoi córka Regina. Obok niej po lewej stronie widać kuzynkę Gizelę, a po prawej Helgę. Zdjęcie z 1941 r.
Przed domem przy Kleine Seebadstraße (po wojnie ul. Pawia). Lucie Kuźniarek na rękach trzyma syna Manfreda, a pośrodku stoi córka Regina. Obok niej po lewej stronie widać kuzynkę Gizelę, a po prawej Helgę. Zdjęcie z 1941 r.
W mleczarni na Stogach był pokój, a w nim dwa łóżka. Mama położyła się na jednym, a brat na drugim. Gorączka. Poszłyśmy z siostrą do kuchni i zobaczyłyśmy garnek. Trzeba było jeszcze znaleźć cokolwiek do jedzenia.

Po drugiej stronie podwórka stał dom. W środku leżała stara, chora kobieta. Przypomniałam sobie wtedy, że na skraju lasu, od strony ulicy Sokolej zobacz na mapie Gdańska, stała kuchnia polowa. Po drodze natknęłyśmy się na ciało niemieckiego żołnierza. Miał opuszczone spodnie, a na brzuchu ranę w kształcie swastyki. Kiedy obchodziłam jego ciało, zastanawiałem się, jak zginął. Nie widziałam żadnego śladu po kuli.

Kawałek dalej stała wojskowa ciężarówka. Wdrapałam się na nią i znalazłam wielką kulę białego tłuszczu. Była dla mnie bez smaku i zapachu, ale ją zabrałam. Po drodze spotkałyśmy Franciszkę, znajomą mamy.

- Zbierajcie lebiodę i gotujcie ją - powiedziała.
Był maj 1945 roku. Siostra zbierała lebiodę, a ja robiłam zupę, do której dodawałam tłuszcz. Garnek miał pół litra i tyle każdy musiał wypić. Mamę i brata karmiłam łyżką. I to było moje zajęcie - po prostu wepchnąć im zupę. Tej starszej kobiecie z domu obok też.

Pewnego dnia przyszedł niemiecki pastor, żeby się pożegnać. Przyniósł pięć jajek, butelkę spirytusu i coś jeszcze. Jajka ugotowałam i każdy dostał po jednym, a spirytusem myłam plecy mamy, brata i starszej kobiety, żeby nie było ran. I musiałam codziennie myć podłogi. To wszystko duchowny mi nakazał. Pewnego dnia mama wstała. Miała wiotkie nogi i trzymała się ściany.

- Idę szukać mieszkania - powiedziała.
Po drugiej stronie Kleine Seebadstraße, ulicy przy której stał nasz dom do czasu aż spłonął zobacz na mapie Gdańska, ostały się dwa budynki. W jednym z nich było trzypokojowe mieszkanie, a w nim dwie starsze panie, które chętnie przyjęły nas do siebie.

Skład drewna przy moście i szyja wilczura

Dziadek Walter i babcia Julia Karolina Dorothea mieszkali na Stogach. Działek był współwłaścicielem firmy, która handlowała drewnem. Składował je przy Moście Siennickim. Pamiętam doskonale, że przed składem stała budka i był też duży wilczur. Kiedy chodziłam tam z dziadkiem, zawsze wieszałam się temu psu na szyi. Miałam wtedy pięć czy sześć lat. Wilczur mnie lubił. Pamiętam też, że był strażnik i że dziadek dostarczał dużo drewna do stoczni.

Mama Lucie Domnick i tata Bruno Kuźniarek byli księgowymi. Pobrali się w 1930 r. Ojciec dojeżdżał do pracy w Pruszczu, a kiedy dostał tam służbowe mieszkanie, rodzice przeprowadzili się. Urodziłam się więc w Pruszczu w 1933 roku. Mama tęskniła jednak za Stogami. Tam żyli jej rodzice i siostra z dziećmi.

Trzy lata później przyszła na świat moja siostra Gabriela - ale wtedy mieszkaliśmy już we Wrzeszczu przy dzisiejszej Dubois. Moja mama chciała w ogródku wystawiać moją siostrzyczkę w wózku. Właściciel połowy domku, w którym żyła nasza rodzina, nie zgodził się jednak, abyśmy korzystali z ogródka. Przenieśliśmy się więc na obecną Leczkowa i mieszkaliśmy wysoko.

Na początku 1939 r. zapisana zostałam do szkoły przy Pestalozzistraße. Ale kiedy w 1940 roku ojca wzięli do wojska, nasza rodzina wróciła do drewnianego domku na Stogach. Czuliśmy się tu świetnie. Podwórko, łąka, woda - dla dzieci fantastycznie. Tu też chodziłam do szkoły. Na Stogach mieszkali ponadto ciotka Ela i wuj Ego. Prowadzili drogerię. Kiedy nadchodziła niedziela, sześcioro ich dzieci, nasza trójka, statek do Bohnsack i kosz jedzenia. Fantastycznie było.

W czasie wojny jeździłam też do Gdańska. Woziłam mleko ze Stogów na Szeroką. Mama mówiła:

- Dzięki kartce dla Maniego [brat Reginy - dop. red.], dobre mleko wystarcza jeszcze dla dziadka.
Bo dziadek Maksymilian pod koniec życia jadł tylko zupy mleczne. Wcześniej mieszkali z babcią Franciszką przy Posadowskiweg, czyli obecnie Kochanowskiego. Ale kiedy na początku wojny babcia zmarła, dwie ich córki HelenaZofia, przeprowadziły się do mieszkania przy Szerokiej i zabrały swojego ojca. Dziadek zmarł tam w 1943 roku. To było jeszcze zanim moją szkołę - z powodu nalotów - przeniesiono do Juraty.

Minowanie Zatoki i wiadomość o ewakuacji do Szwecji

Ciotka Ela i wuj Ego wraz z dziećmi. W 1941 r. przenieśli się ze Stogów do Kartuz. Na pożegnanie Regina otrzymała od cioci zielony koc.
Ciotka Ela i wuj Ego wraz z dziećmi. W 1941 r. przenieśli się ze Stogów do Kartuz. Na pożegnanie Regina otrzymała od cioci zielony koc.
Mama w czasie wojny pracowała w Blaszance. A ojca wysłali do Norwegii. Przyjeżdżał może raz do roku. Pamiętam, że przywoził duże ilości wędzonego łososia. I mama wszystkim dookoła robiła kanapki z tą rybą.

Po tym jak ukończyłam szkołę podstawową, pojechałam z mamą do Gdańska, aby zapisać się do gimnazjum dla dziewcząt. A że zaczęły się bombardowania, powiedzieli nam, że szkoła zostanie przeniesiona. Jako uczennica trafiłam do Juraty. Mieszkałyśmy w budynku hotelu, po cztery dziewczynki w pokoju.

W Juracie był spokój, choć było też dużo wojska. Nie raz, kiedy szłyśmy na spacer czy do kościoła, widziałyśmy jak ćwiczą marynarze. A któregoś dnia razem z przyjaciółką Gizelą widziałyśmy, jak niemieckie samoloty minują Zatokę Gdańską w kierunku Gdyni.

Gwiazdka była taka... faszystowska. Bez kolęd. Dyrektorka tłumaczyła nam, że nie ma Jezusa w Wigilię i że jest to początek roku. Robiliśmy tylko gwiazdeczki z papieru. Umiem to do dziś. Po czym nadszedł styczeń 1945 roku i wiadomość, że naszą szkołę ewakuują do Szwecji.

Mama napisała upoważnienie i dała je matce mojej przyjaciółki. Ta przyjechała do Juraty i zabrała nas do domu. Bo moja mama mówiła tak:

Ojciec w Norwegii, ty masz do Szwecji, a my tu. To za dużo - nie chciała się zgodzić.
I to był koniec mojego chodzenia do niemieckiej szkoły. Wróciłam na Stogi. Trwały już wtedy naloty. Wiele osób uciekało ze Wschodu licząc, że dostaną się dalej statkiem czy pociągiem.

Uciekinierzy byli przydzielani do mieszkań. Do nas trafiły dwie starsze panie, które szukały możliwości dalszej ucieczki i któregoś dnia po prostu zniknęły. A u naszych sąsiadów zamieszkał starszy pan z córką, która była krawcową.

Pewnego dnia wyszła z domu. W środku dnia był rosyjski nalot. Pękły jej płuca. Staruszek został sam. Potem naloty odbywały się coraz częściej.

Jeszcze kiedy ojciec przyjechał w 1944 roku do domu, umówili się z mamą, że niezależnie od tego, jaka będzie sytuacja, mama z dziećmi będzie czekać w Gdańsku.

Zginął, bo nie chciał oddać pamiątki po córce

Dzieci przed szkołą na Stogach w 1943 r. W drugim rzędzie od dołu, trzecia od prawej strony siedzi Gabriela - siostra Reginy.
Dzieci przed szkołą na Stogach w 1943 r. W drugim rzędzie od dołu, trzecia od prawej strony siedzi Gabriela - siostra Reginy.
Kiedy wyły syreny, szliśmy do bunkra. Przychodził do nas starszy mężczyzna i brał walizki brata. Mama szła z plecakiem, walizką i miała przy sobie Gabrysię i Manfreda. A moim obowiązkiem było dźwigać za każdym razem dużą torbę z cukrem. Nasz lekarz domowy powiedział wcześniej, że mamy zbierać cukier, bo dzięki niemu i wodzie można dłużej przeżyć w czasie głodu.

W bunkrze przebywaliśmy zawsze aż do momentu odwołania alarmu. Któregoś dnia siedział obok mnie starszy pan - ten, któremu zginęła córka. Był załamany jej śmiercią i tym, że został sam. Mama dawała mu cukier. Potem zaczęli znosić rannych żołnierzy. Jeden z nich ciągle prosił o wodę, a ta wypływała mu jelitami...

- Obiecałam ojcu, że zostaniemy, ale nie. Uciekamy - powiedziała pewnego dnia mama.
I tak obładowana, z dziećmi zaczęła uciekać. Na dzisiejszej Jodłowej, kiedy byliśmy niedaleko takiego małego domu, nadleciał rosyjski samolot. Mama dobiegła, ja upadłam. Chciałam przykryć się zielonym kocem. Dostałam go na pożegnanie od cioci Eli, która w 1941 roku wyprowadziła się do Kartuz.

W pewnej chwili przybiegł niemiecki żołnierz. Podniósł mnie i wepchnął pod wojskową ciężarówkę, gdzie leżeli już ludzie. Żołnierz pozostał na zewnątrz. Z samolotu padały strzały. Kule trafiły w konie. Ludzie pouciekali. A żołnierz został. Nawet nie miałam jak mu podziękować, że mnie uratował... Dobiegłam do domku. Była tam mama.

- Leciałam za tobą, chciałam cię zabrać, ale zobaczyłam, jak żołnierz wpycha się pod ciężarówkę i stanęłam.
- Mamo, dobrze, że stanęłaś, bo byś zginęła.
- Wracamy do bunkra.
Wśród osób, które w nim siedziały, był młody człowiek. Nikt nie wiedział kim jest, bo nie wypowiedział ani słowa. Wychodził na zewnątrz po wodę, a potem rozdawał ją. Cukru mieliśmy już niedużo. Był 30 marca. I wtedy weszli Rosjanie.

Mówili: ur, ur. Jeden z nich podszedł do starszego pana, który siedział obok mnie. Staruszek trzymał kurczowo kieszenie płaszcza. Usłyszałam huk. Rosjanin zastrzelił go, a z jego kieszeni wyjął mały damski zegarek - pamiątkę po córce.

Rosjanin wziął go, pogłaskał mnie po głowie i podszedł do mojej mamy. Spokojnie oddała mu swój zegarek. I jak już obeszli wszystkich i zabrali, co się dało, to nas wyprowadzili. Szliśmy pieszo do kościoła w Gdańsku.

Dzieci szukały jedzenia wśród gruzów

Lucie, matka Reginy w czasie wojny pracowała w Blaszance. Zdjęcie z lutego 1943 r.
Lucie, matka Reginy w czasie wojny pracowała w Blaszance. Zdjęcie z lutego 1943 r.
Na drewnianej ławce spał mały brat, a na siedząco mama. Ja z Gabrysią leżałyśmy na podłodze. Na starych gazetach i niemieckich banknotach. W kościele było bardzo zimno.

Rano przyszły żołnierki i pozabierały dokumenty dorosłym osobom. Kobiety chodziły zakopywać trupy i martwe konie. W tym czasie przemierzałam z rodzeństwem gruzy, szukaliśmy czegokolwiek do jedzenia.

W kościele były żołnierki. Pamiętam też, że na jednej ławek siedziała starsza pani. Chyba już przymierała głodem. Nie chciała wyjść na roboty. Jedna z żołnierek podeszła do niej i pistoletem walnęła staruszkę w głowę. Zabiła ją.

Zabrałam dzieci i znów poszłyśmy szukać jedzenia. Moja mama dowiedziała się, że w okolicach Toruńskiej stoi wagon porów. Poszła tam i gdzieś jeszcze znalazła kaszę. I gotowała nam na cegłach między Halą Targową a kościołem św. Mikołaja, bo tam po powrocie z prac, kobiety robiły jedzenie. Po czym któregoś dnia mama zdecydowała, że uciekniemy.

- Lawendowa 6. Na trzecim piętrze mieszka ponad 20 osób, ale nas przyjmą.
W dosyć dużym mieszkaniu były dwa łóżka. Jedno odstąpili mamie oraz bratu. I tam mieszkaliśmy. Po nocach przychodzili Rosjanie. Młode osoby uciekały wtedy na strych i schowane przeczekiwały. A my, kiedy skończyła się wojna, opuściliśmy Lawendową.

- Mamo, gdzie idziemy?
- Tam są mieszkania.
- Ale my do domu, na Stogi.
Szliśmy w kierunku sądu. Jechała tam furmanka, a na niej rosyjscy żołnierze. Zatrzymali się i jeden z nich zaczął kiwać do nas ręką. Trzymał wielki kawał mięsa. Siostra, już bardzo głodna, poleciała do tego człowieka i wzięła je. Było bardzo dobre. Zjedliśmy trochę i zawróciliśmy na Stogi.

Odpadki z wędzarni i powrót ojca

Pamiątkowe zdjęcie z powojennej konfirmacji Reginy oraz innych ewangelickich dzieci.
Pamiątkowe zdjęcie z powojennej konfirmacji Reginy oraz innych ewangelickich dzieci.
Przyjęły nas dwie starsze panie, o których wcześniej już mówiłam. Czuły się bezpieczniej. Ludzie myśleli wtedy, że czasami przebywanie razem z dziećmi może ich uratować. Poza tym kobiety, mówiły, że niedługo wyjeżdżają. I tak się stało. Zostawiły nam mieszkanie z meblami, a wśród nich dużą szafę, gdzie było dużo pościeli, wyszywanych obrusów i swetrów.

Mama prała swetry, pruła je, a potem robiła z nich rękawiczki i skarpety. Szłam z nimi i z pościelą w okolice Hali Targowej. Dostawałam za to jeden chleb. Byłam tak głodna, że zjadłabym cały, ale wiedziałam, że muszę zanieść go na Stogi. Czekali na niego.

Pewnego dnia mama spotkała znajomą Niemkę. Do jej mieszkania dokwaterowano samotnego Polaka z dwójką dzieci, którymi zaczęła się zajmować. Był mądry - wiedział, że dzieci potrzebują opieki. Nie wyrzucił jej z domu i załatwił pracę w wędzarni ryb na Stogach, którą uruchomił ktoś rezolutny.

- Przyślij wieczorem swoje dziewczyny, a ja wystawię z tyłu wiadro z odpadami, to sobie zabierzecie - powiedziała znajoma mamy.
Były łebki od pomuchli, czasami śledź. I mama smażyła je lub gotowała. Dziś jeszcze zjadłabym sobie taki ugotowany łepek. Zbieraliśmy też gałęzie i szyszki, aby mieć co dorzucić do ognia.

- Nie mamy węgla. Wyjeżdżamy - zdecydowała jednak mama i zaczęła się szykować.
Tymczasem późnym wieczorem usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Ojciec wrócił z Norwegii. Rano mama cieszyła się, że wyjedziemy do Niemiec. A ojciec powiedział:

- Nigdzie nie jadę. Tu się urodziłem i tu umrę. W Niemczech jest pełno uciekinierów. Tam nie ma pracy. A poza tym nazizm się nie skończył, a ja straciłem braci.
Dwa miesiące mama płakała i błagała. A tata mówił:

- Mój brat Leon został, kuzyn Hans został, my też nie jedziemy.
Mama groziła rozwodem. A tata tłumaczył dalej, że poza tym mamy tu mieszkanie. Najważniejszym jego argumentem było jednak praca. Zatrudnił go w Gdańsku przyjaciel, którego poznał w Norwegii. Ojciec został tłumaczem, bo znał niemiecki, angielski podobnie jak mama, a poza tym norweski i trochę polski. A mama sprzątała w polskiej szkole.

Chodziliśmy na lekcje do polskiej placówki, bo taki był warunek, aby rodzina otrzymała dokumenty z polskiego urzędu. Po dwóch miesiącach, kiedy jak co dzień wróciłam po lekcjach, usłyszałam od mamy:

- Tu się urodziłam, i tu umrę.
I wtedy stworzyła sobie swój świat. Polskiego znała tyle, co potrzeba było na targu. Skupowała też niemieckie książki. Mama była bardzo dobrym człowiekiem. Późnym wieczorem 1945 roku na Stogi przybyła polska rodzina. Małżeństwo z chłopcem i dziewczynką, które przez miesiąc szło prowadząc ze sobą krowę. W opuszczonym mieszkaniu, które zajęła rodzina, nie było jednak mebli. Mama - z racji tego, że mówiłam trochę po polsku - wysłała mnie do nich. Kiedy przyszli, dała im własne łóżko z materacem i porządną pierzyną.

Rano przyszła ta pani i przyniosła mleko. A potem makaron, który zrobiła. Pani nie mówiła po niemiecku, a mama prawie w ogóle po polsku, a mimo to lubiły się i pomagały sobie.

Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Wysłuchał:

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (85)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.