Fakty i opinie

Wilno do tańca i do różańca. Pomysł na weekend

Wilno jest jedną z niewielu stolic państw świata, po którym można polatać balonem.
Wilno jest jedną z niewielu stolic państw świata, po którym można polatać balonem. Joanna Skutkiewicz/Trojmiasto.pl

"Nie wiedziałem, gdzie leży Wilno, na szczęście pilot owszem". Taki napis przywitał mnie na wielkim billboardzie na lotnisku stolicy Litwy, w której miałam przyjemność spędzić kilka lipcowych dni. Jak wyniknęło z przeprowadzonych w zeszłym roku badań marketingowych, obcokrajowcy z bardzo słabą skutecznością zgadywali, w którym miejscu na mapie znajduje się Wilno. Trzeba jednak przyznać, że gdziekolwiek ono jest, ma naprawdę wiele uroku.



Mówiąc znajomym, że wybieram się do Wilna, lekko zawahałam się, gdy przyszło do dodania kraju, który był celem mojej podróży. Czy z Litwą jest tak jak ze Słowacją: choć najczęściej słyszymy, że ktoś jedzie "na" Słowację, to poprawną formą jest wyłącznie "do" Słowacji? Jak się okazało, niekoniecznie. Podróż "do" Litwy i "na" Litwę są jak na razie przyjęte jako równie poprawne. Skąd ta rozbieżność? A no stąd, że obszar Litwy należał kiedyś do Polski, więc można było jechać tam na tej samej zasadzie, co do obecnych krain geograficznych naszego kraju: na Kaszuby, Mazury czy Mazowsze.

Rzeczywiście, w Wilnie jest mnóstwo polskich akcentów. Spośród 53(!) kościołów w mieście, tylko dwa nie odprawiają coniedzielnych mszy w naszym języku, a jeden działa wyłącznie w tymże. Co najbardziej znamienne, w bardzo wielu miejscach bez problemu dogadamy się po polsku. I to bynajmniej nie z powodu podobieństwa języków: litewski, jako język spoza rodziny języków słowiańskich, jest dla nas raczej trudny do zrozumienia. Mieszkańcy Wilna w dużej części mają jednak polskie korzenie i polskich krewnych. Wielokrotnie byłam zaskoczona, gdy ekspedientki w sklepach lub kelnerki w restauracjach zaczynały mówić po polsku. Uściślijmy: to nie była jako-taka komunikacja, ale swobodna rozmowa, tak jak gdyby konwersowali ze sobą rodacy. Często zresztą właśnie tak było, bo rodowici wilnianie nierzadko mają pochodzenie polskie. W multikulturowym Wilnie nie jest to specjalnie dziwne, choć nas, przyjezdnych, dziwi bardzo. Nasza przewodniczka Julia, biegle władająca pięcioma językami, powiedziała nam, że bardzo często spotyka się z pytaniem, skąd ona właściwie pochodzi: z Polski? z Litwy? Na to pytanie zawsze odpowiada dumnie: jestem z Wilna. A to wyjaśnia wszystko.

Wielkie zaskoczenie spotkało mnie też w kwestii znajomości języka angielskiego wśród Litwinów. Spodziewałam się, że większość z nich dobrze mówi w tym języku, ale nie sądziłam, że będę - dosłownie - zbierać szczękę z podłogi, słysząc piękny, płynny, przebogaty angielski. Jeśli władamy językiem polskim i angielskim, nie powinniśmy ani trochę obawiać się, że w Wilnie poczujemy się zagubieni.


Prohibicja? Tak, ale...



Gdy 20 lat temu jeździłam z rodzicami na wakacje do Chorwacji, zatrzymywaliśmy się w Bratysławie na nocleg i zakupy. Rodzice prowadzili mnie wtedy do regałów ze słodyczami w hipermarkecie i mówili, że mam trzy minuty, żeby nabrać do koszyka wszystko, co tylko zechcę. Te czasy już minęły i tam, gdzie pojawiło się euro, ceny są wyraźnie wyższe niż w Polsce. Dotyczy to również Wilna - zarówno sklepów spożywczych, jak i restauracji. W tym miejscu warto jednak podkreślić, że w centrum stolicy "spożywczaków" jest jak na lekarstwo. Nie uświadczymy tam odpowiedników naszych żabek i biedronek. To niewątpliwie cieszy oczy, jednak może również zmartwić kieszeń.

Zdziwieni będziemy także wtedy, gdy po długich poszukiwaniach znajdziemy w końcu supermarket i postanowimy zaopatrzyć się w alkoholowe trunki. Wybór napojów jest ogromny - piwo, wino i likiery można wybierać godzinami. Lepiej jednak się streszczać, bo po godz. 20, a w niedziele przed godz. 10 i po 15, nie sprzedaje się alkoholu. Doprecyzujmy: w sklepie, bo w pubach i restauracjach jak najbardziej tak.

O co chodzi? Oficjalnie - o niszczący nałóg alkoholowy, który jest udziałem znaczącego odsetka Litwinów. Władze kraju ustanowiły prohibicję na zakup alkoholu w sklepach w określonych porach. Jednocześnie nie ma zakazu spożywania, a zakaz, tak jak wspomniałam wyżej, nie dotyczy w ogóle obiektów gastronomicznych. W sumie to pocieszające, że nie tylko w Polsce są bezsensowne przepisy.

Wi(l)no, piwo i popisowe dania



Skoro już poruszyłam temat litewskiego alkoholu, nie mogę go nie zgłębić. Sprawa z winem wygląda dość interesująco, bo lokalne wino prawdopodobnie szybciej dostaniemy w supermarkecie niż w dobrej wileńskiej restauracji. Powód jest zaskakujący: restauratorzy nie do końca wierzą w to, że lokalny trunek zyska taką popularność, jak te importowane z Francji, Portugalii czy Hiszpanii. Litwini są za to specjalistami w nanobrowarnictwie. Nierzadkim widokiem są browary, a właściwie browarki ustawione choćby w domowych kuchniach. Nie jestem wcale fanką piwa, ale lokalny, niepasteryzowany, miodowy napój w jednej z knajp skradł moje serce i kubki smakowe. Co ciekawe, wiele rodzajów tamtejszego piwa jest wyraziste w smaku, ale nie brutalnie mocne.

A co do piwa - i na ząb w ogóle? Zakładam, że o chłodniku litewskim i kartaczach (po ichniejszemu: cepelinach) nie muszę nawet wspominać. Jako przekąski do złocistego trunku próżno szukać orzeszków ziemnych i paluszków; dostaniemy jednak coś znacznie smaczniejszego. W jednym z lokali zaserwowano nam soczewicę z bekonem, świńskie uszy oraz ciemny chleb pokrojony w słupki, smażony z żółtym serem. Nie brzmi chyba specjalnie urzekająco, a jest to tak nieprawdopodobnie smaczne, że kończąc biesiadę w sobotnią noc, zamówiliśmy dodatkową porcję chlebowego przysmaku "na drogę", choć do hotelu mieliśmy może z 500 metrów piechotą. Tak to można grzeszyć! Do wina z kolei trzeba spróbować serów. Litwa jest w tej kwestii naprawdę, naprawdę dobra. Poza klasycznymi serami żółtymi i pleśniowymi, także kozimi i owczymi, dostaniemy też lokalny specjał: ser jabłkowy, który smakuje jak coś pomiędzy serem a galaretką.

O sposobach na ukojenie większego głodu mogłabym napisać tyle znaków ze spacjami, że nigdy nie przewinęlibyście tego do dołu strony. Powiem więc krótko: w Wilnie można bardzo, bardzo dobrze zjeść. Weźmy ze sobą dużo miejsca w żołądkach (i mało w portfelach), a nie pożałujemy. Przez trzy dni miałam przyjemność odwiedzić najlepsze lokale w mieście, spośród których moimi faworytami były Telegrafas w Grand Hotel Kempinski, Džiaugsmas oraz Ertlio namas. Przemiłym doświadczeniem było także śniadanie w Druska Miltai Vanduo Kepykla, piekarnio-śniadaniowni w dworcowej dzielnicy miasta. We wszystkich wymienionych wyżej lokalach mogliśmy delektować się nie tylko przepysznym, pięknie przyrządzonym jedzeniem, lecz także wykwintną atmosferą i obsługą najwyższej jakości. Zdecydowanie były to wielozmysłowe doświadczenia i przygody kulinarne, które wspomina się przez długi czas.


Wilno dla piechurów



Poruszanie się wszędzie pieszo szybko przestaje dziwić. Wilno jest bardzo kompaktowe, choć jego powierzchnia jest tylko odrobinę mniejsza niż obszar aglomeracji trójmiejskiej. Jeśli jednak zakwaterujemy się w centrum miasta, raczej nie znajdziemy wielu powodów, żeby korzystać z komunikacji miejskiej czy taksówek. Choć te ostatnie są bardzo tanie, jeszcze większą popularnością cieszą się hulajnogi elektryczne oraz rowery miejskie. Spokojnie jednak możemy polegać wyłącznie na swoich wygodnych butach. Cokolwiek mamy w planach, dotrzemy tam na piechotę. Tak twierdzą również twórcy projektu Walkable Vilnius, dzięki któremu możemy zapoznać się z trasami pieszymi po mieście, połączonymi ze zwiedzaniem. Biorąc pod uwagę wielkość tego miasta, tym bardziej zadziwia jego niebywałe zróżnicowanie.


Jak na stolicę państwa, Wilno jest także zaskakująco spokojne i budzi się bardzo późno. Gdy w sobotni poranek wracałam z biegania po mieście o 8, na ulicach jeszcze nie było nikogo. Warszawa, ale także Gdańsk czy Gdynia o tej porze zwykle już tętnią życiem. Tu spotykałam tylko pojedynczych spacerowiczów z psami.


Panno Święta, co w Ostrej świecisz Bramie...



Kościoły! Mówiąc o Wilnie, nie da się o nich nie wspomnieć, bo przy tylu świątyniach wpada się na nie dosłownie co chwilę. Muszę jednak przyznać, że nawet dla osoby zasadniczo nie zachwycającej się zabytkami (czyli dla mnie), wiele z tych obiektów było interesujących, czy to pod względem architektury, czy też historii opowiadanej nam przez przewodniczkę Julię. Naszą grupę wycieczkową zdecydowanie najbardziej poruszyły świątynie, które w czasach konfliktów i kryzysów służyły jako magazyny warzyw czy... muzeum ateizmu, jednak równie duże zainteresowanie wykazaliśmy kościołem, który jest uwielbiany zarówno przez turystów, jak i przez wiernych. Można go jednak zwiedzać wyłącznie w określonych godzinach. Mowa o kościele Ramintoja (Kościół Matki Boskiej Pocieszenia i św. Augustyna), zarządzanym przez księdza Algirdasa Toliatasa, kapłana cieszącego się w Wilnie takoż popularnością, jak i estymą. Kazania ks. Toliatasa są tak popularne, że jego msze odprawiane są jednocześnie na trzech piętrach świątyni: na drugim piętrze kościoła (czyli po litewsku na trzecim, bo tam parter jest pierwszym piętrem) znajduje się ksiądz i część wiernych, a reszta modli się na niższych poziomach przed ekranem, na którym wyświetlany jest obraz na żywo. Ksiądz Toliatas znany jest ze swojego nowoczesnego - jak na duchownego - podejścia do spraw życia i wiary i jest duża szansa, że już niedługo my, Polacy, będziemy mogli dowiedzieć się o tym wiele więcej: książki napisane przez ks. Toliatasa mają zostać niebawem wydane również u nas. Ten kościół zapamiętałam zdecydowanie najbardziej. Jakkolwiek to nie zabrzmi, bardzo dobrze pasuje do niego określenie: złote, a skromne.



Nawet jeśli nie interesują nas specjalnie sprawy sakralne, warto zajrzeć pod Ostrą Bramę. To kultowe, święte miejsce, w którym panuje wyjątkowa atmosfera. Mieszkańcy Wilna, przechodząc ulicą prowadzącą wzdłuż najświętszego obrazu, często odwracają się doń, robią znak krzyża i idą dalej. To robi wrażenie, podobnie jak sama atmosfera pod obrazem Najświętszej Marii Panny. Ogromny obraz, będący jedną z najważniejszych ikon religii katolickiej, nie jest w żaden sposób odseparowany od odwiedzających: można swobodnie wejść na górę i mieć go niemal na wyciągnięcie ręki. Legendy głoszą, że nie potrzeba mu dodatkowej ochrony, ponieważ jego moc jest tak potężna, że gdy dawno temu rozjuszony wandal chciał zedrzeć złotą sukienkę z Madonny, niewidzialna siła odrzuciła go nie tylko za balustradę, lecz... na drugi koniec Wilna.

Jednak, wbrew pozorom, 53 kościoły na stosunkowo niewielkiej powierzchni wcale nie czynią Wilna miastem absolutnie zdominowanym przez doniosłą, religijną atmosferę. Stolica Litwy nadaje się do tańca i do różańca. Śmiało można wybrać się tam całą rodziną, uwzględniając babcie i ciocie zainteresowane obiektami sakralnymi, świętymi obrazami i obiektami takimi jak choćby dom świętej Faustyny, jak i nastolatków, którzy do rana będą włóczyć się po pubach i knajpach. Jak zapewniały nas przewodniczki, w centrum miasta jest bezpiecznie i nie ma powodów, aby obawiać się późnowieczornych spacerów.

Mało kto wie, że prócz świątyni (religijnych i kulinarnych), Litwa słynie także z umiłowania do nowych technologii. Start-upy branży IT mają tu nawet swój własny park, ani trochę nie przypominający parku biurowego, lecz bardziej miejski oraz... muzeum start-upów. Litwa to też miejsce dynamicznego rozwoju branży FinTech - posiada własne centrum blockchain, kolebka nowinek biotechnologicznych, a także dumny posiadacz najszybszego łącza internetowego w Europie. To by wyjaśniało tę transmisję mszy na dwóch piętrach kościoła.

Zarzecze jak Wajdeloty



Szczególnie żałowałabym, gdybym podczas wizyty w Wilnie nie miała okazji przejść się po Zarzeczu (Užupis). To dzielnica miasta znajdująca się przy samym centrum, będąca jednocześnie jakby autonomicznym, równoległym światem. Odrębność podkreśla nawet swoją nazwą, bowiem tytułuje się Republiką Zarzecza. Ma swoją konstytucję, hymn, prezydenta, ministrów oraz kontrolę graniczną - na szczęście tylko w dniu proklamowania swojej niepodległości, to jest... w prima aprilis.

Klimat Zarzecza przypominał mi nieco ulicę Wajdeloty w Gdańsku, a co więcej, ma także nieco podobną historię. Kiedyś było zapomnianą, "gorszą" dzielnicą miasta, którą zamieszkiwały osoby - mówiąc delikatnie - nie osiągające wysokich dochodów, a także ludzie, których starsze pokolenia nazwałyby znamiennie "elementem". Na Wajdeloty jeszcze kilka lat temu również było można głównie dostać w papę, a teraz można nawet dobry obiad i posiedzieć w miłej atmosferze. Zarzecze to miejsce opanowane przez artystyczne dusze, przedstawicieli wolnych zawodów, a ambasadorem "republiki" jest... rudy kot Ponulis. Miły zwierzak, przez lata będący miau-nedżerem księgarni Keistoteka, dwa lata temu zginął pod kołami samochodu. Do dziś jednak jego wizerunek możemy podziwiać na przeróżnych pamiątkach związanych z Zarzeczem.


Pandemia? Jaka pandemia?



Przyznam, że odwiedzając Wilno w drugiej połowie lipca, kompletnie nie czułam tego, że jesteśmy w środku pandemii. Na cztery loty samolotem, tylko raz mierzono mi temperaturę i raz polecono wypełnić ankietę związaną ze stanem zdrowia i miejscem planowanego pobytu na najbliższe dwa tygodnie. Maseczkę zdjęłam, wychodząc z wileńskiego lotniska i założyłam ją dopiero, gdy po trzech dniach znowu przekraczałam jego próg. W tym czasie w Wilnie nie było nakazu zasłaniania twarzy w sklepach, na ulicach czy w restauracjach, a miasto żyło i bawiło się do późnych godzin nocnych. Jak powiedziała nam jedna z naszych przewodniczek, Kristina, Litwini bardzo poważnie podeszli do czasu najbardziej restrykcyjnych obostrzeń, dzięki czemu udało się uniknąć dużego przyrostu zachorowań.

- Gdy kazali nam siedzieć w domu, siedzieliśmy w domu; kiedy trzeba było chodzić w maseczkach, chodziliśmy w maseczkach - mówiła. - Gdy z kolei ogłoszono, że można wreszcie wyjść na ulice... wszyscy chętnie z tej możliwości skorzystali.
Na szczególną uwagę zasługuje wprowadzony w życie "covidowy pomysł" związany z działaniem gastronomii. Zamiast zamykać knajpy "na amen", zakazano jedynie obsługiwania gości wewnątrz lokali. No dobrze, ale co z tymi, którzy nie mieli swoich ogródków restauracyjnych? Nikt nie musiał się martwić, bowiem całe miasto zamieniło się w jeden wielki ogródek. Wszyscy właściciele obiektów gastronomicznych mogli nieodpłatnie wystawić stoliki, krzesła i leżaki w dowolne miejsce, uwzględniając także miejskie place, okolice fontanien czy... środek ulicy. Wiele ulic Wilna zostało zamkniętych dla ruchu samochodowego, a ruch aut puszczono wyłącznie po okręgu wokół centrum. Miasto zamieniło się w wielki deptak. A w jednym miejscu w centrum miasta zrobiono... plażę. Tak, piaszczystą plażę, na której można było uszczknąć nieco wakacyjnego klimatu - tak, żeby mieszkańcom Wilna nie było przykro, że z powodu pandemii nie mogą wyjechać na urlop w ciepłe kraje.

W koszyku ponad miastem



Wilno to jedyna stolica w Europie, ponad którą można... latać balonem. Latem przy dobrej pogodzie, każdego ranka i wieczoru ponad miastem pojawia się plejada bajecznie kolorowych obiektów płynących po niebie. Oczywiście, nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji. Atrakcja ta nie należy do tanich - koszt od osoby to 100 euro. Wielu turystów, wybierając się na wycieczkę po Wilnie, przewiduje jednak budżet na tę nieco ekstrawagancką zabawę, bo - jak poinformował nas pilot - co roku lata ponad miastem z około 5 tys. pasażerów.

Lot balonem jest trudny do porównania z czymkolwiek innym. Choć wznoszenie się na tysiące metrów od ziemi w ciasnym wiklinowym koszyku z jęzorami ognia buchającymi nad głową może nie brzmieć jak typowy pomysł na relaks, lot jest bardzo spokojny. Niesie ze sobą także wspaniałe doznania estetyczne. Osoby nie przekonane do tego pomysłu może zachęci fakt, iż kierującymi balonami są piloci, wyszkoleni tak samo jak piloci samolotów pasażerskich.


Jedź do Wilna, gdziekolwiek ono jest



Moje doświadczenie z krótką wycieczką po Wilnie jest stuprocentowo pozytywne. Bardzo długo szukałam jakichś znamiennych wad, które mogłabym opisać Czytelnikom, by uwiarygodnić tę nieco hurraoptymistyczną relację. Poza wyraźnie wyższymi cenami na Litwie oraz faktem, że język urzędowy Litwinów jest trudny do choćby jako-takiego zrozumienia, trudno znaleźć cokolwiek, co mogłoby zniechęcić do wycieczki do Wilna. Choć obecnie jedyne połączenie lotnicze z Gdańska do Wilna prowadzi przez Warszawę, przesiadka jest bardzo sprawna, nie nastręcza problemów, a lot wciąż jest szybszy niż dojazd do Wilna samochodem. W moim przypadku nasze krajowe linie lotnicze spisały się w tym zakresie na medal. Dla preferujących transport naziemny, dojazd autem nie jest jednak wcale złym pomysłem - odległość 600 km z Gdańska do Wilna to tyle samo, co do Krakowa.


Wilno zdaje mi się miejscem gościnnym, ciekawym, a przede wszystkim niezwykle uniwersalnym, w doskonały sposób łączącym bogatą tradycję, elegancję i doniosłość z nowoczesnością i zabawą. Jeżeli więc po pandemii, spragnieni wycieczek za granicę, będziemy starali się znaleźć kompromis, który zadowoli każdego członka rodziny, niezależnie od jego wieku i upodobań, Wilno może być jednym z dobrych pomysłów. Gdziekolwiek się ono znajduje.

Opinie (115) 8 zablokowanych

  • szkoda tylko że teraz tam kwarantanna :D (1)

    • 128 6

    • Palanga W 2020 roku nie ma takich miejsc i parków nad nożem jak tam

      • 0 0

  • Po co komu Wilno

    kiedy mamy Monte Karno...

    • 37 25

  • Póki jest kwarantanna to sobie można jechać...

    • 91 0

  • Lepsze Wilno (3)

    niż tłoczenie się z Januszami pod Giewontem czy w Suntago park.

    • 63 16

    • Wszystko jest lepsze (1)

      niż te miejsca...

      • 9 1

      • Nie było tłoku pod Giewontem ostatnio. Wszyscy pojechali do Sopotu.

        • 6 2

    • Zamiast 2 godzin stania w kolejce ,

      ,,tylko" 1...
      A w suntago park 4 godziny za 100 zł , z czego 1,5 w kolejkach do zjeżdzalni , kilkanaście
      sekund zjazdów , moczenie się z 4 tyś. gołych spoconych ludzi i podłe żarcie..
      Na szczęście dawno piorun na Giewoncie nikogo nie zabił...

      • 4 0

  • (2)

    Uwielbiam... Cepeliny w Etno Dvaras, kwas litewski, ser Dziugas, pyszny chleb. Kulinarnie dużo lepsze od Warszawy czy Gdańska.

    • 46 14

    • Chleb czarny i ser dziugas!!! (1)

      Piwo też o niebo lepsze. Polecam jezioro w Trokach, tak czystego jeziora nie spotkałem w Polsce.

      • 13 1

      • Piłem piwo i jadłem baraninę u Karaimów w Trokach.Pychota

        • 7 2

  • Wilno... brrr... (19)

    A ja Wilna dobrze nie wspominam. Byłem tam pierwszy i ostatni raz w 1995 r. Nie zostałem wtedy - ze znajomym - obsłużony w restauracji. Do kelnerów mówiłem po angielsku, do znajomego po polsku. Inna ciekawostka z podroży. Na granicy z Litwą, po litewskiej stronie, na kantorze wymiany walut był napis po litewsku, rosyjsku, angielsku i niemiecku. Po polsku... nie. Dużo bardziej przypadła mi do gustu Białoruś. I tam chętnie wracam raz na 2-3 lata.

    • 66 16

    • Chłopie (7)

      w '95 to i u nas w karnistrach swetry woziliśmy. Jedź teraz i nie oceniaj po jexnej wycieczce, 25 lat temu. Dla mnie, kraje nadbałtyckie Litwa, Łotwa i Estonia to bardzo niedoceniane kierunki, które mamy tuż obok. Troki, Szawle, Ryga, parki narodowe w Estonii. Jedź, sprawdź, oceń.

      • 33 11

      • re: Chłopie (3)

        Powinno być kanister a nie karnister, zamiast kraje nadbałtyckie powinno być kraje (państwa) bałtyckie. No cóż?! Gdybym miała takie doświadczenia jak pan Antoni, też nie pojechałabym więcej do Wilna.

        • 14 16

        • Trochę luzu Pani Danuto. (2)

          To tylko kilka sóbiektywnych informacji a nie dyktando.
          :-)

          • 11 3

          • Ale drażnisz: "sóbiektywnych". W dobie automatycznych słowników takie błędy to zbrodnia.

            • 4 1

          • Pani Danuta ma rację - kanister bez R!

            To dość powszechny błąd, zatem należy z nim walczyć.

            • 0 0

      • Ryga? Mowiąc szczerze oprócz centrum i stareg miasta nie ma tam nic ciekawego. Poza tym na dworcu nawet nie da się dogadać po angielsku.

        • 6 6

      • polecam Tallin (1)

        świetna starówka, nie zniszczona w czasie wojny, z zachowanymi murami, klimatyczne knajpki i można tez spotkać w wielu miejscach odniesienia do Hanzy i do Gdańska - herb Gdańska spotkałem w kilku miejscach

        • 3 0

        • "nie zniszczona"

          piszmy jednak łącznie...

          • 0 0

    • Wkrótce Białoruś będzie w Polsce (2)

      to zaoszczędzisz na wyjazdach.

      • 21 15

      • (1)

        Od wielu lat tym straszą i jakoś nic się nie dzieje.

        • 16 12

        • właśnie się dzieje

          sprawdź wiadomości

          • 3 2

    • A po litewsku to nie można było?

      • 5 9

    • Dużo się zmieniło od tego czasu. Ja Wilno i Kowno odwiedziłem w roku 2011 i wspominam bardzo dobrze. Żadnej niechęci do Polaków, swobodnie-szczególnie w Wilnie można porozumieć się po polsku.Duzo oczywiście zależy od kultury osobistej turysty. Miasto bardzo przyjemne na wyprawę 2-3 dniowa.
      Za rok, o ile przepisy pandemiczne pozwolą planuję Tour Wilno-Ryga-Tallin i powrót promem z Helsinek.
      Pozdrawiam

      • 15 3

    • W Wilnie byłam jakieś 6 lat temu.

      Nigdzie nie miałam problemu z obsługą. W restauracjach i sklepach, kiedy słyszeli, że rozmawiam po polsku, od razu zwracali się do mnie po polsku. Polecam. A i samo Wilno bardzo się zmieniło w ostatnich latach.

      • 11 0

    • Do Pana

      Panie Antoni od 1995 roku minely piekne 25 lat, a to prawie nowe pokolenie :) zapraszam Pana ponownie do Wilna i sie Pan napewno zdziwi :)

      • 4 0

    • Reni

      Nas z mężem też zlekceważyli i już tam nie pojedziemy

      • 0 3

    • Świeta prawda (1)

      Litwini nas Nie lubią. Edukacja w szkołach uczy że Polak to wróg który chce zabrać ziemię. Wielokulturowość tak tylko z wyłączeniem Polaków. Co do Białorusi to zgadzam się w 100 %. Oni się cieszą że ktoś ich odwiedził. Angielski słabo ale z rosyjskim i polskim można sobie dać radę. Im głębiej w stronę Rosji tym z polskim gorzej. Szkoda że tam teraz takie cyrki.

      • 4 1

      • cyrki są na

        Białorusi!

        • 0 0

    • Byłam pare lat temu i mam takie same odczucia. Ludzie niemlil, miasto zaniedbane. Kowno mi sie bardziej podobało. I Troki...

      • 1 1

  • "Zdaje mi sie" (4)

    Ze kogoś poniosły wiatry infantylizmu i bezbrzeżnego chciejstwa...

    • 48 4

    • Młodzieżowa relacja (2)

      Tak teraz wygląda.. :) Jak na fejsie, muszą być zdjęcia żarcia i zachwyty nad tamtejszym piwem oraz mnogością knajp i barów. Wszystko inne jest tylko anturażem dla tych tematów, także czy Wilno czy Paryż, nevermind

      • 25 2

      • nie do końca rozumiem dlaczego autorka uważa zakaz sprzedaży alkoholu za bezsensowny (1)

        dzięki temu nie mają tam hord pijanych turystów kalających zabytkowe okolice pijackimi wybrykami; podobny przepis możnaby wprowadzić w Gdańsku, chociaż na próbę

        • 8 4

        • Takich zakazów nie powinno być - jestem wolny człowiek, mogę kupić co chcę i kiedy chcę.

          • 2 2

    • Ponadto błędy stylistyczne i gramatyczne,ciężko się czyta takie opowiastki....

      • 9 1

  • Chyba conajmniej dwa weekendy.

    Ale na kwarantannie.

    • 33 1

  • Artykuł pisany przez turystę ...

    ...trochę (a nawet więcej niż trochę) wygląda życie w Wilnie widziane przez autochtona lub kogoś, kto bywa tam bardzo często (raz w miesiącu po kilka - kilkanaście dni). To co turystę może zachwycać, być ciekawostką bywa dla mieszkańca głupotą, wyrzucaniem pyblicznej kasy itp. ...język angielski, pidobnie jak u nas, tam gdzie turyści i handel, na przedmieściach ...litewski, rosyjski, białoruski, polski a często mix językowy ...jeszcze rok temu można było z gdańska latać dwa razy w tygodniu, ale Wilno przegrało (choć loty były w pełni obłożone w ubu kierunkach) z miastami ukraińskimi ...można by dużo pisać ...to mój drugi dom ...

    • 39 0

  • Wilno to typowe miasto kresowe (2)

    Nie za duże, przeważnie 2-kondygnacyjne domy otynkowane, typu większe Suwałki czy Siemiatycze. Panuje tam klimat "u Pana Boga za piecem" , jest spokojnie, tak swojsko-polsko z pięknymi kościołami i polską tradycją katolicką (zanikającą)... Pewnie podobny charakter mają dawne miasteczka polskie,senne, mickiewiczowskie na Białorusi jak Baranowicze, Żytomierz Nowogródek.. Mnie tam fascynuje to poczucie oddalenia od europy, to "w stepie szerokim", ale na co dzień pewnie mieszkańcom dokucza ta prowincjonalność. Litwini mają wielki problem z depopulacją na Litwie, no i żyją raczej skromnie, takich inwestycji jak w GD to tam nawet w stolicy nie ma, nie mówiąc o Wawie

    • 44 7

    • Chyba nie byles w Wilnie

      Jest starówka i jest młode miasto. Młode tętniące życiem miasto, dobrze zorganizowane, czyste. Warto tam jechać coś zjeść niż na starowce

      • 15 9

    • Zytomierz nie jest na Bialorusi

      A ty nigdy nie byles w Wilnie.
      No chyba ze w latach 90

      • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.