Fakty i opinie

stat

Dawna katastrofa holownika "Górnik"

artykuł historyczny

Był 1 listopada 1927 r., godz. 15:30, gdy w eter poszedł sygnał "SOS". Nadał go ze wzburzonego morza holownik "Górnik". Jednostce nikt nie pomógł. Spośród 10-osobowej załogi uratował się wyłącznie mechanik. Wspominamy największą w okresie międzywojennym katastrofę polskiej jednostki, która była gwoździem do trumny morskiego portu w Tczewie i potwierdziła słuszność budowy portu w Gdyni.



Polska po I Wojnie Światowej potrzebowała portu morskiego, przez który transportowany mógł być węgiel z kopalń Zagłębia Dąbrowskiego, które zostały odcięte od niemieckiego rynku zbytu. Popyt na węgiel m.in. w krajach skandynawskich był tak duży, że zaczęto szukać pospiesznie rozwiązań. Pierwszym była budowa portu w Gdyni. Problem jednak polegał na tym, że niewiele pociągów z węglem mogło wtedy dotrzeć do tej miejscowości. Składy musiały podróżować przez teren Wolnego Miasta Gdańska, a to ówczesnym władzom się nie podobało.

Tymczasem magistrala węglowa z Bydgoszczy do Gdyni przez Osowę powstała dopiero w 1930 r.

Dlatego zdecydowano się na drugie rozwiązanie: w 1926 r. zostało powołane do życia Towarzystwo "Żegluga Wisła-Bałtyk". Amatorskie przedsiębiorstwo zajęło się transportowaniem węgla z polskiego Tczewa poprzez Wisłę i Morze Bałtyckie do Skandynawii. Tczew stał się portem morskim.

Początkowo interes kwitł. Towarzystwo kupiło sześć holowników i kilkanaście lichtug, czyli barek zaczepianych liną do holownika.

Dlaczego nie wybrano pełnomorskich statków? Utknęłyby one na kapryśnej Wiśle - zimą skuwał ją lód, a latem utrzymywał się niski poziom wód. Holowniki i lichtugi, na które można było załadować ok. 400 ton węgla, okazały się idealnym sposobem na transport węgla i nieco podważały plany budowy portu w Gdyni w tamtym czasie.

Jednak pozycja Towarzystwa "Żegluga Wisła-Bałtyk" i morskiego portu w Tczewie została poważnie zachwiana 1 listopada 1927 r. Z portu w Kopenhadze wypłynął do Tczewa holownik "Górnik", doczepione zostały do niego dwie lichtugi - "Bolek" i "Felek". Gazeta Toruńska z 2 listopada donosiła, że dzień wcześniej na polskim morzu szalał sztorm. Z tego powodu zostały zakłócone m.in. prace przy budowie portu w Gdyni.

Kapitan holownika z podczepionymi dwiema lichtugami, będąc na wysokości 10 mil morskich na północ od Rozewia, nadał sygnał SOS. Holownik "Górnik" przechylił się niebezpiecznie na prawą burtę, po czym zatonął w zaledwie 15 minut. Na pomoc marynarzom z gdańskiego portu wyruszył holownik "Danzig". Niestety akcja ratownicza okazała się bezskuteczna i uznano, że zaginęła cała załoga holownika - 10 osób.
Tak ówczesna prasa informowała o katastrofie holownika "Górnik". Pierwotnie mówiono, że śmierć poniosła cała załoga. Jeden z uczestników feralnego rejsu osierocił siedmioro dzieci.
Tak ówczesna prasa informowała o katastrofie holownika "Górnik". Pierwotnie mówiono, że śmierć poniosła cała załoga. Jeden z uczestników feralnego rejsu osierocił siedmioro dzieci.
Co ciekawe, w chwili katastrofy, pięć mil przed holownikiem "Górnik" płynęła inna jednostka towarzystwa - "Rybak". Na skutek sztormu zerwała się jej jedna spośród dwóch lichtug. Kapitan holownika postanowił ocalałą barkę zacumować w gdyńskim porcie i wrócić po zagubioną lichtugę.

Po dopłynięciu w okolice Helu kapitan holownika "Rybak" natknął się na lichtugę, ale nie tą, która zerwała się mu wcześniej, a należącą do holownika "Górnik". Na pokładzie przebywał Władysław Szczęsnowicz, mechanik zatopionej jednostki - jedyny świadek tamtej tragedii.

Tak trzy dni po katastrofie Władysław Szczęsnowicz opisał kulisy zatonięcia holownika "Górnik" przed urzędnikami Urzędu Morskiego w Gdyni:

"Fale były ogromne lecz wobec małej szybkości statku i należytego sterowania woda w niezbyt wielkiej ilości trafiała na pokład. Na mostku przy sterze stał sternik - Piotr Carstens, któremu czasami nie udawało się utrzymać statku na kursie. W takich momentach fale wdzierały się na pokład z prawej burty, na którą "Górnik" bardzo się pochylał, mam wrażenie, że o przeszło 30 stopni. Ja miałem wachtę do godz. 12, a potem po południu zastąpił mnie drugi mechanik Anim Moldenhauer.

Ok. godz. 13 przyszedłem do swej kabiny i położyłem się spać w ubraniu. Mniej więcej ok. godz. 15:30 zauważyłem, że statek parę razy pochylił się więcej niż wpierw. Następnie pochylił się raz, mocno, nabierając prawą burtą dużo wody. Wstałem z koi i czekałem na wyrównanie się statku, lecz następowało to bardzo wolno. Jeszcze statek daleki był od równowagi, gdy uderzyła go druga fala.

Woda gwałtownie zaczęła się wdzierać do pomieszczenia, a ja pospieszyłem do wyjścia, zasuwając drzwi z prawej burty, przez które wdzierała się woda. Następnie wybiegłem przez lewe drzwi i ponieważ statek był pochylony o 90 stopni, wskoczyłem na lewą, poziomą już wtedy burtę. Zatrzymałem się na chwilę, zauważywszy tylko palacza Alojzego Fortunę, któremu krzyknąłem: "ratuj się, rozbieraj się!" Poczem zerwałem część ubrania i rzuciłem się do wody.

Starałem się jak najdalej odpłynąć od statku. W odległości ok. 30 m obejrzałem się na "Górnika", który szybko pogrążał się i zatonął bez eksplozji kotła. Wkrótce zauważyłem niedaleko od siebie sternika i drugiego mechanika, obu w pasach ratunkowych, ja zaś uczepiłem się deski. Z lichtugi "Felek" zwieszała się lina z pływającym kołem ratunkowym, na którą wlazłem trzymając się liny."


Ostatecznie Sąd Powiatowy w Wejherowie umorzył sprawę zatonięcia holownika "Górnik", bowiem trudno było wskazać winnych morskiej tragedii.

Katastrofa holownika "Górnik", była początkiem końca morskiego portu w Tczewie. Towarzystwo odnotowało duże straty. Ponadto wieść o katastrofie rozeszła się błyskawicznie po ówczesnym Wolnym Mieście Gdańsku. Funkcjonowanie portu morskiego w Tczewie skupiło uwagę gdańszczan i stało się poważnym zagrożeniem dla wiekowego portu. Stąd też władze Gdańska, likwidując część infrastruktury na Wiśle, uniemożliwiły pływanie polskim jednostkom nocą. Towarzystwo z tego powodu weszło w spór z władzami Gdańska. Interweniowały nawet, ale bezskutecznie, władze państwa Polskiego. Ponadto prezydent 6 marca 1928 r. wydał rozporządzenie o funkcjonowaniu portu morskiego w Tczewie. To jednak w niczym nie pomogło.

Towarzystwo "Bałtyk-Wisła" zlikwidowano jeszcze w 1928 r., a jeden holownik i pięć lichtug sprzedano Polskiej Marynarce Wojennej, pozostałe jednostki trafiły do armatorów zagranicznych. Katastrofa holownika "Górnik" i upadek towarzystwa potwierdziły słuszność budowy portu morskiego w Gdyni.

Podczas opracowywania artykułu korzystaliśmy z książki pt. "Księgi Statków Polskich" Jerzego Micińskiego, tom I.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (56)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Polityka prywatności
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.