Fakty i opinie

stat

Opowieść o przedwojennej Chyloni i Cisowej

artykuł historyczny
Dom przy ul. Chylońskiej, który wybudował listonosz Pawelczyk.
Dom przy ul. Chylońskiej, który wybudował listonosz Pawelczyk.

- Szneka z glancem kosztowała pięć groszy, czekolada pięćdziesiąt, a ćwiartka złoty dziesięć. A my sprzedawaliśmy jajka od białych kur po 10 groszy, więc był to wartościowy towar - opowiada przedwojenny mieszkaniec Gdyni. W kolejnym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści swoimi wspomnieniami o Chyloni, Cisowej i pomorskich wioskach dzieli się małżeństwo: Jan i Irena Pawelczykowie.



Jan: Mama pojechała do więzienia w Gdyni. Zobaczyła tam ojca. Pobitego, zakrwawionego.

- Zobacz, co oni ze mną zrobili.

- Kiedy będziesz w domu? - zapytała.

- Ja już nie będę. Wywiozą mnie do Stutthofu albo w głąb Niemiec.

I to była ostatnia rozmowa rodziców. Wartownik pozwolił na nią, bo rodzice potrafili rozmawiać po niemiecku. Do domu ojciec już nie wrócił.

Nasz dom wybudował przy dzisiejszej ulicy Chylońskiej. Było to na przełomie lat 20. i 30. Domy wznosiło się wtedy z czerwonej lub białej cegły. Nasz był z tej drugiej, bo tańsza. Wszystkie sprawy wykończeniowe robił ojciec albo jego brat. Pomagali sobie.

Na piętrze były pokoje, które wynajmowaliśmy celnikom ze Śląska, a na parterze mieszkała nasza rodzina. Ojciec Jan i mama Bronisława mieli swój pokój, który był też miejscem, gdzie przyjmowało się gości. W drugim mieszkała nasza piątka: Elżbieta, ja, Antoni, BogumiłaKazimierz. Pokoje ogrzewało się piecami kaflowymi. Kanalizacji nie było. Wodę mieliśmy z pompy na podwórzu.

Schaboszczak w niedzielę, a w piątek śledzie

Loteria fantowa, którą Jan Pawelczyk senior organizował w czasie corocznych dożynek w Cisowej.
Loteria fantowa, którą Jan Pawelczyk senior organizował w czasie corocznych dożynek w Cisowej.
Jan: Pierwszym pomieszczeniem, do którego wchodziło się w domu, była kuchnia. Stała tam kaflowa kuchenka, gdzie mama przyrządzała posiłki. Dla nas i dla sublokatorów. Pamiętam kapuśniak, grochówkę, gęsinę z brukwią i plince kaszubskie, czyli placki ziemniaczane. Naturalnie były też schaboszczaki, ale to tylko w niedzielę.

Irena: A u nas, kiedy mieszkaliśmy w Białej Rzece, rzeźnik był niedaleko. Mama kupowała schab, karkówkę i szmurowała mięso, czyli na gęsto przyrządzała. Gotowała też na mięsie grochówkę i fasolówkę. I beczka kiszonej kapusty musiała być w domu.

Jan: A poza tym koniecznie ziemniaki, bo Kaszubi bardzo uznają kartofle. Obiad bez nich, to nie obiad. I tak też było przed wojną. A jako dodatek do ziemniaków fasola, którą przynosiliśmy z ogródka. Rósł tam również groszek i pomidory.

Do Cisowej i Chyloni przychodzili rybacy z koszami. Mieli w nich pomuchle, czyli dorsze. Wtedy to była najtańsza ryba. A mama kupowała flądry i śledzie. Przyrządzała je najczęściej w piątek, bo to dzień postny.

Irena: A na śniadanie nasza dziewiątka, czyli Bernard, Stanisław, Roman, Feliks, ja, Wanda, Bogusław, KrystynaHenryk, dostawała zawsze mleko i chlebek z twarożkiem lub z miodem. Na kolację mieliśmy zupę mleczną i czasami odgrzewane ziemniaki.

Jan: Były też jajka sadzone. Z naszego kurnika, który ojciec postawił za domem. Hodowaliśmy białe kury - leghorny i pamiętam, że sprzedawaliśmy jajka po 10 groszy. To był wartościowy towar, bo na przykład szneka z glancem kosztowała pięć groszy, czekolada pięćdziesiąt, a ćwiartka złoty dziesięć.

Rodzice pochodzili ze wsi. Mama urodziła się w Kielnie, a tata w Tuchlinie. Tam też mój dziadek walczył o to, żeby urzędnicy nie zniemczyli ojcu imienia i nazwiska.

Kaszub, co mieszkał w wozie i walczył o swoje

Pośrodku dziadek Augustyn, który walczył z Niemcami o zachowanie polskiego nazwiska i o prawo do budowy domu.
Pośrodku dziadek Augustyn, który walczył z Niemcami o zachowanie polskiego nazwiska i o prawo do budowy domu.
Po tym jak urodził się mój ojciec Jan, po którym mam imię, dziadek Augustyn poszedł do urzędu stanu cywilnego. W metryce urzędnik zamiast polskiego Jan Pawelczyk wpisał Johann Pawelschik.

- Ja się nazywam Pawelczyk. Proszę napisać przez "c", "z", "y" i "k" - zaprotestował Augustyn.
- Już napisałem. Nie będę poprawiał.
Dziadek Augustyn nie odpuścił i zaczął się procesować. Przed sądem w Kartuzach przegrał. Odwołał się jednak do sądu w Gdańsku i ten przyznał mu rację. Na tym szykany się jednak nie skończyły. Po tym jak wichura zmiotła chałupę i zabudowania gospodarskie, rodzina przeniosła się z Tuchlina do Sierakowic. Niemcy nie chcieli jednak wydać dziadkowi pozwolenia na budowę jakiegokolwiek pomieszczenia mieszkalnego. A że dziadek był uparty, po cichu zbudował wóz i zamieszkał w nim z rodziną.

Niemcy raz po raz karali dziadka grzywnami za wymyślone przewinienia. Do tego usłyszał, że cygańskie wozy nie mogą pozostawać w jednym miejscu dłużej niż 24 godziny. Codziennie więc przepychał wóz w jedną lub drugą stronę. Próbował też dochodzić swoich praw przed sądami. W Kartuzach i Gdańsku przegrał, ale wygrał przed sądem w Lipsku. Niemcy jednak nie odpuścili.

Według relacji Antoniego, syna Augustyna i brata mojego ojca, rodzina Pawelczyków opuściła Sierakowice po tym jak ujrzała nóż wbity w drzwi wozu. Augustyn popatrzył z lękiem na siedmioro swoich dzieci i przenieśli się do Dobrzewina, gdzie kupili gospodarstwo.

Jak relacjonował stryj, dziadek Augustyn działał w pobliskim Kielnie w Kółku Rolniczym i w Banku Ludowym. A w swoim domu potajemnie uczył dzieci języka polskiego. Później zostawił gospodarstwo jednemu ze swoich synów i przeprowadził się do Karczemek.

Irena: Mój ojciec czasami chodził do dziadka Augustyna. Ich domy prawie że sąsiadowały ze sobą w Karczemkach. I trzeba przyznać, ze dziadek męża był bardzo postępowy. Bo który to rolnik miał w tym czasie radioodbiornik?

Listonosz w Chyloni i nauczyciel w Karczemkach

Jan: Ojciec i mama pobrali się w Kielnie. Tu też początkowo mieszkali w domu macochy. Chcieli się jednak przenieść. Ojciec, który pracował jako listonosz, dostał w 1926 roku służbowe mieszkanie w Redzie. Niedługo później, z racji tego, że port w Gdyni rozbudowywał się, poprosił o kolejne przeniesienie. Dostał pracę w Chyloni, a do tego służbowe mieszkanie.

W budynku mieściły się cztery służbowe mieszkania pocztowe. Każdy z listonoszy miał poletko na ziemniaki i były też ogródki. A później ojciec wybudował dom przy ul. Chylońskiej. Przez lata był listonoszem, po czym - mimo braku średniego wykształcenia - został awansowany. Za sumienną pracę otrzymał stanowisko wewnątrz urzędu pocztowego.

Irena: Moja mama Agnieszka była Kaszubką, a ojciec Bernard pochodził z Warmii. Tam też ukończył niemiecką szkołę średnią. A języka polskiego nauczył się przede wszystkim od swojego dziadka. Kiedy po I wojnie światowej, na Warmii odbywał się plebiscyt, którego wyniki miały zdecydować o przyłączeniu lub nie terenów do Polski, ojciec głosował za Polską. Większość terenów pozostała jednak w granicach Niemiec. Na miejscu pozostała rodzina ojca, a on sam wyjechał.

Ojciec ukończył seminarium nauczycielskie, po czym na początku lat 20. rozpoczął pracę jako kierownik szkoły w Bojanie. Później, bo od 1926 do 1937 roku pracował w Karczemkach. Tam, w budynku szkoły mieliśmy nasze mieszkanie. Po czym przenieśliśmy się do Białej Rzeki, aby moi starsi bracia mieli lepszy dojazd do Gdyni.

A na początku wojny, ojca wezwano do kuratorium.

- Pan urodził się na Warmii i pan jest Niemcem. Proszę przyjąć grupę Reichsdeutsch.

- W 1920 roku optowałem za Polską. Nie jestem Niemcem, jestem Polakiem.

- W takiej sytuacji nie może pan dalej uczyć.

Ojciec musiał opuścić szkołę. Najpierw skierowano go do sprzątania ulic, później znalazł pracę w porcie. Od pracy przy węglu i wdychania pyłu, coraz gorzej było u niego z astmą. Po paru latach został w końcu przyjęty do fabryki w Zagórzu jako pracownik umysłowy.

Próba ratowania ojca i niezadowolona klientka

Rodzice Jana - Bronisława i Jan - wzięli ślub w Kielnie w 1922 r.
Rodzice Jana - Bronisława i Jan - wzięli ślub w Kielnie w 1922 r.
Jan: Ojca aresztowało Gestapo. Kiedy przyjechali po raz pierwszy nie było go w domu. Za drugim razem rozmawiali z ojcem w domu, ale go nie zabrali. Kazali mu jednak zgłosić się na policję.

Ojciec poszedł. Na podstawie donosu postawiono mu zarzut pobicia... dwójki niemieckich dzieci. Zaprzeczył, żeby coś takiego miało w ogóle miejsce. Trafił jednak do więzienia w Gdyni. Tam ostatni raz widział się z mamą.

Kiedy mama wróciła, próbowała szukać ratunku dla ojca. Dowiedziała się, że mogłoby pomóc oświadczenie o tym, że ojciec nigdy nie zrobił niczego złego Niemcom. Musiały na nim widnieć dwa podpisy. Mama poszła więc do jednego Niemca z Chyloni.

- Znałem pani męża. To był dobry człowiek. Ale niech pani jeszcze pójdzie do tego w Cisowej. Jak on podpisze, to ja też.
I tak też mama zrobiła. Niemiec z Cisowej nic nie mówił. Co innego jego żona.

- Co?! To jest przecież Polak! Taki, że jak ja chodziłam na pocztę, to ja do niego po niemiecku, a on zawsze dawał mi odpowiedź po polsku. Nigdy z nim nie mogłam się dobrze dogadać. Nie podobało mi się, jak mnie traktował.
Po czym powiedziała do męża: Ty nie podpisuj. Mama wróciła więc do Niemca z Chyloni. Nie zobaczył jednego podpisu, więc nie złożył swojego na oświadczeniu. Po tym, jak mama widziała się w więzieniu po raz ostatni z ojcem, słuch o nim zaginął. Napisała do Stutthofu, ale odpowiedziano jej, że taki człowiek nigdy tam nie przebywał. Sądziliśmy, że może wywieźli ojca w głąb Niemiec...

W czasie wojny mama pracowała jako sprzątaczka. Najpierw u oficera Wehrmachtu na Grabówku, a później w Cisowej w sklepie rzeźnickim. Kiedy mama kończyła pracę, właścicielka zawsze dawała jakieś kości czy coś od mięsa.

Ja z kolei pracowałem jako goniec w bibliotece, a później w urzędzie, w wydziale zdrowia. Sporządzaliśmy listy osób, które miały zostać zaszczepione i jeździliśmy później z lekarzem. A siostra Ela uczyła się krawiectwa przy Świętojańskiej i jakoś przetrwaliśmy do końca wojny.

Zabrali zdrowego, a dali kulawego konia

Rodzice Ireny - Agnieszka i Bernard - pobrali się w Kielnie w 1921 r.
Rodzice Ireny - Agnieszka i Bernard - pobrali się w Kielnie w 1921 r.
Irena: Kiedy zbliżał się front, jedną noc spędziliśmy w ziemiance w lesie, a kolejną u gospodarza. Później ruszyliśmy do Redy, gdzie zamieszkaliśmy u jednego pocztowca blisko dworca kolejowego. Po czym zabraliśmy tylko najważniejsze rzeczy i ruszyliśmy do Zelewa.

Za Redą Rosjanie zabrali nam dobrego konia, a dali kulawego. Rosjan spotkaliśmy też w Wejherowie. Chcieli nas zabrać do swoich kwater, a wiadomo do czego były im dziewczyny potrzebne. Ojciec na szczęście poza niemieckim znał rosyjski. Przekonał ich, że jedziemy do krewnych.

Po drodze do Zelewa zatrzymaliśmy się w Piaśnicy. Stała tam leśniczówka, gdzie kwaterę miał rosyjski oficer. Odstąpił nam jeden duży pokój. Były tam nawet dwa łóżka. Powiedział, że to dla ojca i matki. A my zostaliśmy ulokowani na podłodze. Oficer rozkazał też żołnierzowi przynieść dla nas herbatę.

W Zelewie, do którego w końcu dotarliśmy, kwaterowali z kolei czołgiści. Nam nic nie robili, ale urządzali sobie wycieczki do wsi. Później był okres, kiedy w okolicy nie było żadnych żołnierzy. Jednak pewnej nocy zaczęli dobijać się do drzwi i trzeba było się chować. Na szczęście tatuś nas uratował. Nic nam nie zrobili.

W kwietniu wróciliśmy do Białej Rzeki. Szkoła, gdzie mieszkaliśmy, była w ruinie. Ojciec udał się więc do Rumi. I tam dostaliśmy trzypokojowe mieszkanie na parterze domu.

Egzekucje w lasach

Po wojnie zaczęło się mówić o Piaśnicy. O tym, że w lasach rozstrzeliwano tam polskich lekarzy, duchownych, urzędników i wielu innych. Mój szwagier pojechał tam z mamą. W jednym z grobów rozpoznała strzępy swetra, guziki od kożucha i różaniec. Należały do ojca. Ekspert, który był na miejscu porównał też wydobytą czaszkę ze zdjęciem taty. Potwierdził to, co mama już wiedziała.

Szczątki ojca, którego Niemcy rozstrzelali w listopadzie 1939 roku, zostały pochowane na cmentarzu w Gdyni.

Poznaj też historię kościoła św. Mikołaja w Chyloni. Materiał z 2013 r.

Opinie (65) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.