Fakty i opinie

stat

Przedwojenny hotel nad Motławą

artykuł historyczny
Nieistniejący budynek hotelu Stadt London przy Baszcie Łabędź.
Nieistniejący budynek hotelu Stadt London przy Baszcie Łabędź.

- Restauracja miała 16 stolików, a w pięknym drewnianym bufecie stały rozmaite alkohole. Wśród nich Goldwasser z płatkami złota, likier Kurfürsten oraz słynny Machandel firmy Stobbe - opowiada Małgorzata Jażdżewska. W siódmym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się seniorka, której rodzina prowadziła hotel Stadt London nad Motławą.



- Jeść chcesz? - ciotka Eleonora od razu przechodziła na 'ty'. W biurze męża stawiała na stole pół gęsi i butelkę alkoholu, po czym zachęcała: Wypij sobie. Pytała też, czy ma wysłać drugą połowę gęsi żonie gościa. Pakowałam takie paczki wielokrotnie. Najczęściej mięso lub wędzone ryby. Posyłane były do Reichu albo do Ostpreussen.

Ciotka była śmiała i miała podejście do ludzi. Po prostu umiała załatwić sprawę. Urzędnik czy strażnik z gdańskiego więzienia dostawał jedzenie i alkohol, ale słyszał: Jutro ty mi przyprowadzisz tego i tego. Ciotka ze stryjem mieli spore zasługi w ratowaniu ludzi. Pamiętam, bo od 1940 roku pracowałam w ich hotelu. Nazywał się Stadt London i stał nad Motławą - tam, gdzie dziś Hilton zobacz na mapie Gdańska.

Hotel należał do StanisławaEleonory Ptach. Stryj był emerytowanym oficerem. Wcześniej szkolił wierzchowce na Wielkim Placu Ćwiczeń we Wrzeszczu. Po prostu koniarz. Miał elegancką czarną powózkę z Poznania wyposażoną w gumowe koła, która jechała cichutko. Ciągnęły ją wyuczone konie. Rów-niu-sień-ko.

Żona stryja, Eleonora, była elegancką kobietą. Na palcu nosiła pierścionek z brylantem i codziennie chodziła do fryzjera. Stryj i ciotka mieli dwóch synów oraz trzy córki. Herbert, Joachim, Brygida, Klara, Urszula. To było moje kuzynostwo, bo stryj był bratem mojego ojca.

Moi rodzice - StefanAgnieszka - prowadzili duże gospodarstwo rolne i zajazd w Borowie przy drodze z Kartuz do Gdańska. W czasie wojny Arbeitsamt skierował mnie do pracy. Trafiłam do hotelu Stadt London. Stryj postarał mi się o lekcje u emerytowanego nauczyciela niemieckiego i muszę przyznać, że ten wiele mi pomógł.

Gdańskie alkohole i mięso na kartki

W hotelu pracowałam sześć dni w tygodniu. Na dole znajdowała się restauracja z 16 stolikami po cztery miejsca każdy, a w pięknym drewnianym bufecie stały rozmaite alkohole. Wśród nich Goldwasser z płatkami złota, ciemny niczym kakao likier Kurfürsten oraz słynny Machandel firmy Stobbe. Podając ten ostatni, najpierw do kieliszka wrzucało się ćwiartkę kostki cukru, a dopiero potem nalewało alkohol.

W menu było też jedzenie. Podstawowym daniem był dorsz. Poza tym ciotka kupowała mięso na kartki i z tego, co było do dyspozycji przygotowywano posiłki. Do mięsa kartofelki, sos i surówki. Najczęściej kiszona kapusta, bo najłatwiej dostępna. Po czym przychodził klient i wyjmował kartki: przeważnie na 100 lub 50 gramów mięsa. Kelner przynosił danie z kuchni, ale 100 gramów to było niewiele. Miało się apetyt na więcej.

Eleonora i Stanisław Ptach - właściciele hotelu Stadt London.
Eleonora i Stanisław Ptach - właściciele hotelu Stadt London.
Zamawiano ponadto obiady bezkartkowe, na które składała się zasmażana kapusta, kartofle i sos. Bywało tak, że kuchnia wydała wszystkie dania i dla nas już nic nie było. Wtedy Monika Kreft, niańka z Kożyczkowa gotowała nam kartofli w obierkach, do tego robiła na patelni sos z tłuszczem i mąką, i dostawałyśmy jeszcze kiszoną kapustę. Jakie to było smaczne...

Ciotka i stryj to byli głęboko religijni ludzie. Katolicy. W czwartki w hotelowej kuchni gotowano duży kocioł grochówki na kościach. Pod drugie wejście, czyli od strony rynku, przychodzili ludzie z kankami i dzbankami, i dostawali grochówkę. Za grosze. Nie rozchodziło się o pieniądze, tylko o to, aby się najedli. To były przede wszystkim osoby, które nie miały kartek.

Rybacy z Półwyspu Helskiego i podziemna prasa

W lokalu często pojawiali się rybacy. Przybywali z Półwyspu Helskiego z towarem na pobliski Fischmarkt. Sprzedawali przekupkom dorsze, flądry, łososie, szproty i węgorze. A potem szli popić sobie grogu. Z czasem wyczuli, że stryj też pochodzi z Kaszub i stali się bardziej otwarci. Przywozili ryby, gęsi, indyki i co tam mieli w gospodarstwach. Bo zdarzało się, że Niemcy aresztowali jakiegoś rybaka z Półwyspu. Najczęściej za sprzedaż ryb na lewo albo za utrzymywanie kontaktów z Polakami. A że do lokalu przychodzili urzędnicy i strażnicy, ciotka potrafiła załatwić sprawę.

Kiedyś podsłuchała rozmowę gestapowców, którzy namawiali się między sobą, że zrobią konkretny teren i zlikwidują księdza proboszcza. Rozchodziło się o okolice Żukowa. A że stryjostwo miało w biurze telefon, zadzwoniło do mojego ojca w Borowie. Ten nakazał mojej siostrze zawiesić na rowerze woreczek zboża i ruszyć w drogę.

Jechała ze zbożem, aby w razie zatrzymania wytłumaczyć, że jedzie je wymienić. Bo taka była kiedyś praktyka. Uprzedzony proboszcz spakował się w ciągu godziny i ruszył wzdłuż Raduni. Przeżył okupację ukrywając się u innego księdza. Po czym po wkroczeniu Rosjan został aresztowany. Na szczęście ludzie wykupili go w zamian za kilkanaście zegarków.

Zdjęcie Małgorzaty (z prawej) wykonane w 1940 r.
Zdjęcie Małgorzaty (z prawej) wykonane w 1940 r.
Pamiętam też, że w czasie okupacji czytałam polskie gazety. Rano przed mszą siadało się na skarpie przy kościele Chrystusa Króla. Z góry było powiedziane, że trzeba siedzieć w odległości minimum metra od drugiego człowieka. Bo kiedy jeden przy drugim by siedział, to już oznaczałoby, że coś szepczą...

Gazety przynosili z Generalnej Guberni. Daty były nieistotne - mogły być sprzed miesiąca. Dla nas było ważne, że gazety były po polsku pisane. Myśmy je czytali jak świętą Ewangelię. Choć wiedzieliśmy, że połowa z tego to nie była prawda.

Taką jednostronnicową gazetę po przeczytaniu składało się na 16 części i wrzucało do kosza. Później ktoś podchodził i zabierał. Czytał w domu, coby nikt nie widział, a jak już skończył, wrzucał w niedzielę z powrotem do kosza. W taki sposób myśmy zresztą wymieniali pocztę.

Ucieczka przed Stalingradem i ratunek Brygidy

W tygodniu miałam jeden dzień wolny. Postanowiłam więc dobrze wykorzystać czas. Najpierw znalazłam kurs pisania na maszynie. Stenografia niemiecka nigdy mi się jednak nie przydała. Później rok uczyłam się gry na pianinie. Chodziłam raz w tygodniu, a poza tym miałam ćwiczyć w hotelu. Dwa pianina stały na dole, jedno u góry. Nie mogłam sobie jednak za bardzo pozwolić na ćwiczenia, bo grałam za głośno.

Był też czerwonokrzyski kurs pomocy w nagłych wypadkach. W St. Marien-Krankenhaus uczyli bandażowania, robienia zastrzyków, mierzenia temperatury. Po czym przyszedł okres egzaminów. I ja zwyczajnie stchórzyłam. Nie stanęłam do egzaminu. To było najmądrzejsze, co mogłam w życiu zrobić. Bo po zdanym egzaminie był natychmiastowy wyjazd do Stalingradu. Swoją drogą, myśmy bardzo się bali, że zainteresuje się nami Gestapo.

Pod koniec wojny stryj trafił na statek, który płynął do Kilonii. Byli tam uciekinierzy z Prus Wschodnich i ranni z gdańskiego szpitala. Jedna z córek płynęła też jako sanitariuszka. A część rodziny wyjechała na Zachód w bydlęcych wagonach. Kuzynka Brygida znalazła się po wschodniej stronie Berlina. Miała wtedy 12, może 13 lat. Wraz z inną dziewczynką chodziły brudne i głodne po zbombardowanym mieście, żeby zdobyć cokolwiek do jedzenia. Pewnego dnia na ulicy spotkały mężczyznę, który szedł o kulach.

To był ksiądz z kościoła św. Brygidy w Gdańsku. W czasie wojny służył jako kapelan w wojskach gen. Paulusa. Raz został ranny pod Stalingradem, ale wydobrzał. Po czym ponownie go raniono i w Berlinie musiano amputować mu nogę. Rozpoznał moją kuzynkę, ponieważ stryj Stanisław działał przy kościele, a poza tym księża przychodzili co roku na jego urodziny, które wyprawiane były u góry w hotelu.

Ksiądz zabrał je ze sobą do bardzo zrujnowanego domu, w którym mieszkał. Spały w łazience, bo tam był dach nad głową. Po kilku dniach oddał je do schroniska dla młodzieży, gdzie mogły mieszkać i dostawały jedzenie. Po wojnie Brygida wraz z księdzem odwiedzili mnie w Borowie. Do wioski wróciłam z Gdańska. Gospodarstwo było zrujnowane.

Wtedy wiał wiatr ze wschodu, więc nie można było mieć służby. Ojciec zaczął więc pracować na roli i jako biegły w sądzie, ale gospodarstwem tak naprawdę zajmowała się mama. Trochę ludzi przyszło do pomocy, bo to jednak sporo hektarów było. A ja poszłam do pracy biurowej. Tyle że, kiedy w czasie rozmowy pochwaliłam się, że byłam na kursie pomocy, to najpierw wzięli mnie do wojska.

Poznaj historię kościoła i szpitala Maryi Panny na Dolnym Mieście


Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Opinie (60) 4 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.