Fakty i opinie

Ludzie Trójmiasta: mama z córką prowadzą rodzinny dom dziecka

Krystyna Kawecka oraz Dorota Stasiak, mama i córka, wspólnie tworzą w Gdańsku rodzinny dom dziecka. Obecnie przebywa w nim ośmioro dzieci.
Krystyna Kawecka oraz Dorota Stasiak, mama i córka, wspólnie tworzą w Gdańsku rodzinny dom dziecka. Obecnie przebywa w nim ośmioro dzieci. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

"Ciociu" - to słowo rozbrzmiewa w ich mieszkaniu najczęściej. Słychać je zwłaszcza w czasie pandemicznych obostrzeń, gdy komplet podopiecznych spędza w domu więcej czasu niż zwykle. A ciocie są dwie. Starsza i młodsza. Mama i córka. Ta, która lubi rozpieszczać, i ta nieco bardziej surowa. Bohaterki cyklu Ludzie Trójmiasta, Krystyna Kawecka oraz Dorota Stasiak, wspólnie tworzą w Gdańsku rodzinny dom dziecka. Obecnie przebywa w nim ośmioro dzieci. Ostatnio pisaliśmy o niewidomej 84-letniej nauczycielce z Gdyni, która spełnia pasje i zaraża optymizmem.



Chcesz się podzielić z nami swoją historią? A może znasz kogoś, o kim powinniśmy napisać? Czekamy na e-maile: ludzietrojmiasta@trojmiasto.pl

W jakiej rodzinie się wychowałe(a)ś?

tradycyjnej, w dobrych stosunkach 58%
zwyczajnej, ale nie było między nami dobrych relacji 22%
niepełnej, brakowało jednego z rodziców 16%
wychowałe(a)m się bez rodziców 4%
zakończona Łącznie głosów: 945
Numer telefonu do pani Krystyny Kaweckiej otrzymuję od gdańskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. "Doświadczona opiekunka, dzieciaki ją uwielbiają" - słyszę. Dzień po rozmowie telefonicznej ze mną pani Krystyna oddzwania. Chciałaby, by w umówionym spotkaniu uczestniczyła jej dorosła już córka, która w ich domu pełni równie ważną rolę. Dla podopiecznych Dorota Stasiak jest opiekunem wspierającym oraz ukochaną ciocią, z którą można obejrzeć serial i zwierzyć się ze szkolnych przeżyć.

Ich rodzinny dom dziecka mieści się w zwyczajnym bloku na Zaspie.
To, co niezwyczajne, to jego wnętrze. By uzyskać metraż odpowiedni dla ośmiorga podopiecznych, połączone ze sobą w jedno zostały trzy mieszkania. Jest przestronna kuchnia, dziecięce pokoje, trzy balkony, a poza tym całkiem spory ogród. Schowany za gęstymi krzakami zupełnie nie przypomina osiedlowej przestrzeni. Dużą powierzchnię wychowankowie i opiekunki docenili zwłaszcza w czasach pandemii, gdy opuszczanie domu bez ważnego powodu było zabronione. Własny kąt i dostęp do zieleni pozwolił nie zwariować w czterech ścianach.

Domy i ośrodki pomocy społecznej w Trójmieście


Pierwsza linia frontu



Krystyna od wczesnej młodości związana była z dziećmi. Zawsze miały specjalne miejsce w jej sercu, choć od profesjonalnej pracy z nimi zrobiła przerwę aż na 10 lat. Poświęciła się wtedy pracy w korporacji z branży farmaceutycznej. Na blisko dekadę dziecięce śmiechy, trudne rozmowy i rozterki wychowawcze zastąpiły spotkania, terminy i eleganckie biuro. Bardzo się wówczas rozwinęła, ale była też niezwykle zmęczona.

Równolegle nastały w Polsce zmiany, które sprawiły, że zapragnęła pracy na własny rachunek. By zostać rodziną zastępczą, wysłała swoją kandydaturę do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Gdańsku, a chwilę później odbywała już specjalny kurs dla osób prowadzących rodziny zastępcze. Chciała pracować z dziećmi, ale nie jako pracownik instytucji, a właśnie rodzina. Być na pierwszej linii frontu. Już wtedy mogła liczyć na ogromne wsparcie ze strony córki. Początkowo nazywały się placówką opiekuńczo-wychowawczą, a Krystyna nosiła miano pani dyrektor.

- Nie do końca mi to odpowiadało, było zbyt oficjalne i nie pasowało do mnie ani do relacji, jaką tworzyłam z podopiecznymi. Znacznie lepiej odnalazłam się w modelu rodzinnego domu dziecka - przyznaje dziś.

Ludzie Trójmiasta: razem z psami ratuje ludzi



W duecie matka-córka działają, jak same mówią, od zarania dziejów. Kiedy tylko Dorota osiągnęła pełnoletność, zaczęła udzielać się jako wolontariusz w licznych placówkach opiekuńczych. Wspólna praca była dla nich kolejnym, naturalnym etapem w życiu.
W duecie matka-córka działają, jak same mówią, od zarania dziejów. Kiedy tylko Dorota osiągnęła pełnoletność, zaczęła udzielać się jako wolontariusz w licznych placówkach opiekuńczych. Wspólna praca była dla nich kolejnym, naturalnym etapem w życiu. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

Zapomnieli, jak być dobrymi rodzicami



Pod ich opieką przebywa obecnie ośmioro dzieci w wieku od 9 do 18 lat. Niestety z uwagi na obowiązującą ich tajemnicę i potencjalny sprzeciw rodziców Krystyna i Dorota nie mogą pokazywać wizerunku wychowanków ani zagłębiać się w szczegółach ich - zwykle złożonych - historii. Przewijają się w nich przemoc, alkohol, problemy finansowe i zwykle wspólny mianownik: brak dzieciństwa. Wielu z ich dotychczasowych podopiecznych od małego przebywało w różnego rodzaju placówkach wychowawczych.

Krystyna: - Zawsze przeglądam historię rodzin przed przyjęciem dziecka. Zazwyczaj ci rodzice, którzy pobłądzili, naprawdę nie mieli łatwego życia. Im, często jako dzieciom czy nastolatkom, nikt nie podał ręki. Nie dostali przykładu jak być dobrym opiekunem. Efektem są ich błędy rodzicielskie. Nie zawsze są to uzależnienia czy przemoc, czasami to - tylko albo aż - bardzo duża nieudolność. Mam dla nich wiele zrozumienia i empatii, bo widzę, jak trudne było ich życie.
Dorota: - My nie podchodzimy do rodziców jak do alkoholików czy narkomanów, ale jak do ludzi, którzy potrzebują pomocy i wsparcia. Którzy pogubili się i zapomnieli, jak być dobrymi rodzicami. To nie musi być utracone raz na zawsze, choć zwykle to długa i żmudna droga, by biologiczny rodzic zaufał i chciał podjąć współpracę.

Pierwszy taki przypadek



Mama i córka uśmiechają się na wspomnienie jednej z matek, której dzieci trafiły pod ich dach. Zaniedbania rodzicielskie były w tym przypadku znaczne. Przykład? Mama nie chciała wstawać wcześnie rano, więc dzieci prawie w ogóle nie uczęszczały do szkoły. Kiedy jednak trafiły do rodzinnego domu dziecka, w matce zaszła zmiana.

- Bardzo zaangażowała się w poznawanie potrzeb swoich dzieci - opowiadają opiekunki. - Była otwarta na naukę i rady. Zależało nam, by towarzyszyła całemu rodzeństwu w porannej rutynie. Przyjeżdżała więc do nas o szóstej, budziła maluchy, pomagała im umyć się i ubrać, szykowała śniadanie. Przez wiele miesięcy uczestniczyła w porannym rozpoczęciu dnia, potem odbierała je ze szkoły, odrabiała wspólnie lekcje, bawiła się z nimi. Niby oczywiste, ale ona po prostu tego nie umiała, bo nie miała od kogo się nauczyć.

Ludzie Trójmiasta: ratowanie życia to jego pasja



Kobieta odnalazła w sobie prawdziwą wolę walki. Poszła na terapię i ukończyła ją. Przestała pić, znalazła pracę. Jej postępy i chęci były tak duże, że sąd przywrócił jej prawa do dzieci. Opiekunki wciąż śledzą sytuację tej rodziny i wiedzą, że mama nie wróciła do starych, złych nawyków. Niestety takich historii jest niewiele.

Dorota: - Od kiedy prowadzimy dom dziecka, to jedyny taki przypadek.
Krystyna: - Inna z mam na przykład zrobiła nam niesamowitą nadzieję, bo podjęła współpracę... po czym ją zerwała. Odbiło się to na dzieciach. Tak niestety jest, bo dla każdego dziecka mama jest najważniejsza. Nieważne, co robi ani jak się zachowuje. Ta więź jest niesamowicie silna. Jeden chłopiec po przyjeździe do nas nie chciał odrabiać lekcji, darł zeszyty i był niegrzeczny, bo myślał, że jeśli tu będzie się źle zachowywać, wróci do mamy. Wzruszyłam się, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo dziecko jest przywiązane do matki, pomimo przykrości, których doznało.
Dlatego też Krystyna i Dorota proszą dzieci, by zwracały się do nich nie "mamo", a "ciociu". Bo mama jest tylko jedna i nie chcą, by kobiety, których dzieci przebywają pod dachem rodzinnego domu dziecka, czuły się zagrożone.

- Są wprawdzie domy, gdzie dzieci mówią "mamo" do opiekunek, ale tak dzieje się zazwyczaj w przypadku maluchów, którym trudno pojąć różnicę. Nasi podopieczni są już starsi - tłumaczą.
Zwykle dzieci do osiągnięcia pełnoletności pozostają w placówkach wychowawczych - takich jak ta Krystyny i Doroty - a potem albo wracają do rodzin biologicznych, albo, jeśli nie mają dokąd wrócić, starają się usamodzielniać. Na zdjęciu: Krystyna Kawecka.
Zwykle dzieci do osiągnięcia pełnoletności pozostają w placówkach wychowawczych - takich jak ta Krystyny i Doroty - a potem albo wracają do rodzin biologicznych, albo, jeśli nie mają dokąd wrócić, starają się usamodzielniać. Na zdjęciu: Krystyna Kawecka. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

Międzypokoleniowa współpraca



W duecie matka-córka działają, jak same mówią, od zarania dziejów. Kiedy tylko Dorota osiągnęła pełnoletność, zaczęła udzielać się jako wolontariusz w licznych placówkach opiekuńczych. Wspólna praca była dla nich kolejnym, naturalnym etapem w życiu.

Krystyna: - Niesamowicie chwalę sobie tę naszą międzypokoleniową współpracę. Pomimo wielu lat doświadczenia ciągle uczę się od córki czegoś nowego. Z podziwem patrzę na jej relacje z dziećmi. Zawsze kiedy wchodzi ciocia Dorota, dom ogarnia ożywienie. Dzisiaj rano na przykład dzieci dąsały się, bo kazałam im zrobić coś, na co nie miały ochoty. Kiedy przyszła córka, nastroje zmieniły się momentalnie.
Dorota: - Ale żeby nie było, wcale ich nie rozpieszczam!
Krystyna: - To prawda. Jest wręcz bardziej rygorystyczna, rzeczowa i konsekwentna niż ja. Tworzymy dobry duet, bo ja to bardziej taka ciocia-babcia, która czasami przymknie oko i porozpieszcza, a Dorota to ta młoda ciotka, która zna się na tym, co obecnie modne, poogląda razem seriale, ale w razie potrzeby jasno postawi granice.
Dorota: - Ja spędzam czas raczej ze starszymi dziećmi, nastolatkami. Staram się ich nakierowywać poprzez odpowiednie i wspólnie oglądane filmy czy czytane książki. Później zawsze szczegółowo je omawiamy, rozmawiamy o naszych odczuciach. Nie zawsze są to lekkie rzeczy, bo nie unikamy tematów tabu: narkotyków, samobójstw, przemocy. Ważne, by dzieciaki wiedziały, że w życiu napotkają nie tylko przyjemności, ale też przeszkody i zagrożenia. Nie wychowujemy ich pod kloszem, ale o trudnych tematach zawsze rozmawiamy przy herbacie i ciasteczkach.

Pierwsza osoba, której zaufałam



Zwykle dzieci do osiągnięcia pełnoletności pozostają w placówkach wychowawczych - takich jak ta Krystyny i Doroty - a potem albo wracają do rodzin biologicznych, albo, jeśli nie mają dokąd wrócić, starają się usamodzielniać.

Kiedy w przydomowym ogrodzie robimy sesję zdjęciową, zza płotu macha nam młoda dziewczyna. To Klaudia - w rodzinie prowadzonej przez panią Krystynę spędziła pięć lat. Obecnie jest już pełnoletnia i usamodzielniła się, ale wciąż często wpada z wizytą.

Podobnie jest z Patrycją, która od dziewiątego roku życia przebywała w ośrodkach zamkniętych. Gdy dowiaduje się, że o ciociach powstaje artykuł, zaznacza, że chętnie powie kilka słów o sobie i swojej historii.

Patrycja: - Poprzednia wychowawczyni bez słowa wyjaśnienia oddała mnie, jeszcze jako dziecko, do zamkniętej placówki. Później było tylko gorzej, przewożono mnie z jednego ośrodka do kolejnego. Pobytów w tych miejscach nie wspominam zbyt dobrze. Byłam samotna i przestraszona, a przez swoje zachowanie miałam bardzo złą opinię. Do cioci trafiłam w wieku 16 lat. To ona odebrała mnie pewnego dnia właśnie z takiego ośrodka i dała szansę. Była pierwszą osobą, której zaufałam.

Opinie (141) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Dodając opinię akceptujesz regulamin dodawania opinii.
Administratorem Twoich danych osobowych jest Trojmiasto.pl Sp. z o.o.. Szczegóły przetwarzania danych znajdują się w polityce prywatności.

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.