Fakty i opinie

stat

Historia przedwojennego pięściarza

artykuł historyczny
W swojej karierze Jan Bianga wygrał 176 walk, 9 przegrał, a 12 zremisował. Był również trenerem i jednym z twórców gdańskiej szkoły boksu.
W swojej karierze Jan Bianga wygrał 176 walk, 9 przegrał, a 12 zremisował. Był również trenerem i jednym z twórców gdańskiej szkoły boksu.

Niemcy proponowali ojcu podpisanie volkslisty. Chcieli, żeby jako pięściarz reprezentował III Rzeszę. Nie zgodził się. Najpierw zabrali go do obozu koncentracyjnego Stutthof, później do Sachsenhausen i Mauthausen-Gusen - wspomina Barbara Bianga-Janczukowicz, córka znanego gdańskiego pięściarza. W cyklu Trójmiejskie opowieści tym razem wspomnieniami dzieli się seniorka urodzona w Sopocie.



Ojca zabrali o ósmej rano, a mamie kazali się spakować i opuścić mieszkanie. Mieściło się na piętrze budynku przy obecnej Marii Curie-Skłodowskiej zobacz na mapie Gdańska. Mieszkał w nim ojciec Jan, mama Elżbieta i moja trzy lata starsza siostra Janina. Ja w tym czasie rosłam w brzuchu mamy.

Ojciec był księgowym w Komisariacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej na terenie Wolnego Miasta Gdańska. W okolicy obecnej Curie-Skłodowskiej mieszkało sporo pracowników tej instytucji. W każdym razie do 1 września.

Mamie udało się zabrać ze sobą całkiem sporo rzeczy. Wśród nich była statuetka, którą ojciec dostał za zwycięstwo na I Igrzyskach Sportowych Polaków z Zagranicy w 1934 roku. Walczył w wadze piórkowej.

Kiedy wybuchła wojna, ojca zabrali do Victoriaschule. Być może przebywał też w obozie w Nowym Porcie. Wrócił jednak do nas w wyniku jakiejś wymiany. Nasza rodzina mieszkała wtedy u dziadków. Kiedy Niemcy zorientowali się, że jest tu ojciec, zabrali jego, dziadka Romana i wujka Johanna. Wszyscy trafili do Stutthofu.

Nie wiem, czy to było po pierwszym czy po drugim aresztowaniu, ale Niemcy proponowali ojcu podpisanie volkslisty. Chcieli, żeby jako pięściarz reprezentował III Rzeszę. Ojciec nie zgodził się.

Pięściarz, narzeczona i konkursy tańca


Jan Bianga i Elżbieta Colbe w Gdańsku. Lata 30. XX wieku.
Jan Bianga i Elżbieta Colbe w Gdańsku. Lata 30. XX wieku.
Ślubu Janowi i Elżbiecie udzielił w kościele Chrystusa Króla ks. Alfons Muzalewski. Nowożeńcy należeli do harcerstwa, stąd w uroczystości wzięli udział członkowie tego ruchu.
Ślubu Janowi i Elżbiecie udzielił w kościele Chrystusa Króla ks. Alfons Muzalewski. Nowożeńcy należeli do harcerstwa, stąd w uroczystości wzięli udział członkowie tego ruchu.
Tata pochodził z ubogiej, patriotycznej rodziny. Był jednym z siedmiorga dzieci. Po swoim ojcu, a moim dziadku otrzymał imię Jan. Dziadek był robotnikiem rolnym, a później listonoszem.

Bardzo dużo działał społecznie... i mama Cecylia miała ciężko. Mieszkali na pierwszym piętrze w byle jakim drewnianym domu w Górnym Sopocie, powiedziałabym w domu na kurzej stopce.

Ojciec wspominał, że kiedy nie było zimno, do szkoły w Gdańsku chodził boso. Buty miał w teczce i zakładał je dopiero w szkole. Dla ojca bardzo ważne w życiu były dwie rzeczy: sport i nauka.

Ukończył Gimnazjum Polskie, a później Polską Wyższą Szkołę Handlową w Gdańsku. Dzięki wykształceniu pracował jako księgowy. Od dziecka też trenował. W Towarzystwie Sportowym "Sokół" w Sopocie, później w sekcji bokserskiej Klubu Sportowego Gedania. W 1934 r. zdobył złoto w Warszawie.

Od pewnego czasu walczył jednak mniej. Miał narzeczoną, chodził z nią na kursy tańca, a potem startowali w konkursach. Nie wiem, czy poznali się właśnie na kursach, czy już w Polskiej Wyższej Szkole Handlowej, którą oboje ukończyli.

Wiem, że na początku byli parą taneczną i świetnie tańczyli. W konkursach zdobywali pierwsze miejsca.

Mama była poważna i bardziej spokojna. Przed wojną pracowała w księgowości, a poza tym robiła na drutach, na szydełku i haftowała. Była bardzo pracowita. Kiedy po wojnie urodziłam syna, chodził w pięknych sweterkach...

Rodzice pobrali się w lipcu 1936 roku w kościele Chrystusa Króla. Na uroczystości obecny był między innymi minister Kazimierz Papée, komisarz generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku.

Rok później urodziła się moja siostra Janina. Mama już wtedy nie pracowała, na rodzinę zarabiał tata. Ja przyszłam na świat w 1940 r. Siostra była bardziej spokojna, a ja odziedziczyłam charakter po babci. To była bardzo aktywna kobieta. Na wielu zdjęciach można zobaczyć ją z rakietą do tenisa. Grała jeszcze przed I wojną światową.

Kąpiele, korty i obiady czwartkowe

Była bardzo radosna i otwarta. Chodziła do szkoły muzycznej, kształciła się i miała zacięcie do sportu. Kiedy była jeszcze młoda zachorowała na ischias - tak wtedy nazywano rwę kulszową.

Zalecono jej więc jeździć do wód. Od tego czasu plażowała i kąpała się. A że ciągnęło ją do sportu, zaczęła grać w tenisa. Ojciec mojej babci pracował w Stoczni Schichaua i stać go było, aby córce opłacić te wszystkie sprawy. A przecież dbał jeszcze o czterech synów. Dziś to nie do pomyślenia, bo tenis był wtedy sportem dla elit.

Babcia w 1910 r. wyszła za Romana Colbe, urzędnika Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych i dalej grała w tenisa. Co dwa lata rodziła dzieci, ale myślę, że już po jakichś dwóch miesiącach była gotowa do powrotu na kort.

Przed wojną dobrze się jej powodziło. Często zmieniali mieszkania w Gdańsku, w zależności od tego, ile było dzieci. Był taki moment, że mieli dwukondygnacyjne. W tym olbrzymim mieszkaniu dziadek, który lubił majsterkować, zamontował dzwonki. Bo każdy miał jakiś swój pokój. I kiedy gosposia podawała obiad, to się dzwoniło do wszystkich i domownicy schodzili się na posiłek do kuchni czy do stołowego.

W porze letniej babcia wynajmowała ponadto mieszkanie w Sopocie. Gosposie zajmowały się dziećmi, a ona chodziła na korty. Modnie się ubierała, a poza tym musiała też codziennie się wykąpać. Te dwa nawyki pozostały jej też po wojnie.

Jedna z córek, która po wojnie mieszkała w Anglii przysyłała jej kawę, herbatę i ubrania. Znała gust swojej matki, więc wiedziała, co kupić. To był okres, kiedy większość kobiet chodziła w chustach na głowie. Szaro, buro... A babcia bajecznie kolorowo ubrana. Pamiętam ją w różowej sukni zapinanej na niebieskie guziki, z olbrzymimi niebieskimi kwiatami, takimi wielkości dłoni. Do tego niebieski kapelusz, niebieska torebka i buciki w tym samym kolorze.

Babcia po wojnie mieszkała przy 3 maja. W ciepłych miesiącach - tak samo jak przed wojną - chodziła się kąpać. Nakładała na strój płaszcz kąpielowy i szła na plażę. Kilka razy została złapana przez żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. A ponieważ nie znała języka polskiego, więc podejrzewano ją o szpiegostwo. I moi rodzice, i ciocia z wujkiem, musieli ją ratować, tłumaczyć o co chodzi. Później wopiści wiedzieli już, że to żaden szpion, tylko kobieta, która po prostu chce się wykąpać.

Przed wojną babcia organizowała też obiady czwartkowe, na które przychodzili różni artyści - Polacy, Niemcy, Anglicy, Żydzi. W domu mówiło się przede wszystkim po niemiecku, z tymże dzieci potrafiły po polsku. Babcia nie władała tym językiem, więc sądzę, że to dziadek rozmawiał z nimi po polsku. Tyle że babcia, choć go nie znała, posyłała dzieci do polskich szkół, kiedy tylko takie powstały w Wolnym Mieście Gdańsku.

Nie słyszałam, żeby babcia narzekała po wojnie, choć bardzo wiele straciła. Nie znała polskiego, ale chodziła na lekcje dla autochtonów i bardzo pilnie się uczyła. Natomiast, aby przeżyć udzielała lekcji gry na pianinie. Po mężu miała wtedy emeryturę w wysokości 100 czy 200 zł. Dziadek zginął bowiem w obozie koncentracyjnym Dachau.

Tłumacz, trener i współpracownik Stamma

Dziadka, wujka i ojca najpierw Niemcy zabrali do obozu koncentracyjnego Stutthof. Później dziadek i wujek trafili do Dachau, a ojciec dzień przed moim przyjściem na świat przewieziony został ze Stutthofu do Sachsenhausen. Następnie trafił do Mauthausen-Gusen.

Kiedy Niemcy zabrali ich z domu, babcia i mama dostały godzinę na wyprowadzkę. Babcia, która dobrze znała Sopot i miała w nim sporo znajomych z czasów gry w tenisa, znalazła pokój na poddaszu domu przy dzisiejszej Niepodległości. I tam przyszłam na świat. 20 kwietnia 1940 roku. W dniu urodzin Hitlera, przy Adolf Hitler Straße.

Proboszczem w parafii Gwiazdy Morza był w tym czasie przychylny Polakom ks. Schütz. Przed laty dowiedziałam się od chrzestnej, że proboszcz pozwolił ks. Majewskiemu ochrzcić mnie po polsku. Ale w uroczystości uczestniczyć mogli wyłącznie ojciec chrzestny, czyli brat mojego ojca, matka chrzestna, czyli siostra mojej mamy, babcia, mama, ja oraz kapłan. Poza tym na Wielkanoc i Boże Narodzenie otrzymywaliśmy od ks. Schütza prezenty.

Z pokoju przy dzisiejszej Niepodległości trafiliśmy do budynku przy Chopina, w którym przed wojną mieścił się Dom Polski. Mama pracowała w tym czasie w sopockiej firmie Bendera. Był pozytywnie nastawiony do Polaków. Mama mówiła, że nawet paru Żydów przechowywał. Pracowała tam jako księgowa. A poza tym prowadziła księgowość rzeźnikowi i piekarzowi. Dzięki temu, co jakiś czas przynosiła do domu kawałek wędliny czy lepszy chleb. Bo wtedy to wszystko na kartki było.

W marcu 1945 roku pojawiły się radzieckie wojska. Niestety, pierwsza trafiłam na żołnierza. A że ja ani słowa po polsku, to od razu pomyśleli, że wszyscy są Niemcami. Za chwilę jednak zjawiła się mama, i dobrze że pojawił się też oficer. Mama zaczęła rozmawiać z nim po polsku. Potem Rosjanie już wiedzieli, że nie mówię po polsku, bo w czasie wojny nie wolo było.

Dowództwo rosyjskiej jednostki zajęło górne kondygnacje domu, a rodziny z domu musiały przenieść się do piwnicy, gdzie stały piętrowe łóżka. Rosjanie z góry byli dla nas w porządku, chronili nas przed innymi Rosjanami i dzielili się tym, co sami mieli z UNRRY.

Z kolei kiedy Amerykanie wyzwolili obóz koncentracyjny Mauthausen-Gusen, ojciec został tam jeszcze przez jakiś czas. Poprosili go, aby pracował jako tłumacz. Znał biegle niemiecki, angielski, polski, a do tego potrafił porozumieć się po rosyjsku i francusku. Pomagał podczas przesłuchań, i więźniów, i esesmanów.

Z kolei wujek przeżył Dachau. Podobno był w strasznym stanie, ale po wyzwoleniu obozu zajęła się nim kobieta, która również przebywała w obozie, tylko najwidoczniej krócej. Doprowadziła wujka do stanu używalności, a potem się pobrali.

Ojciec natomiast wrócił do nas. Wprawdzie Amerykanie chcieli zabrać go do Stanów, ale on chciał do rodziny. Może źle zrobił... Później mógłby nas ściągnąć. Postanowił jednak przyjechać.

Po wojnie kontynuował naukę na dwóch uczelniach i pracował w firmie spedycyjnej. Do tego trenował zawodników Ogniwa i Gedanii. Później zrezygnował z pracy w spedycji i zajął się wyłącznie sportem. To było w czasie, kiedy zaczął jeździć z Feliksem Stammem. Obozy treningowe w Polsce, zagraniczne wyjazdy. Nauka i sport to były dwie bardzo ważne w jego życiu sprawy.



Wysłuchał:

Opinie (66) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.