Fakty i opinie

stat

Wojenna tułaczka Jana Rohde

artykuł historyczny
Jan Rohde po tym, jak trafił do amerykańskiej niewoli, został wcielony do polskiego wojska. Zdjęcie wykonano w 1945 r.
Jan Rohde po tym, jak trafił do amerykańskiej niewoli, został wcielony do polskiego wojska. Zdjęcie wykonano w 1945 r.

- Musieliśmy chodzić po górach z mułami, które woziły na front amunicję i żywność. Na dole widać było resztki tego, co zostawało z grubych drzew, po zejściu lawin. Lawiny były śnieżne i kamienne - opowiada 90-letni Jan Rohde. W kolejnym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się przedwojenny mieszkaniec Gdańska.



Ulicą jechały czołgi i transportery opancerzone. Siedzieliśmy ukryci w krzakach. Ja i AlikKartuz. Do francuskich partyzantów było już niedaleko. Nie udało się jednak. Musieliśmy wyjść. Mundur miałem już zniszczony i  bez niemieckiego orła, którego wyrzuciłem. Alik zaczął zmyślać, że pochwycili nas partyzanci, że bili nas i że zniszczyli nasze mundury. Kazano nam wracać do oddziału.

Szliśmy długo koło rzeki. Na noc zatrzymaliśmy się w opuszczonym domku obok dworca. Kiedy położyłem się na łóżku, pojawiły się pluskwy. Poszedłem więc pod próg i spałem na betonie. Ci, co zostali w środku, zostali pogryzieni.

Po powrocie załadowali nas do pociągu i wywieźli z Francji do Włoch. Takich jak my było więcej. Niemcy sformowali z nas kompanię do pilnowania ich bydła. Pełniłem więc służbę przy bydle, a później przy mułach. To było wysoko w górach. Na mułach jechała amunicja i żywność. Wysyłano nas ze zwierzętami na pierwszą linię frontu.

Masło w Hali Targowej i dom siostry babci

Siostra babci oraz kuzynka matki Jana wraz z dziećmi. Zdjęcie wykonano na podwórku domu przy St. Michaelisweg (obecnie Traugutta).
Siostra babci oraz kuzynka matki Jana wraz z dziećmi. Zdjęcie wykonano na podwórku domu przy St. Michaelisweg (obecnie Traugutta).
Do Gdańska przyjechałem w pieluchach. To był 1926 rok. Rodzice pochodzili z Kaszub. Mama Waleria mieszkała wcześniej w Kielnie, a tata TeodorRogulewie. Miałem trójkę rodzeństwa - starszego o trzy lata brata Paula, młodszą siostrę Hildegardę i małego brata Erwina, który zmarł z powodu choroby w czasie wojny.

Pamiętam, że tata miał swoje stoisko w gdańskiej Hali Targowej. Kupował w Polsce masło od gospodarzy. Po czym dzielił na funtowe porcje, a mama sprzedawała. Można też było kupić u nas śmietanę i jajka. Byłem wtedy małym chłopcem i przesiadywałem obok mamy na krześle.

Kiedy podrosłem, chodziłem do katolickiej szkoły przy dzisiejszej ulicy Smoluchowskiego. I Komunię Świętą miałem w kościele Chrystusa Króla zobacz na mapie Gdańska, a bierzmowany byłem w kościele Serca Jezusowego zobacz na mapie Gdańska. Nasza rodzinie pomogła siostra babci. Razem z mężem mieli trzypiętrowy budynek przy Michaelisweg, czyli Traugutta. Był tu także niższy dom, gdzie mieszkaliśmy na piętrze. A ciocia miała też krowę i świnie.

Przeczytaj też: Historia Herz-Jesu-Kirche, czyli "kościoła na Czarnej"

Tata w I wojnie walczył w niemieckim wojsku, a później był w polskim. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Wiem też, że naszą rodzinę chciano wysiedlić z Gdańska. Tata wstąpił więc do Związku Polaków. W szkole zacząłem uczyć się po polsku. Trzy lata powtarzałem czwartą klasę, po czym mnie wypisano. Ojca, za to że należał do Związku Polaków, w czasie wojny zabrali do obozu. Przyjaciel ojca, starał się, żeby go zwolnili.

Dynamit we włoskich górach

Jan Rohde pod koniec wojny trafił do 2. Korpusu Polskiego.
Jan Rohde pod koniec wojny trafił do 2. Korpusu Polskiego.
Wypuścili ojca. Później pracował w gdańskiej stoczni, która budowała okręty podwodne. A ja na początku wojny dostałem nakaz pracy. Najpierw zatrudniony byłem u znajomego ogrodnika na cmentarzu św. Mikołaja zobacz na mapie Gdańska. Później pracowałem w restauracji, a potem byłem gońcem w służbie przeciwlotniczej. W 1943 zabrano mnie do wojska.

Miałem kilkanaście lat i podobnie jak brat trafiłem do Francji. Grenoble, Lyon, Gap. Na front mnie wtedy nie wysłali, bo miałem w dowodzie napisane, że jestem Polakiem. Potem przenieśli mnie do Włoch.

Pamiętam, jak musieliśmy chodzić po górach z mułami, które woziły na front amunicję i żywność. Na dole widać było resztki tego, co pozostawało z grubych drzew, po zejściu lawin. Lawiny były śnieżne i kamienne.

Przeczytaj również: Kury w szafie, czyli gospodarstwo w czasie wojny

We Włoszech pracowałem też przy budowie bunkrów. To była miejscowość, gdzie stacjonowały niemieckie czołgi. Saper dawał mi dynamit, a ja zakładałem ładunki. Po wybuchu powstawały wnęki. Nawet do 10 metrów w głąb góry.

Były tu niemieckie okopy, bunkry i podziemne przejścia. A w dole droga. Siedziałem we wnęce i obserwowałem, jak Niemcy gnali na front. Gdy zbliżali się Amerykanie, my Polacy, złożyliśmy broń i poszliśmy do niewoli. Jeden z amerykańskich żołnierzy, kiedy byliśmy w niewoli, powiedział, że Polacy, którzy służyli wcześniej w Wehrmachcie, mogą wstępować do 2. Korpusu Polskiego. Wstąpiłem i szkoliłem się przy moździerzach.

Dozorca cmentarza, który ocalił figury

Po wojnie przetransportowano nas statkiem na Wyspy Brytyjskie. Początkowo planowałem wyjechać stamtąd do Kanady lub Afryki. Nie znałem losów rodziny, która została w Gdańsku, bo wszystkie listy, które wysyłałem wracały z informacją, że nie ma takiego adresu.

Dzięki pomocy Czerwonego Krzyża spotkaliśmy się w Anglii z bratem, który we Francji dostał się do amerykańskiej niewoli. Otrzymałem też w końcu odpowiedź na jeden z listów. To dzięki jednemu listonoszowi, co pracował w powojennym Gdańsku, ale znał też niemieckie nazwy ulic. Wiedział, gdzie doręczyć mój list.

Wróciłem wiosną 1947 roku i trafiłem do obozu w Nowym Porcie. Przez siatkę zobaczyłem się z bratem mojego ojca, który chodził po obozach i szukał swoich trzech synów. Po dwóch czy trzech dniach zwolnili mnie.

Rodzina po wojnie mieszkała w drewnianym domku na Cmentarzu Garnizonowym zobacz na mapie Gdańska. Ojciec był tam dozorcą, miał też ogrodnictwo. Dom siostry babci nie przetrwał wojny. Mama opowiadała, że w 1945 roku wypędzono ich do lasu na Jaśkową Dolinę. Kiedy wróciły, dom był już spalony.

Początkowo nie mogłem dostać obywatelstwa polskiego. Komuniści utrudniali mi życie. Przez rok pracowałem w fabryce, potem zostałem dozorcą na cmentarzu św. Franciszka zobacz na mapie Gdańska. Lubiłem ziemię i ogrodnictwo, więc się zgłosiłem. Sadziłem drzewa, tarasy robiłem. Pracowałem też u kamieniarzy: wykuwałem litery. Za taką w marmurze płacili dwa, a za taką w granicie cztery złote. Nawet sto liter dziennie potrafiłem zrobić. W marmurze, bo w granicie to mniej.

Później robiłem też sam pomniki i hodowałem chryzantemy. A kiedy likwidowano cmentarze wzdłuż Wielkiej Alei, pomyślałem, że warto byłoby ocalić i sprowadzić na cmentarz świętego Franciszka trzy figury.

- Możecie dostać, ale transportu już nie dam - usłyszałem od kierownika.
Z samochodem i dźwigiem pomógł mi kolega. Ze cmentarza św. Józefa przewieźliśmy figurę Jezusa, a z cmentarza św. Mikołaja zobacz na mapie Gdańska figurę Matki Bożej. Trzecia była figura modlącej się kobiety. A potem zlikwidowali przy Wielkiej Alei cmentarze i zrobili parki.

Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Opinie (106) 4 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.