Fakty i opinie

stat

Czarno-biała edukacja? Za darmo nie da się edukować - mówi Małgorzata Dobrowolska

Jako przedsiębiorca mogłam się oczywiście obawiać konkurencji, ale nie przypuszczałam, że powinnam się bać własnego państwa - mówi Małgorzata Dobrowolska.
Jako przedsiębiorca mogłam się oczywiście obawiać konkurencji, ale nie przypuszczałam, że powinnam się bać własnego państwa - mówi Małgorzata Dobrowolska. fot. archiwum

Rozpoczął się druk rządowego "Naszego elementarza". Zgodnie z nowelizacją ustawy o systemie oświaty w nowym roku szkolnym państwo zapewni bezpłatne podręczniki uczniom klas pierwszych szkół podstawowych. W kolejnych latach program będzie obejmował kolejne klasy, tak by w 2017 roku z darmowych podręczników mogli korzystać wszyscy uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów. O tym dlaczego za darmo nie znaczy dobrze, że wydawca to taki sam przedsiębiorca jak każdy inny i może konkurować, ale nie z własnym państwem rozmawiamy z Małgorzatą Dobrowolską, redaktor naczelną Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego.


Cóż, rząd ma znacznie lepszy PR, do tego ma doświadczenie w "urabianiu" opinii publicznej. Już na początku tej edukacyjnej rewolucji zaczęto od informacji, że pewnie chciwi wydawcy będą przeciw.

Na początek będzie elementarz dla pierwszaków. W kolejnych latach darmowe książki będą trafiać do starszych roczników w podstawówkach i gimnazjach. Widziała Pani ten podręcznik?

Małgorzata Dobrowolska: - Nie chcę zabierać głosu w sprawie jakości materiału w tym podręczniku. Powiem tylko tyle, koncepcji nauki matematyki według nowego podręcznika nie rozumiem. Matematyka to mój konik, jestem matematykiem, autorem podręczników. Zresztą chciałabym przeczytać recenzje tego podręcznika. Niestety, nie ma ich na stronie ministerstwa. Można też zadać pytanie, w jakim trybie wybrano ten podręcznik i koncepcję nauczania. Nie było przetargu, konkursu. A  wydano publiczne pieniądze, zabrane zresztą z wyprawki szkolnej dla dzieci z ubogich rodzin.

Recenzji w ogóle nie ma. Ostatnio komisja edukacji przyjęła poprawkę do ustawy, która nakłada na resort obowiązek recenzowania podręczników, ale tych wprowadzanych od września 2015 roku. Tak czy inaczej trudno, żeby rządowy podręcznik podobał się wydawcom, skoro uderza w ich interesy?

- Cóż, rząd ma znacznie lepszy PR, do tego ma doświadczenie w "urabianiu" opinii publicznej. Już na początku tej edukacyjnej rewolucji zaczęto od informacji, że pewnie chciwi wydawcy będą przeciw. Zapowiedziano, że będziemy mówić o jakości kształcenia, a tak naprawdę chodzi o nasz biznes. Więc już nikt o zagrożenie poziomu edukacji nie pyta. Nie mam złudzeń, iż decyzje polityczne już zapadły i nie da się powstrzymać kataklizmu populizmu politycznego, który dotknął polską edukację. Żaden polityk nie odważy się podważać zapisów ustawy, która - pozornie - zdejmuje wszelkie koszty edukacji z rodziców. A to, że rząd nie zapewnia finansowania, które pozwoli nauczycielom uczyć na podobnym poziomie jak dotychczas, mało kogo interesuje.

Co ma Pani na myśli?

- Będzie za darmo, ale obniży się jakość kształcenia, bo rząd wybrał oszczędną i tanią wersję. W Ameryce jest takie powiedzenie: nie ma darmowych lunchów. A ja powiem: za darmo nie da się edukować. Dla niezorientowanych w realiach obecnego systemu edukacji, rządowe założenia mogą się wydać zupełnie niegroźne, a niektóre nawet pożyteczne. Owszem, niektóre są pożyteczne, jak na przykład ten, żeby obniżyć koszty dla rodziców. W wielu krajach szkoły kupują podręczniki od wydawców i wypożyczają je uczniom. Wprowadzenie takiego rozwiązania w Polsce jest jak najbardziej słuszne. Tu akurat dołączamy do krajów europejskich. Dziwię się, że do tej pory nie wprowadzono takiego rozwiązania. Ale w ustawie zawarto jeszcze inne pomysły, które nieuchronnie muszą prowadzić do obniżenia jakości i efektywności nauczania. Przewiduje się np. ustawowe ograniczenie ilości materiałów, z których może korzystać nauczyciel. We wrześniu szkoły otrzymają darmowe elementarze dla pierwszoklasistów i 50 zł na jedno dziecko na materiały dodatkowe. Za to nauczyciele mogą kupić zeszyty ćwiczeń lub inne książki, programy komputerowe oraz kserować materiały z internetu.
A rynek podręczników szkolnych i pomocy edukacyjnych w Polsce dla wszystkich dwunastu roczników uczniów ma wartość około 900 mln zł. Zysk brutto wydawnictw wynosi 8-10 proc. Dla porównania, rynek pieluch jednorazowych - obejmujący zaledwie 2,5 rocznika dzieci - ma w Polsce wartość ponad 1 mld zł. A pieluchy też nie są tanie. Może i tę branżę warto znacjonalizować?

A 50 zł to mało?

- Za przydziałowe 50 zł można otrzymać ok. 500 stron ksero czarno-białego albo 25 stron kolorowych, albo kupić zeszyty ćwiczeń. Na pewno wydawcy przygotują jakąś ofertę. A co z zajęciami komputerowymi? To też ma się zmieścić w tej kwocie? A co z materiałami do wycinania? Powinny być kolorowe, a nie czarno-białe. Ale to nie wszystko. Pierwszaki potrzebują elementów wyprawki. Do tej pory mieli wyprawki z kolorowymi kartonikowymi wypychankami. Wyprodukowanie ich kosztuje naprawdę niemało. Wszystko w zaproponowanej kwocie się na pewno nie zmieści. A sytuacja nauczycieli uczących w starszych klasach szkoły podstawowej i gimnazjum ma być w przyszłości jeszcze trudniejsza. Tam się proponuje 25 zł na materiały dodatkowe dla jednego ucznia na cały rok na wszystkie edukacje. To około 2 zł na jeden przedmiot! Na co to ma wystarczyć? Ustawa nie jest jasna, ale zgodnie z interpretacją pani minister zakazuje się dofinansowania materiałów edukacyjnych przez rodziców. Oznacza to na przykład, że gdy nauczyciel uzna, że jego uczniowie potrzebują jakichś ćwiczeń lub pomocy dydaktycznych, to nie może o ich zakup poprosić rodziców. Odnosi się wrażenie, że autorzy ustawy zapomnieli nie tylko o potrzebie korzystania przez uczniów z zeszytów ćwiczeń, zbiorów zadań, atlasów, albumów, słowników, programów komputerowych itp., ale zapomnieli też o potrzebach dzieci, które mają kłopoty z nauką, a także o dzieciach wybitnie zdolnych. Takie dzieci zawsze potrzebują dodatkowych materiałów innych niż reszta klasy.

To mi przypomina ubiegłoroczne zmiany w opłatach za przedszkola publiczne. Najpierw podano, że rząd dopłaci do godzin pobytu dziecka w placówce, a potem okazało się, że aby było tanio, zakaże też prowadzenia w tych przedszkolach zajęć dodatkowo płatnych.


- W Europie, do której aspirujemy, na dodatkowe materiały edukacyjne przeznacza się kwoty nawet większe niż na podręczniki. W krajach o wysokim poziomie kształcenia wydaje się około 100 euro rocznie na jednego ucznia, czyli 8 razy więcej niż polski rząd proponuje polskim nauczycielom. W Niemczech podręczniki od wydawnictw kupuje szkoła, a wszystkie materiały dodatkowe kupują rodzice. Nie wiadomo, dlaczego takiego modelu nie przyjęto u nas. Nasz rząd postanowił, że teraz powie rodzicom, że edukacja jest darmowa. Tylko czy powiedział ile to "za darmo" będzie ich kosztowało? Już dziś na porządne studia dostają się głównie ci, których stać na korepetycje. I tym się nikt nie zajmuje.
Można uprawiać ziemię za pomocą motyki, ale nie w nowoczesnej Europie. Nie da się osiągnąć tych samych efektów nauczania za darmo.

A sam podręcznik nie wystarczy?

- Można uprawiać ziemię za pomocą motyki, ale nie w nowoczesnej Europie. Nie da się osiągnąć tych samych efektów nauczania za darmo. Zresztą wróćmy do rządowego podręcznika. Nikt głośno nie mówi, że zmienia on warunki pracy nauczyciela i daje mało możliwości.

Mało, czyli?


- Podręcznik dla pierwszaka musi być interaktywny. Maluchy muszą działać, aby się czegoś nauczyć. Coś podkreślić, zaznaczyć, nakleić czy wyciąć. Do tej pory jeśli nauczyciel polecił dzieciom, aby przeczytały tekst i podkreśliły w nim na przykład odpowiedź na jakieś pytanie, to cała klasa była zdopingowana do czytania, każdy w swoim tempie, a nauczyciel mógł sprawdzić, czy dzieci prawidłowo wykonały polecenie. Praca w oparciu o rządowy podręcznik, wielokrotnego użytku, po którym nie wolno rysować, będzie wyglądała inaczej. Gdy nauczyciel zada pytanie do treści w podręczniku, to jeden uczeń odpowie, a reszta? Nie ma pewności, że cała klasa będzie pracować. Oczywiście mnóstwo dorosłych powtarza, że kiedyś był elementarz Falskiego i wszyscy się świetnie uczyli. To nieprawda. O tym, że nie było tak dobrze świadczą międzynarodowe badania umiejętności osób dorosłych PIAAC. W tych badaniach starsze pokolenia, czyli 40+ wypadają znacznie gorzej niż analogiczne pokolenia w krajach OECD. Za to nasza młodzież (16 -25 lat) wypada świetnie na tle ich zachodnich rówieśników. Ostatnio było głośno o sukcesie polskiej edukacji. Zajęliśmy 10. miejsce na świecie i 5. w Europie w prestiżowym międzynarodowym rankingu Pearsona. Ta - jedna z największych firm edukacyjnych na świecie - co dwa lata ocenia poziom edukacji na podstawie wyników 10-latków i 15-latków. Proszę mi powiedzieć, w czym jeszcze jesteśmy na tak wysokiej pozycji na świecie? Nasz wynik jest porównywany z wynikiem Finlandii, która od lat jest stawiana za wzór edukacyjny. W tej biednej Polsce nagle taki wynik. Chciałabym zwrócić uwagę, że przez ostatnie lata polska edukacja nie była ograniczana jeżeli chodzi o dostęp do materiałów. I teraz to zmieniamy. Można się zastanawiać czy wydanie 200 - 250 zł na materiały edukacyjne dla klasy pierwszej to było dużo, czy mało. I tak najtaniej wśród rozwiniętych krajów Europy.

Na takie wydatki nie stać naszego budżetu.

- A stać nas na tanie rozwiązania? Oszczędzanie na edukacji nigdy nie przynosi korzyści. Przekonali się o tym także ci, których często stawiamy za wzór. W Szwecji np. wydawałoby się małą zmianą w edukacji spowodowano, że od kilku lat ten kraj spada w rankingu. A tylko przekazano kompetencje dotyczące niektórych decyzji w sprawie edukacji gminom. A gmina zawsze na czymś oszczędza i zwykle na edukacji, bo nikt od razu nie zauważy skutków tych oszczędności. To okazuje się dopiero po latach. U nas 30 lat temu zrezygnowano z obowiązkowej matury z matematyki. Skutki tej decyzji będą jednak odczuwalne jeszcze przez następnych 20 lat. W szkołach podstawowych w klasach I-III uczą nauczyciele, którzy nie zdawali matury z matematyki i pewnie dlatego umiejętności matematyczne uczniów na tym poziomie edukacji są słabsze niż w innych krajach. Innym - moim zdaniem niedobrym - pomysłem była integracja nauczania w klasach I -III, stąd wzięły się tzw. pakiety dla najmłodszych klas. Zintegrowanie spowodowało, że matematyka stała się przedmiotem wplecionym w inne edukacje. Ponieważ to się nie sprawdzało, większość wydawców zrezygnowała z jednej książki do wszystkiego i matematyka w pakietach była wydzielona. Niestety, rząd wraca do chybionego pomysłu łączenia wszystkich edukacji w jednym elementarzu. Uważam to za fatalny pomysł, ale pewnie zaraz usłyszę, że wydawcy tak mówią, bo mają w tym swój interes. A jak wpłynie to na poziom edukacji? O to nikt nie pyta.
Oczywiście mnóstwo dorosłych powtarza, że kiedyś był elementarz Falskiego i wszyscy się świetnie uczyli. To nieprawda. O tym, że nie było tak dobrze świadczą międzynarodowe badania umiejętności osób dorosłych PIAAC.

Jak wpłynie?

- Moim zdaniem to jest początek złego czasu dla edukacji. Oceniam, że w 2021 roku odczujemy pierwsze skutki tej decyzji. Pewnie po badaniach PISA 2021 powiem " a nie mówiłam", ale na pewno bez satysfakcji. Wolałabym, żeby Polska wyprzedziła inne kraje jeszcze bardziej niż teraz. I miałaby na to szanse. Te szanse właśnie zaczniemy zaprzepaszczać. Moim zdaniem po wejściu w życie nowej ustawy, i egzekwowaniu jej, będziemy mieli szkoły dwóch prędkości - publiczne i niepubliczne (bez ograniczeń w korzystaniu z materiałów edukacyjnych). Myślę, że wzrośnie liczba korepetycji, nie tylko w klasach licealnych. Tak jest w Grecji, tam też edukacja jest tania i darmowa, i dzieci mają korepetycje od 1 klasy szkoły podstawowej. Jeszcze raz chcę podkreślić, że bez odpowiednich materiałów dodatkowych nie da się uczyć efektywnie, a proponowane środki ( 2 zł na przedmiot ) nawet na potrzebną ilość kartek ksero nie wystarczą. Nawiasem mówiąc, koszt czarno-białego ksero jest porównywalny do kosztu kolorowego zeszytu ćwiczeń. Mimo to ustawa proponuje korzystanie z kopiowanych materiałów. Pytanie tylko co nauczyciele będą kserować? Treści z internetu? Książki już wydane? A co z prawami autorskimi? Zresztą kopiowanie codziennie wielu kartek dla uczniów dodatkowo obciąży nauczycieli, więc jeśli nie będą mogli skorzystać z zeszytów ćwiczeń, to pewnie wrócą do nauczania ze zwykłym zeszytem i podręcznikiem. Ale efektywność kształcenia musi się w ten sposób pogorszyć. Trochę to potrwa, dlatego wspominałam o PISA 2021.

Czy resort edukacji jakoś przygotowywał grunt pod te zmiany? Czy konsultował je ze środowiskiem? Czy zupełnie zaskoczył branżę?

- Nic nie zapowiadało takiej decyzji. Różnych rzeczy się spodziewałam w edukacji, ale nie czegoś takiego. Nie było żadnej dyskusji, rozmów ze środowiskiem. To sekcja wydawców edukacyjnych bezskutecznie zabiegała o spotkanie z nową minister. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym pomyśle chodzi o punkty wyborcze. Od lat narzeka się, że podręczniki są bardzo drogie, więc uznano, że jak rząd zadba o portfele rodziców to będą oni zadowoleni. Wprowadzenie darmowych przedszkoli byłoby zbyt kosztowne, padło więc na podręczniki. I rodzice na pewno będą zadowoleni, że ich wydatki we wrześniu będą mniejsze. Będą zadowoleni, dopóki ich pociechy nie będą musiały stanąć do rywalizacji z uczniami szkół uczących bez ograniczania materiałów dla uczniów. Ale ten moment nastąpi za kilka, kilkanaście lat. Jestem daleka od spiskowej teorii dziejów, więc wolę myśleć, że pani minister z panem premierem po prostu nie mają świadomości, jakie szkody można wyrządzić polskiej edukacji, wprowadzając tak daleko idące ograniczenie środków na edukację.

Jako przedsiębiorca nie czuje się pani oszukana?
Uważam to za fatalny pomysł, ale pewnie zaraz usłyszę, że wydawcy tak mówią, bo mają w tym swój interes. A jak wpłynie to na poziom edukacji? O to nikt nie pyta.

- Czuję się oszukana i rozgoryczona. Tego się nie spodziewałam po obecnym rządzie. Bez ostrzeżenia zmienia się warunki gospodarcze grupie przedsiębiorców. Płacimy podatki, nie zatrudniamy na czarno, a dzięki konkurencji na tym rynku materiały były coraz lepszej jakości. Nauczyciele byli wyposażeni w takie pomoce, o których mogli tylko pomarzyć 30 lat temu. Zainwestowałam ostatnio olbrzymie pieniądze i kilka lat pracy, bo chciałam stworzyć nową serię do nauczania wczesnoszkolnego (pierwszą taką serię w moim wydawnictwie) i przy okazji miałam nadzieję poprawić nauczanie matematyki w klasach I-III. Nad samą koncepcją pracowaliśmy przez dwa lata. Nad tym nowym projektem pracowało 60 osób przez ponad 5 lat! Zakładaliśmy, że koszty będą się zwracać przez następnych kilka lat. Jak mam się nie czuć oszukana? Jako przedsiębiorca mogłam się oczywiście obawiać konkurencji, ale nie przypuszczałam, że powinnam się bać własnego państwa.

Myślę, że w takim demokratycznym kraju jak Polska, rząd nie powinien w ten sposób traktować przedsiębiorców. Bez uprzedzenia zmieniać cały system edukacyjny. Czy będą w Polsce wydawnictwa, czy nie, to nie będzie miało wpływu na gospodarkę. Na te przedsiębiorstwa jak najbardziej. Chodzi o kilka tysięcy ludzi związanych z tą branżą. Dużo mówi się o rzekomej pazerności wydawców. A rynek podręczników szkolnych i pomocy edukacyjnych w Polsce dla wszystkich dwunastu roczników uczniów ma wartość około 900 mln zł. Zysk brutto wydawnictw wynosi 8-10 proc. Dla porównania, rynek pieluch jednorazowych - obejmujący zaledwie 2,5 rocznika dzieci - ma w Polsce wartość ponad 1 mld zł. A pieluchy też nie są tanie. Może i tę branżę warto znacjonalizować?

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (71)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.