Fakty i opinie

stat

Przez pięć lat wodził banki za nos. Teraz próbuje wodzić sąd

Proces grupy wyłudzającej pieniądze z banków. Po lewej, dwóch oskarżonych w tej sprawie, w tym (w koszulce z żółtym paskiem) - główny oskarżony, Grzegorz K.
Proces grupy wyłudzającej pieniądze z banków. Po lewej, dwóch oskarżonych w tej sprawie, w tym (w koszulce z żółtym paskiem) - główny oskarżony, Grzegorz K. fot. Trojmiasto.pl

Na piątej rozprawie członków grupy wyłudzającej pieniądze z banków wciąż nie odczytano aktu oskarżenia. Główny oskarżony bardzo skutecznie sabotuje prokuraturę i sąd.



Czy oskarżeni sabotujący pracę sądu powinni być dodatkowo karani?

tak, bo za ich "zabawę" płacamy wszyscy z naszych podatków 57%
sąd powinien brać takie rzeczy pod uwagę, ustalając wysokość wyroku 12%
nie, każdy ma prawo do takiej obrony, jaką sobie wymyśli 9%
zły jest system prawny, które pozwala na takie działania 22%
zakończona Łącznie głosów: 599
Grzegorz K. to postać wyjątkowo barwna: mężczyzna w średnim wieku, z widocznym brzuszkiem, sam o sobie mówi "masażysta i podróżnik". Na wolności prowadził "studia masażu" i lubił się fotografować z politycznymi celebrytami. Na sali sądowej także lubi kierować na siebie całą uwagę: wstaje, komentuje, zasypuje sąd kolejnymi wnioskami i robi wszystko, aby utrudnić mu pracę.

Standardowo każdy proces zaczyna się od sprawdzenia danych osobowych oskarżonych i odczytania aktu oskarżenia. Przeważnie prokurator zaczyna to robić kilkanaście minut po wejściu na sale.

Jednak nie tym razem. W tym procesie prokuratorowi nie udało się to już na piątej kolejnej rozprawie.

Dwa razy o odroczeniu bądź odwołaniu rozpraw zadecydował przypadek - raz w sądzie ogłoszono akurat krótki (i fałszywy) alarm bombowy, a raz chory był sędzia. W pozostałych przypadkach kluczowe były jednak wnioski głównego oskarżonego.

A to zmieniał on swojego obrońcę (bo tracił do niego zaufanie, gdy ten - bez konsultacji z nim - złożył zażalenie na areszt, a tymczasem sam oskarżony chciał w nim przebywać, aby "lepiej przygotować się do rozprawy"), a to zawnioskował o wyłączenie ze sprawy skarżącego go prokuratora.

W piątek do odczytania aktu oskarżenia nie doszło dlatego, że na rozprawę nie stawił się jeden z obrońców reprezentujących innego z oskarżonych i na swojego zastępcę wyznaczył... obrońce kolejnej z oskarżonych osób, co - zdaniem sądu - mogło powodować konflikt i uniemożliwiło odebranie od oskarżonych wyjaśnień.

Nie przeszkodziło to zresztą Grzegorzowi K. w zasypaniu sądu kolejnymi wnioskami. Chciał m.in. usunięcia z sali mediów, oddania mu pieniędzy, które zabezpieczono na poczet ewentualnych kar, dostarczenia do celi maszyny do pisania (wcześniej sąd nie zgodził się na laptopa). Zażądał też przerwy na konsultację ze swoim nowym obrońcą. Ponowił także skargę na oskarżyciela - Przemysława Strzeleckiego z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.

- Wysoki sądzie, bo prokurator używa słów, których nie rozumiem, na przykład mastur... modus operandi - stwierdził oskarżony.

- Właśnie po to ma oskarżony obrońcę - odpowiedział mu sędzia Sebastian Brzozowski, prowadzący rozprawę z anielską cierpliwością i nie reagujący na sugestię, że "sympatyczny prokurator, gwiazdor Strzelecki, wymuszał zeznania jak w Guantanamo".

Grzegorz K. próbował też przedstawić się jako chorego (ze znacznym nadciśnieniem utrudniającym oddychanie, ze "sparaliżowaną po pobiciu w celi ręką"). W dniu rozprawy został jednak przebadany przez lekarza, który stwierdził, ze nie ma powodów, aby oskarżony nie zasiadł w sądowej ławie.

Za co odpowiada Grzegorz K. i dziesięć innych osób oskarżonych w tej sprawie?

Prokuratura twierdzi, że członkowie grupy przez pięć lat oszukiwali banki. Kopiowali karty płatnicze, wypłacali z nich pieniądze za granicą, w tym samym czasie korzystając z oryginalnych kart w Trójmieście, po czym zgłaszali reklamacje i domagali się zwrotu rzekomo skradzionych im pieniędzy wypłaconych w innej części Europy.

Śledztwo w tej sprawie trwało od lipca 2010 roku. Prowadziła je Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod nadzorem Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. Wszczęto je po zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa złożonym przez jeden z oszukanych banków: Eurobank SA. Wkrótce okazało się, że pokrzywdzone są także inne placówki: PKO BP, Polbank EFG, Bank Millenium oraz ING Bank Śląski.

Ostatecznie prokuratura oskarżyła 11 osób (w tym sześć kobiet). Część z nich miała działać na szkodę kilku różnych banków, a cały proceder był przez nie uprawiany od 2005 roku do października 2010 roku.

Prowadzącym śledztwo nie udało się jednak ustalić, w jaki sposób same karty "klonowano", nie wiadomo także, kto konkretnie dokonywał wypłat z podrobionych kart poza Polską. Robiono to w kilku różnych krajach - wypłaty zostały zrealizowane w Innsbrucku w Austrii, w Brukseli i Liege w Belgii, w Strasbourgu we Francji, w Venlo, Reuver, Amsterdamie i Tilburgu w Holandii, w Moenchengladbach, Bielefeld, Herforder Stadt, Kolonii, Norymberdze, Lipsku, Duesseldorfie, Lutherstadt am Lustnauer i Aschaffenburgu w Niemczech oraz w Trento, Veronie, Bolzano, Livorno, Perugii, Ferrarze, Cavallino, Treviso, Cavallino, Mediolanie i Cassano we Włoszech.

W tym samym czasie, gdy przy użyciu podrobionej karty były wypłacane pieniądze z bankomatów za granicą, w Polsce wykonywano transakcje kartowe przy użyciu oryginałów.

- Działanie takie miało na celu uwiarygodnienie wersji, że posiadacz rachunku i karty jest w Polsce, a zatem doszło do skopiowania i użycia karty bez wiedzy i zgody jej posiadacza. Po dokonaniu nieuprawnionych wypłat poza granicami Polski, posiadacze rachunków składali reklamację w oddziale banku prowadzącego rachunek, częstokroć jeszcze w tym samym dniu, w którym wykonano wysoką wypłatę pieniędzy za granicą - mówił nam kilka miesięcy temu Mariusz Marciniak, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.

Banki wypłacały wówczas oskarżonym równowartość rzekomo zrabowanych im pieniędzy. W ten sposób szajce udało się wyłudzić co najmniej 250 tys. zł.

Prokuratura rozpracowała cały system m.in. dzięki analizie historii poszczególnych rachunków, zeznaniom pracowników banków i innych świadków, analizie zawartości sprzętu komputerowego i telefonów należących do oszustów oraz na podstawie wyjaśnień części oskarżonych.

Niektórzy z nich przyznali się bowiem do winy i opowiedzieli prowadzącym śledztwo o sposobie, w jaki wyłudzane były pieniądze.

Co ciekawe, Grzegorz K., aby odwrócić od siebie uwagę organów ścigania, gdy czuł, że jego proceder może zostać odkryty, zorganizował przed jednym z banków pikietę, zarzucając placówce, iż doprowadziła do kradzieży jego pieniędzy. O sprawie pisało wówczas kilka ogólnopolskich dzienników.

Opinie (144) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.