Fakty i opinie

stat

Ruiny Trójmiasta: stacja Kokoszki

artykuł historyczny

Zatrzymywały się tu pociągi z turystami, podczas wojny wyładowywano więźniów obozu koncentracyjnego, a w PRL-u stały tu wagony z cementem do budowy gdańskich osiedli. Obecnie po ponad 100 latach od otwarcia stacja Kokoszki zobacz na mapie Gdańska stoi opuszczona. Dworzec zbudowany jeszcze za cesarza Wilhelma II czeka rozbiórka.



Czy słyszałe(a)ś kiedykolwiek o stacji kolejowej w Kokoszkach?

tak, byłe(a) w tym miejscu i to nie raz

28%

tak, wiem o niej z opowieści

4%

tak, wiedziałe(a)m dzięki książkom/mediom

6%

tak, z innego źródła

6%

nie wiedziałe(a)m do tej pory o stacji w Kokoszkach

46%

nie miałe(a)m nawet pojęcia, gdzie znajdują się Kokoszki

10%
Zygmunta łupie już nie tylko w krzyżu. Na karku ma 85 wiosen, ale warzywniaka nie odpuści. Rzodkiewka, sałata, szczypiorek. Lista jest długa. Wielu chodzi do sklepu, on do ogródka. Taniej i bliżej, bo kilka kroków od domu. Niewielki budynek wzniósł rękami swoimi i murarza. Za cegły do budowy musiał zapłacić gminie tysiąc złotych. I samemu pozyskać materiał.

- To się dobrze rozbierało, bo to nie było budowane na beton, tylko na wapno. No, ale każdą cegłę trzeba było oczyścić z tego wapna, żeby móc budować od nowa - zastrzega Zygmunt Słowik.

Cegłę - tak jak wielu innych - pozyskiwał z baraków, których nieopodal stacji kolejowej stało kilkanaście. W czasie wojny najpierw przebywali w nich jeńcy wojenni, później więźniowie obozu koncentracyjnego Stutthof. Po 1945 w parterowych budynkach zamieszkały polskie rodziny.

- Po wojnie była straszna bieda i nie było gdzie mieszkać, więc zaadaptowano baraki na mieszkania. Też dostałem przydział, ale nie mogłem się wprowadzić, bo w mojej części gminna spółdzielnia trzymała wcześniej nawozy sztuczne i wnętrze było bardzo zawilgocone. Tak się jednak złożyło, że w latach pięćdziesiątych ludzie z baraków otrzymali przydziały na działki w Kokoszkach i pozwolenie na zabranie cegły. Większość skorzystała, ale było też kilka rodzin, które zrezygnowały. Niektóre wyprowadziły się do innych miejscowości.

Zygmunt pobudował się pierwszy. Pamięta, jak wstawał o trzeciej nad ranem i chodził do oddalonej o 200 metrów studni. Przez dwie i pół godziny nosił wodę, którą rano murarz używał do zaprawy. Pamięta też ludzkie palce odciśnięte w cegłach.

- Część z cegieł wykonali więźniowie. Na miejscu była taka prymitywna polowa cegielnia, gdzie produkowali ręcznie.

Zygmunt, urodzony w dwudziestoleciu międzywojennym pogodny kolejarz, obecnie na emeryturze, zdaje sobie sprawę, że to o czym opowiada może zostać różnie odebrane. Mimo to chce mówić.

- Może jeśli ktoś posłucha, to dotrze do niego prawda o tych trudnych czasach. Bardzo trudnych czasach - ma cień nadziei.

W Kokoszkach źle zaczęło się dziać wraz z wybuchem II wojny światowej. W centrum wydarzeń znalazła się tutejsza kolejowa stacja.

Zdjęcie wykonane zostało w 1921 r. podczas uroczystości z okazji otwarcia linii Gdynia-Kokoszki.
Zdjęcie wykonane zostało w 1921 r. podczas uroczystości z okazji otwarcia linii Gdynia-Kokoszki.
Dla rolników i właścicieli okolicznych cegielni była błogosławieństwem. Pierwszym ułatwiła transport bydła, drugim cegieł. Kiedy w maju 1914 r. otwierano linię kolejową Wrzeszcz-Stara Piła, ludzie na polach przerywali pracę, aby zobaczyć przejazd pierwszego pociągu. W Kokoszkach to było wydarzenie.

- Powstanie linii wynikało z potrzeby lepszej komunikacji w głąb Kaszub. Poza transportem towarów chodziło między innymi o to, żeby usprawnić turystykę lokalną. Gdańszczanie bardzo lubili jeździć na Kaszuby, a goście przyjeżdżać do Sopotu czy do kąpielisk w Brzeźnie i na Stogach - wyjaśnia Henryk Jursz, badacz dziejów kolejnictwa na Pomorzu.

Poza tym chodziło o czas. Autor książki "Koleją z Wrzeszcza na Kaszuby" wylicza:

- Istniała co prawda linia kolejowa z końca XIX wieku przez Pruszcz Gdański, ale tamtędy jechało się z Gdańska do Kartuz dwie i pół godziny. Nawet wówczas to było dość długo, więc postanowiono wymyślić coś, co skróci czas podróży.

Prace ziemne rozpoczęto jesienią 1911 r. Przy budowie pracowało pół tysiąca robotników. Linię wprawdzie otwarto, ale wraz z wybuchem I wojny światowej pojawiły się ograniczenia. Docelowo miała być dwu- a pozostała jednotorowym szlakiem. Ruch był jednak taki, jak przewidywano: trzy, cztery pary pociągów dziennie.

W Kokoszkach podróżni mieli do dyspozycji poczekalnię pierwszej i drugiej klasy na parterze dworca oraz toalety w budynku obok. Jednak wraz z powstaniem Wolnego Miasta Gdańska pojawiły się komplikacje: linia między Kokoszkami a Kiełpinkiem przecięta została granicą. Odtąd na stacji odbywała się kontrola paszportowa.

- Były też problemy z transportem towarów przez Gdańsk. Polacy postanowili więc wybudować nową linię kolejową, czyli magistralę węglową. Ale zanim do tego doszło, w związku z pilnością potrzeb i rozpoczętą budową Gdyni, wykonano odgałęzienie: z Kokoszek linia biegła wzdłuż granicy z Gdańskiem właśnie do Gdyni - tłumaczy Henryk Jursz.

Ruch kolejowy odbywał się zgodnie z planem do czasu wybuchu II wojny światowej. Polscy kolejarze, chcąc bowiem utrudnić Niemcom prowadzenie operacji, wysadzili w powietrze wiadukt między Kiełpinkiem a Kokoszkami. Mimo to jeszcze przed końcem września hitlerowcy uporali się z problemem.

- Po wybuchu wojny powrócono też do nazwy Kokoschken, a później zgodnie z dekretem gauleitera Forstera zaczęto stosować bardziej niemiecko brzmiącą nazwę Burggraben. Naprzeciw dworca utworzono obóz jeniecki. Byli tu Francuzi, Włosi, Belgowie i Rosjanie - wylicza Kamil Sobolewski, który prowadzi stronę internetową www.historiakokoszek.pl

Początkowo jeńców trzymano w barkach, w których podczas I wojny światowej składowano amunicję. Następnie zaczęto budować nowe. Powstało ich kilkanaście na działce nieopodal obecnej ul. Cementowej i Maszynowej zobacz na mapie Gdańska. Długie na 20, szerokie na ok. 11 metrów. Murowane, ale nieogrzewane i bez dostępu do kanalizacji. Po wodę jeńcy musieli chodzić do wieży ciśnień. Pilnowani przez strażników codziennie jechali pociągiem do gdańskiej stoczni Schichaua. Próbowali przetrwać mimo głodowych racji i wyczerpującej pracy.

- W całym Gdańsku pod koniec 1943 roku pracowało ponad 48 tysięcy obcokrajowców, w tym nie tylko jeńcy wojenni, ale także przymusowi robotnicy z zagranicy, z czego 20 tysięcy na terenie portu i stoczni. To pokazuje skalę zaangażowania siły roboczej na tych terenach - wylicza Jan Daniluk, historyk z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Zdesperowani jeńcy próbowali uciekać. Dwóm Włochom pomogła polska rodzina. Dała ciepły posiłek, ubrania i prowiant na drogę. O dalszych losach zbiegów nic jednak nie wiadomo. Dwóch Francuzów zastrzelono z kolei podczas ucieczki na pograniczu Kokoszek i Karczemek. W 1944 r. ostatecznie przeniesiono jeńców w inne miejsce. Po czym w barakach ulokowano więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof. Łącznie miało tu trafić między innymi ok. 1600 Żydów, w tym 500 kobiet.

- Stary zawiadowca, który pracował w Kokoszkach w czasie wojny opowiadał, że kiedy przyjeżdżał pociąg ze Stutthofu i otwierano wagon z więźniami, to ciała zmarłych podczas podróży wypadały na peron - wspomina Zygmunt.

Jak opowiadali świadkowie, ciała zakopywano w okolicy obozu. Nie wiadomo, ilu więźniów zmarło w drodze, ilu podczas pobytu w Kokoszkach. Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli o warunkach, w jakich przyszło im pracować.

- Najgorszym komandem pracy była budowa bunkrów. Trzeba było nosić worki z cementem po 50 kilogramów przez cały dzień jak również sypać kamienie, piasek i żwir, a także nosić żelazo do budowania bunkra. Wikt dzienny wynosił 350 gram chleba, 20 gram margaryny i zupa z nieobranych kartofli. W miejscu pracy dawali Żydom wodę przegotowaną z bulionem Magii - zeznawał były więzień obozu Jeheskiel Gliksberg w czasie pierwszego procesu zbrodniarzy ze Stutthofu.

Wyczerpująca praca, krótki sen, niedożywienie i fatalne warunki zbierały śmiertelne żniwo. W grudniu 1944 r. wybuchła epidemia tyfusu brzusznegoplamistego. Nie było lekarstw, ani środków opatrunkowych. Pod koniec wojny liczba zmarłych zaczęła rosnąć. Świadkowie wspominali, że z czasem przestano zakopywać ciała, a zaczęto palić je na drewnianych stosach.

- Stary zawiadowca dokładnie pokazywał to miejsce. Dziś jest tam jeziorko, ale kilkadziesiąt lat temu był to wielki dół po wybieraniu gliny - opowiada Zygmunt.

W ostatnich miesiącach wojny Kokoszki stały się tymczasowym obozem ewakuacyjnym dla więźniów KL Stutthof. W lutym część ludzi sformowano w kolumny i kazano maszerować na Lębork, a w marcu dalej w kierunku wybrzeża. Po drodze rozstrzeliwano słabych, więźniowie padali z wyczerpania i umierali na skutek głodu i chorób.

Front zaczął zbliżać się do Kokoszek. W nocy z 20 na 21 marca bomba spadła na jeden z baraków i zabiła wszystkie znajdujące się w nim kobiety. Kolejnego dnia uciekła załoga obozu. Po czym 23 marca wkroczyli Rosjanie. Generał Piotr Tieremow wspominał:

- Wraz z grupą oficerów obejrzałem baraki, w których poniewierali się ludzie, szkielety na wpół obnażonych ludzi. W większości były to kobiety w różnym wieku, lecz zrównane ze sobą przez mękę - wszystkie one stały się staruszkami o nieczesanych, siwych włosach. Większość nie mogła już się ruszać. Śladów strawy w obozie nie stwierdzono. Ludzie ci to byli Polacy, Norwegowie, Duńczycy, Holendrzy, Francuzi, Rosjanie i przedstawiciele innych narodowości.

Żołnierze na peronie w Kokoszkach. Zdjęcie wykonane w latach 40. ubiegłego wieku.
Żołnierze na peronie w Kokoszkach. Zdjęcie wykonane w latach 40. ubiegłego wieku.
Po wojnie do poobozowych baraków wprowadziły się polskie rodziny. W zniszczonym Gdańsku i jego okolicach ciężko było o miejsce do mieszkania. Kolejarze przywrócili z kolei ruch pociągów do Gdyni. Zniszczonego odcinka Wrzeszcz-Kiełpinek jednak nie wyremontowano. Postanowiono za to przebudować kokoszkowski dworzec: zniknęła poczekalnia pierwszej i drugiej klasy.

- Na parterze od strony torów był przedsionek, działała nastawnia i okienko kasowe. Zrobiono też mieszkanie dla zawiadowcy stacji. Dla porównania: przed wojną dwa mieszkania znajdowały się na piętrze. Jedno z nich przeznaczone było właśnie dla zawiadowcy - opisuje Zygmunt.

Budynek pamięta dobrze. W latach 60. ubiegłego wieku pracował na tutejszej stacji. Na jego prośbę przeniesiono go z Osowy.

- Tam to był ruch, bo węgiel jechał ze Śląska. Do tego z Osowy do Gdyni jest duży spadek, więc pociągi sprowadzane były na dół w dwie lokomotywy. A kiedy trafiłem do Kokoszek byłem zaskoczony: zawiadowca nie miał tu za wiele do roboty - przyznaje kolejarz, po czym dodaje: - Przeszedłem tutaj, bo żona chorowała. Zmarła młodo. Miała 37 lat.

Tragedia dotknęła również jedną z rodzin, które mieszkały w barakach. Podczas rozbiórki zginął kilkunastoletni chłopak. Śmiercią omal nie zakończyła się też wycieczka dziewczynki w kierunku cementowagonów, które w latach 60. oczekiwały na rozładowanie w Kokoszkach.

- Było ich z 30, może 35 i stały tak z trzy, cztery dni. Podjeżdżały pod nie samochody ciężarowe i woziły na place budowy osiedli w Gdańsku. A że cement rozsypywał się na tory, ci co budowali w Kokoszkach wysyłali dzieci z wiaderkami. Kiedyś dziewczynka, taka 12 lat, wpadła do jednego wagonu. Dzieci przybiegły i polecieliśmy z toromistrzem ratować. Siedziała po szyję prawie, ale udało się ją wyciągnąć - wspomina emerytowany zawiadowca.

Kolejarz nie chce oceniać, bo jak mówi: system był taki, że nie można było kupić cementu.

- Trzeba było jeździć do gminy, podanie składać, czekać pół roku i nie wiadomo na co.

Wnętrze budynku dworca.
Wnętrze budynku dworca. fot. trojmiasto.tv
Tymczasem władza postanowiła uczynić z Kokoszek teren przemysłowy. Ulokowano tu między innymi fabrykę domów i rozbudowano stację. Powstały dwie nowe nastawnie i lokomotywownia, w której stały lokomotywy obsługujące zakład.

- Ruch pasażerski odbywał się tu do 1973 roku, kiedy to musiano zlikwidować fragment kolei z Kokoszek do Gdyni w związku z budową portu lotniczego w Rębiechowie - wyjaśnia Jursz.

Stację w Kokoszkach odstawiono na boczny tor kolejowego świata. Zaczęła uchodzić za miejsce zsyłki dla kolejarzy, którzy lubią spokój. Hodowano kury, świnie i króliki, a poddasze budynku, gdzie były toalety wykorzystywano jako magazynek. Obecnie przydworcowy obiekt jest ruiną. Ma dziurawy dach, a ściany się rozpadają. Niszczeje także budynek dworca, którego ostatni lokator zmarł w tym roku.

- Przez lata komuny nie dbano o dworzec. Podłogi na strychu są spróchniałe, a piwnice strasznie zagrzybione za sprawą wód gruntowych - opowiada Sobolewski.

- Z podtopieniami było wiele problemów. Drewniane podkłady gniły, szyny się rozchodziły i były wykolejenia. A naprawy były, jakie były - dodaje Słowik.

Woda do dziś stoi w wielu miejscach torowiska, a opuszczony dworzec popada w ruinę.

- W poprzednich latach PKP S.A. prowadziła bieżące remonty obiektu - informuje Maciej Bułtowicz z biura prasowego Polskich Kolei Państwowych, po czym dodaje: Spółka podejmowała również działania w celu komercyjnego zagospodarowania budynku.

Bez skutku. Dworzec czeka rozbiórka. Kamil Sobolewski, choć jest pasjonatem historii i szkoda mu budynku, nie wierzy w jakąkolwiek szansę na uratowanie obiektu.

- To dobry przykład pruskiego budownictwa kolejowego, ale budynek jest w tak fatalnym stanie, że nie ma sensu wpisywać go do rejestru zabytków. Koszty remontu pochłonęłyby gigantyczne pieniądze i nie wiadomo co byłoby dalej z budynkiem - ocenia.

Termin rozbiórki nie jest jeszcze znany. Nie wiadomo także, jaki los czeka niszczejącą nastawnię i lokomotywownię. Jeśli zostaną wyburzone, o historii tego miejsca będzie przypominać stojący przy ulicy głaz z tablicą, która głosi:

Na wieczną chwałę i pamięć więźniów podobozu Stutthof w Kokoszkach męczonych i pomordowanych przez hitlerowskich ludobójców w latach 1944-45.

Szczątki niewielkiej części ofiar znajdują się na cmentarzu na Zaspie i na cmentarzu kokoszkowskiej parafii św. Brata Alberta Chmielowskiego. Kompleksowej ekshumacji w Kokoszkach jak dotąd nie było.

Ruiny Trójmiasta to cykl opowiadający o dziejach obiektów, które w czasach swojej świetności wzbudzały zachwyt, a dziś niszczeją i czekają na ratunek. Jeśli chciał(a)byś zaproponować obiekty do kolejnych odcinków cyklu lub chciał(a)byś podzielić się informacjami i zdjęciami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Poznaj także historię browaru w Nowym Porcie. Materiał z 2014 r.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (91)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.