• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Jednego Adama powiesili, drugiego skazali na 25 lat. Historia przedostatniej kary śmierci

Szymon Zięba
24 września 2022, godz. 12:00 
Opinie (73)
Ekspertyzy ze sprawy Adama Bojarczyka. Ze względu na oczywistość sprawstwa, w toku śledztwa zasięgnięto tylko podstawowych opinii biegłych. Ekspertyzy ze sprawy Adama Bojarczyka. Ze względu na oczywistość sprawstwa, w toku śledztwa zasięgnięto tylko podstawowych opinii biegłych.

Adam Bojarczyk poznał Adama S. w barze na początku 1984 roku. Żaden z nich nie pracował. Połączył ich plan szybkiego wzbogacenia się: postanowili okraść właścicielkę mieszkania, które wynajmował jeden z mężczyzn. To początek i zarazem koniec jednego z ostatnich przypadków, w którym polski wymiar sprawiedliwości mordercę skazał na karę śmierci.



Czy gdyby w Polsce była kara śmierci, był(a)byś w stanie wykonać taki wyrok?

Sprawa Adama Bojarczyka jest jedną z mniej znanych trójmiejskich spraw kryminalnych z czasów PRL-u, chociaż o skazaniu informował "Głos Wybrzeża". Postać Bojarczyka ma jednak swoje miejsce w historii badań nad tzw. karą główną, jaką była kara śmierci, gdyż był on przedostatnim skazanym, na którym wykonano taki wyrok w Gdańsku.

Historię opowiada dr Adrian Wrocławski, adwokat oraz adiunkt w Katedrze Prawa Karnego Materialnego i Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, specjalizujący się w prawie karnym, kryminalistyce oraz medycynie sądowej.

Niechciane dziecko z trudnym charakterem



Adam Bojarczyk urodził się w Gdyni. Gdy miał półtora roku, został oddany przez matkę pod opiekę obcej rodzinie. Był trudnym dzieckiem. Sprawiał problemy wychowawcze, dużo psocił, w szkole wagarował, wynosił z domu różne przedmioty.

Jako nieletni miał sprawę o kradzież motocykla, trafił nawet do zakładu poprawczego. W późniejszym czasie odbył zasadniczą służbę wojskową, ożenił się i miał dziecko. Wkrótce jednak porzucił swoją rodzinę i na krótko wyjechał za granicę.

Skazani na śmierć. Zabił taksówkarza, jego ostatnim życzeniem była spowiedź Skazani na śmierć. Zabił taksówkarza, jego ostatnim życzeniem była spowiedź

Po powrocie wszedł w konflikt z prawem: począwszy od przywłaszczenia motocykla i motoroweru, a kończąc na serii włamań do sklepów w Kwidzynie. Ostatecznie został ujęty i skazany na karę łączną 5 lat pozbawienia wolności.

- Karę odbył w całości, chociaż kilkukrotnie starał się o warunkowe, przedterminowe zwolnienie. Na przeszkodzie stanęła jednak jego negatywna prognoza kryminologiczna. Jego zachowanie było bowiem niepoprawne, był wielokrotnie karany dyscyplinarnie, a także należał do subkultury grypserskiej - mówi dr Wrocławski.

Adam poznaje Adama i razem obmyślają plan



Adam Bojarczyk, gdy wyszedł na wolność, miał 33 lata. Był 10 listopada 1983 roku, kiedy zatrudnił się w stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Nie popracował tam długo: po miesiącu porzucił pracę. Na początku 1984 roku, w jednym z barów przy ul. Świętojańskiej, poznał 18-letniego Adama S., który mieszkał ze swoją dziewczyną w wynajmowanym pokoju przy ul. Powstania Listopadowego.

Ulica Świętojańska, w okolicach Urzędu Miasta w Gdyni. W jednym z ówcześnie tu istniejących barów spędzał czas Bojarczyk ze swoim młodszym kolegą Adamem S. Ulica Świętojańska, w okolicach Urzędu Miasta w Gdyni. W jednym z ówcześnie tu istniejących barów spędzał czas Bojarczyk ze swoim młodszym kolegą Adamem S.
Adam S. również niedawno rzucił pracę. Podobne poglądy na życie sprawiły, że wkrótce zostali kolegami. Bojarczyk zamieszkał nawet u Adama S. Ich wspólnym problemem był brak pieniędzy oraz - wkrótce - lokum. Adam S. z dziewczyną, na żądanie właścicielki, mieli się wyprowadzić z zajmowanej kwatery do końca marca 1984 r.

- Wspólne rozmyślania doprowadziły obu młodych mężczyzn do jednego wniosku - pieniądze trzeba ukraść. Początkowo chcieli włamać się do swojego ulubionego baru w Gdyni, ale bali się, że mogą zbyt łatwo wpaść. Wówczas Adam S. zaproponował, że trzeba okraść właścicielkę domu. Skoro miała dom, to pewnie miała i pieniądze. Ostateczną decyzję o ataku podjęli 16 marca 1984 r. - relacjonuje mecenas Wrocławski.

Pałki z nogi od krzesła i jatka w mieszkaniu



To właśnie tego dnia, po powrocie do wynajmowanego pokoju, Adam S. rozmawiał z synem właścicielki, który mieszkał w tym samym domu. Chciał pożyczyć od niego pieniądze, a także poprosić o możliwość przedłużenia wynajmu.

- Mężczyzna nie zgodził się na pożyczkę, a w sprawie domu odesłał ich do swojej matki. W tej sytuacji chłopacy podjęli decyzję o ataku. Wcześniej Adam S. przygotował dwie nogi od krzesła, które miały posłużyć za pałki. Syn właścicielki miał 40 lat i był dość silny. Dlatego napastnicy postanowili go w pierwszej kolejności unieszkodliwić. Udali się więc do pokoju w piwnicy, w którym mężczyzna malował ściany i uśpili jego czujność rozmową - mówi mec. Worcławski.
Na którejś z tych nieistniejących już ławeczek pod Pomnikiem Harcerzy, 16 marca 1984 r. dojrzał pomysł, który wieczorem pochłonął życie dwojga ludzi. Na którejś z tych nieistniejących już ławeczek pod Pomnikiem Harcerzy, 16 marca 1984 r. dojrzał pomysł, który wieczorem pochłonął życie dwojga ludzi.
W momencie, gdy przyszła ofiara pochyliła się nad puszką farby, Adam S. zadał pierwszy cios. Kolejne - Adam Bojarczyk.

- Pomimo tego 40-letni mężczyzna wybiegł do znajdującej się obok kuchni. Tam jednak stał już Adam S., który po zadaniu pierwszego ciosu odciął drogę 40-latkowi, przewidując, że ofiara może chcieć uciec - opowiada nasz rozmówca.
Na tym jednak się nie skończyło. Adam S. zawołał właścicielkę mieszkania, mówiąc że jej synowi coś się stało. Kobieta, gdy zbiegła z piętra i zobaczyła zakrwawionego syna, otrzymała ciosy w głowę.

Adam S. wydał wówczas krótkie polecenie: "dobij ich". To właśnie wtedy Bojarczyk sięgnął po nóż kuchenny i każdej z ofiar zadał po kilka ciosów w klatkę piersiową.

Niewielki łup i pożar, by zatrzeć ślady



Po przeszukaniu pokoju zajmowanego przez właścicielkę znaleźli jedynie 3 tys. zł, pierścionek i obrączkę. Po wszystkim Bojarczyk rozebrał częściowo kobietę licząc, że może ma przy sobie jakiś łańcuszek bądź ukrytą portmonetkę. Przeliczył się. Ostatecznie Adamowi Bojarczykowi udało się jeszcze ukraść zegarek syna właścicielki (znalazł go na tapczanie).

Następnie - chcąc zatrzeć ślady - wywołali pożar.

- Wspomniany tapczan podpalił Bojarczyk, a S. podłożył ogień pod kurtką, która wisiała w przedsionku piwnicy. W ich zamyśle ogień miał zatrzeć ślady, co ostatecznie się nie udało. Jak ustalono później, już w trakcie sekcji zwłok, bezpośrednią przyczyną zgonu kobiety było uszkodzenie nożem tętnicy szyjnej, a jej syna - zatrucie tlenkiem węgla - relacjonuje mecenas.

Krótka impreza, dużo wódki, donos i torba z mięsem



Po opuszczeniu budynku, Adam S. pojechał do swojej dziewczyny, a Bojarczyk do kawiarni Roxany, gdzie sprzedał cinkciarzowi skradzioną biżuterię za 15 tys. zł. Potem udał się taksówką do lokalu "Kandelabry" gdzie kupił pół litra wódki.

Miejsce dawnej kawiarni "Roxana" przy Skwerze Kościuszki w Gdyni, w której Adam Bojarczyk spieniężył u znajomego cinkciarza skradziony pierścionek oraz obrączkę. Miejsce dawnej kawiarni "Roxana" przy Skwerze Kościuszki w Gdyni, w której Adam Bojarczyk spieniężył u znajomego cinkciarza skradziony pierścionek oraz obrączkę.
Ostatecznie dołączył do Adama S., który pił wódkę w barze obsługiwanym przez swoją dziewczynę, na ul. Świętojańskiej. Dziewczyna już o wszystkim wiedziała. Po zamknięciu lokalu cała trójka przenocowała w hotelu Gdynia.

Rano Bojarczyk postanowił wrócić raz jeszcze na miejsce zbrodni, licząc, że może coś jeszcze znajdzie w budynku. Po przeszukaniu pokoi zabrał jedynie buty, sweter, rękawiczki a także zabrał z lodówki m.in. masło, mięso mielone, cztery kawałki kiełbasy, pół kurczaka i dwa kawałki boczku.

Przed wyjściem położył jeszcze na zmarłej książeczkę do nabożeństwa. Torbę z wędlinami zostawił u swojej rodziny, a następnie udał się w poszukiwania Adama S.

- To się jednak nie udało, ponieważ Adam S. o godzinie 16 wyjechał w swoje rodzinne strony na południe Polski. Jego dziewczyna udała się natomiast do swoich rodziców do Gdańska i zawiadomiła milicję - opowiada mec. Wrocławski.
W tej sytuacji Bojarczyk wrócił do swojej rodziny, wypił wódkę a następnie raz jeszcze poszedł do domu, aby zabrać dwa kożuchy. Nie wiedział jednak, że w tym czasie dom był już zabezpieczony przez milicję. Został zatrzymany.

Śledztwo i krótki proces



Dr Wrocławski opowiada, że w trakcie śledztwa Adam S. początkowo obciążał w całości Bojarczyka.

- Później jednak przyznał, że to on był głównym inspiratorem zbrodni i to on zadał pierwsze ciosy - tłumaczy nasz rozmówca.
Obserwacja psychiatryczna oskarżonych wykazała, że w chwili zbrodni obaj mieli zachowaną zdolność rozpoznawania znaczenia czynów jak i kierowania swym postępowaniem. Obaj też nie byli chorzy psychicznie lub niedorozwinięci umysłowo, jednak "wykazywali cechy osobowości nieprawidłowej, psychopatycznej".

- Proces - ze względu na szczupłość materiału dowodowego, który bezspornie dowodził winy oskarżonych - trwał zaledwie dwa dni: 18 i 19 października 1984 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Adama Bojarczyka na karę śmierci, a Adama na 25 lat pozbawienia wolności - mówi mec. Wrocławski.
Miejsce dawnego lokalu "Pod Kandelabrami", w którym Bojarczyk kupił pół litra wódki, aby - jak to później wyjaśnił - "przygasić siebie po tym co się stało". Miejsce dawnego lokalu "Pod Kandelabrami", w którym Bojarczyk kupił pół litra wódki, aby - jak to później wyjaśnił - "przygasić siebie po tym co się stało".
Jak wskazał na kartach uzasadnienia wyroku: "oskarżeni poświęcili najwyższe dobro człowieka - jego życie dla zdobycia pieniędzy. Żadnemu nie przyszło na myśl, że zwykłym źródłem zdobycia pieniędzy jest praca. Oskarżeni taką czynnością pogardzali (...)".

Adama S. przed pętlą uratował przede wszystkim młody wiek, niekaralność oraz fakt, że to nie on zadał ciosy nożem, które miały ostateczny wpływ na śmierć.

- Poza tym w toku cechy charakterologiczne oskarżonego, a głównie sugestywność, brak wyrobienia i doświadczenia życiowego umożliwiły Adamowi Bojarczykowi uzyskanie niewątpliwego wpływu na Adama S. - tłumaczy mecenas.

Załamanie, depresja i twarze zmarłych



Adam Bojarczyk z wyrokiem się pogodził i nawet uznał go za słuszny. Jednak już gdy sprawę badał Sąd Najwyższy, zaczął się załamywać i nie mógł sobie poradzić ze stresem.

Twierdził, że nie może spać, że często widzi twarze zamordowanych. Nie pomagała mu nawet opieka psychologiczna, a także podawane leki na uspokojenie. Dwukrotnie usiłował popełnić samobójstwo, lecz za każdym razem był ratowany przez współosadzonych z celi.

- W związku z tym, że z nikim nie utrzymywał kontaktu i nikt mu nie przesyłał paczek, administracja regularnie nagradzała go za dobre zachowanie niewielkimi sumami pieniędzy, które przeznaczał wyłącznie na papierosy. Ostatecznie Sąd Najwyższy podtrzymał orzeczone wyroki. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski, nawet pomimo próśb wnoszonych przez znanego adwokata Tadeusza de Virion - mówi mec. Wrocławski.
12 czerwca 1986 r. Adam Bojarczyk został powieszony w celi śmierci Aresztu Śledczego w Gdańsku. Jego ostatnim życzeniem była jedynie spowiedź święta. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu Gdańsk-Łostowice.

Adam S. na wolność czekał do 2009 r.

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (73)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane