Fakty i opinie

stat

Rozmowy z kandydatami: Marcin Horała

Marcin Horała jest kandydatem na prezydenta Gdyni z PiS.
Marcin Horała jest kandydatem na prezydenta Gdyni z PiS. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

Kontynuujemy cykl rozmów z kandydatami na prezydentów Gdyni, Gdańska i Sopotu, którzy oficjalnie zadeklarowali start w jesiennych wyborach samorządowych. Dziś rozmowa z Marcinem Horałą, kandydatem PiS na prezydenta Gdyni. Wcześniej przedstawiliśmy rozmowę z kandydatem SLD Marcinem Strzelczykiem oraz kandydatem Wspólnej Gdyni Zygmuntem Zmudą-Trzebiatowskim. Rozmawialiśmy także z kandydatem PiS na prezydenta Gdańska Kacprem Płażyńskim, z urzędującym prezydentem Pawłem Adamowiczem, z kandydatką Nowoczesnej Ewą Lieder (wycofała się z rywalizacji), z kandydatem z ramienia SLD prof. Andrzejem Ceynową oraz Elżbietą Jachlewską reprezentującą Lepszy Gdańsk. W Sopocie rozmawialiśmy z kandydatem PiS - Piotrem Mellerem.



Czy masz faworyta wśród ogłoszonych w Gdyni kandydatów?

tak, jestem zdecydowany(a)

61%

mam mętlik w głowie, na razie nie wybrałe(a)m

9%

nie ,czekam na jesień i wtedy będę decydował(a)

30%
Kto bardziej chciał Marcina Horałę jako kandydata na prezydenta Gdynia? Centralne władze PiS, czy główna inicjatywa w tym względzie była po pana stronie?

Siłą rzeczy centrala partii nie ma w takich sprawach inicjatywy, kandydatury kreowane są oddolnie, a następnie - jak w każdej ogólnopolskiej formacji - zatwierdzane centralnie w najważniejszych miastach. Naturalne było to, że po tylu latach pracy w samorządzie i względnym sukcesie w ostatnich wyborach, powinienem powalczyć o fotel prezydenta. Wiele osób mnie do tego namawiało. W sytuacji, w której zostałem nominowany na przewodniczącego komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT-u, ogłoszenie startu trzeba było wstrzymać do czasu, aż praca w komisji zostanie "poukładana". Kiedy podstawowe ramy czasowe, współpracownicy w komisji itp. byli mi znani, mogłem odpowiedzialnie ocenić, że da się to pogodzić z kandydowaniem.

Przed czterema laty był pan radnym, teraz posłem rządzącej partii. Kampania nie będzie siłą rzeczy skręcać w stronę ogólnopolskiej polityki?

Stałem się rozpoznawalny w mediach w elektoracie PiS, z którego część nie głosowała na mnie w poprzednich wyborach samorządowych. Z drugiej strony zebrałem spory elektorat negatywny, bo na pewno swoimi wystąpieniami irytuję przeciwników PiS. Zobaczymy jak to się przełoży na głosy wyborców w sprawach lokalnych, bo te irytujące politycznie sprawy nie należą do katalogu zadań prezydenta miasta.

Kampania będzie więc podobna jak cztery lata temu - bo ani kompetencje samorządu, ani problemy Gdyni nie zmieniły się w tym czasie drastycznie. Choć będą pewne nowe elementy. Najważniejszym jest pełne wykorzystanie rządowych planów inwestycji drogowych, kolejowych, portowych. Jeżeli w pełni skorzystamy z tej szansy, Gdynia pozyska program inwestycyjny, który może osiągnąć nawet 10 miliardów złotych. Wyłożenie takiej kwoty z budżetu miasta zajęłoby 50-60 lat. Wcześniej nie było takiej możliwości.

Słychać takie głosy, że po wejściu do ogólnopolskiej polityki stracił pan sympatię wielu mieszkańców, nawet jeśli wcześniej uważali pana kandydaturę za rozsądną alternatywę. Bagaż ogólnopolskiej polityki nie będzie mimo wszystko ciążył?

Rola posła to ogólnopolska polityka. Mówi się tam o innych sprawach i w inny sposób. Mam świadomość, że wielu gdynian może mieć inne zdanie, niż to, które prezentuję, np. w kwestii stosunków z UE czy reformy sądownictwa.

Nie będę udawał, że nie mam poglądów i że nie zajmuję się polityką, skoro się zajmuję. Jestem jaki jestem. Moją propozycją dla wyborców nie popierających PiS jest to, żeby ten spór zawiesić w obszarze gdyńskiego samorządu. Możemy w najbliższych latach zrobić dla Gdyni wiele dobrego, z czego skorzystają mieszkańcy bez względu na to, jaką partię popierają. Odłóżmy na bok polityczny spór i zajmijmy się pełnym wykorzystaniem szansy np. na Via Maris z Drogą Czerwoną czy port zewnętrzny. Również zwolennicy PO czy nawet KOD-u skorzystają na tym, że będziemy mieć miliony więcej w budżecie miasta, tysiące nowych miejsc pracy, wyprowadzony ciężki transport i odkorkowane dzielnice północne. Załatwię to dla miasta, a potem można mnie nawet odwołać, nie obrażę się jeśli taka będzie wola wyborców. Choć oczywiście na tym nie koniec, dużo więcej można zrobić przez 5 lat kadencji.

Z dystansu ponoć jest lepsza perspektywa. Jak wygląda Gdynia w ostatnich latach z perspektywy posła mieszkającego Gdyni, ale przebywającego często w Warszawie?

Mamy syndrom wieloletniej władzy, będącej więźniem własnych sukcesów i błędów. Te pierwsze są celebrowane, nie ma chęci pójścia do przodu i głodu kolejnych. Błędy nie są naprawiane, władze nie chcą się do nich przyznać, czego przykładem jest chociażby lotnisko. Zastanówmy się na przykład, jaka istotna inwestycja powstała w Gdyni w ostatnich latach? Ja ich nie widzę, oprócz kilku inicjatyw ogłoszonych wcześniej i realizowanych przez dłuższy czas. Ostatnią naprawdę ważną inwestycją było dokończenie budowy Estakady Kwiatkowskiego. Można by powiedzieć o straconej dekadzie. Np. Gdańsk w tym czasie bardzo nam uciekł. Zemściły się inwestycje wizerunkowe: kolejka, Infoboks, Muzeum Emigracji. Każda z osobna jest fajna, ale razem to duży program inwestycyjny, który nie rozwiązał żadnego ważnego problemu, nie zaspokoił żadnej istotnej potrzeby gdynian. Dodatkowo za każdą taką inwestycją wizerunkową idzie instytucja, którą potem co roku trzeba dotować - i w finansach miasta zaczyna brakować oddechu.

Gdy pojawia się chociażby propozycja Drogi Czerwonej, czyli połączenie portu z drogami krajowymi, co oznacza skok gospodarczy miasta, wyprowadzenie ciężkiego transportu z ulic i szansę na odkorkowanie dzielnic północnych - stanowisko władz jest chwiejne. Oczekiwałbym ostrej walki o tę inwestycję. Tymczasem jest dziwna wypowiedź prezydenta Marka Stępy, że ta droga nie jest wcale taka ważna dla Gdyni. Po mailu z urzędu miasta została zdjęta z listy unijnego korytarza transportowego i naprawdę dużo wysiłku kosztowało jej przywrócenie.

Tak się nie da. Każda normalna władza chwytałaby taką okazję obiema rękami, oferowała grunty, plany i wkład własny. Tymczasem - wracamy do początku rozmowy - władze miasta za bardzo są przywiązane do celebrowania przeszłych sukcesów oraz nie chcą przyznać się do popełnionych błędów, przez które obecnie po prostu brakuje pieniędzy.

Pieniądze mają się znaleźć na trzy awizowane w obecnej kadencji inwestycje, czyli pływalnię, lodowisko i park centralny. Warto je realizować?

Jeśli chodzi o park centralny, to przypominam, że przed laty "Samorządność" uchwaliła tam w miejscowym planie centrum handlowe, co krytykowaliśmy. Jak rozumiem teraz po latach przyznają nam rację. Uważam, że potrzebne jest takie miejsce zielone w mieście. W wywołanej tu przez pana Warszawie uderza to, że jest tam dużo zieleni i parków mimo intensywnej zabudowy. W zasięgu spaceru z Sejmu są Łazienki, Park Ujazdowski, Park Śmigłego-Rydza, Park Porazińskiej i park wokół pomnika sapera. W Gdyni nie mamy obecnie ani jednego w całym mieście. Naszym wielkim atutem są lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, ale nie zastąpi on porządnego miejskiego parku.

Parking, mimo że podziemny, nie "góruje" zbytnio nad tym projektem?

Jestem za tym, żeby parkingi powstawały na obrzeżach centrum miasta, więc rozumiem też potrzebę budowy tutaj takiego miejsca. Tyle, że powinno być wyraźne rozgraniczenie na część publiczną i prywatną dla budowanego w pobliżu budynku. Obecnie parking sprawa wrażenie ukrytej pomocy deweloperowi, który będzie wabił nabywców miejscami parkingowymi budowanymi na koszt miasta. Pytanie, czy to wszystko da się zrealizować w zaplanowanym kosztorysie. Nie mam zaufania, patrząc na przykłady z przeszłości, że park centralny jako całość powstanie. Jest bardzo prawdopodobne że nie wyjdzie poza etap atrakcyjnej wizualizacji na potrzeby wyborcze.

W realizację lodowiska i pływalnię olimpijską też wielu powątpiewa zwłaszcza, że ich deklarowane koszty rosną.

Lodowisko to przykład na bolączki budżetu obywatelskiego. Nie ma puli na duże projekty ogólnomiejskie. Lodowisko było de facto takim projektem i powinno być dawno zrealizowane w koncepcji przedstawionej przez społeczników. Sezonowa ślizgawka na Bema jest przestarzała i kosztowna w eksploatacji, więc warto by ją zastąpić obiektem bardziej funkcjonalnym i tańszym w utrzymaniu.

Pływalnia jest w mojej opinii problematyczna. Szukałbym większego wsparcia w budżecie kraju. Duży obiekt o wymiarach olimpijskich - tak, ale pod warunkiem, że finansowany głównie z budżetu centralnego. Jeśli takich środków nie uda się pozyskać, lepiej wydać miejskie pieniądze na kilka mniejszych obiektów w dzielnicach, gdzie służyłyby mieszkańcom.

A co lotniskiem? Da się je uruchomić? Cztery lata temu przedstawił plan ratunkowy.

W największym skrócie chodziło o to, by udziałowcy Portu Lotniczego w Gdańsku, czyli Państwowe Porty Lotnicze, Gdańsk i samorząd województwa, zgodzili się na to, by Gdynia objęła więcej udziałów w Porcie Lotniczym Rębiechowo, a ten z kolej przejąłby gdyńskie lotnisko. Mielibyśmy komplementarny metropolitarny zespół lotnisk, a miasto Gdynia miałoby głos pozwalający na zabezpieczenie interesów jego gdyńskiego komponentu. Przy obecnych władzach Gdyni, Gdańska i województwa nie ma na to szans, wtedy też nikt nie zareagował. Może po wyborach coś się zmieni. Innego wariantu wyjścia z jakąkolwiek korzyścią z katastrofy z lotniskiem nie widzę. Szanse na wygraną przed europejskim trybunałem są iluzoryczne, a nawet wówczas byłby ogromny problem z pozyskaniem połączeń, przychodów. Pewnie mielibyśmy kolejną kulę u nogi finansów miasta, rzędu kilkunastu milionów złotych rocznie.

Wracając do przyziemnych problemów, to kierowcy w Gdyni pytają coraz dosadniej o budowę dróg. Z drugiej strony rowerzyści domagają się większej liczby ścieżek, a pasażerowie usprawnienia komunikacji miejskiej. Da się to połączyć?

Nie powinno być konfliktu między tymi grupami, ale można interesy godzić mądrzej niż obecnie. W interesie kierowców jest popularyzacja komunikacji rowerowej i publicznej, bo wtedy zrobi się więcej miejsca na drogach. Z drugiej strony inwestycja infrastrukturalna poprawiająca przepustowość o znaczący procent jest fizycznie niemożliwa albo absurdalnie kosztowna przy ukształtowanym mieście. Dlatego - powtórzę - przesunięcie np. o 10 proc. ruchu z samochodów na komunikację publiczną i rowery jest również jedyną szansą dla użytkowników samochodów.

Z pewnością jest też w mieście kilka inwestycji drogowych do zrobienia, jak tunel na Puckiej, odciążenie zachodnich dzielnic: Chwarzna i Wiczlina w innym niż obecnie kształcie, np. obwodnicą Witomina oraz przebudowa skrzyżowania Kwiatkowskiego i Płk Dąbka, aby usunąć wąskie gardło na odcinku koniec estakady - skrzyżowanie przy galerii Szperk. W najbliższej, dłuższej przecież, bo pięcioletniej kadencji, wszystkie trzy powinny być co najmniej w zaawansowanej realizacji.

Nie chodzi więc o jakieś ideologiczne przestawianie wajchy w kierunku samochodyzmu lub roweryzmu. Jest wielu ludzi, którzy chcą jeździć samochodami, jest to w ich sytuacji życiowej racjonalne i szykanowanie ich jest bezsensowne. Są też i tacy, których można by skutecznie zachęcić do zmiany przyzwyczajeń. W przypadku transportu publicznego miasto poszło w kierunku uprawnień do bezpłatnych przejazdów dla uczniów (jak to już nieraz było, realizując nasz postulat, tym razem z programu wyborczego sprzed 4 lat). Można iść dalej w tym kierunku, poszerzając ofertę bezpłatnych przejazdów dla kolejnych grup społecznych.

Miasto oprócz dróg to także komercyjne budownictwo: biurowe, mieszkalne, handlowe. W Gdańsku kampania dryfuje w stronę dyskusji kandydatów o obecności deweloperów. W Gdyni ich poczynania też są coraz częściej kwestionowane.

W Gdyni są dwie grupy, które mogą na wszystko sobie pozwolić: deweloperzy oraz inwestorzy budujący handel wielkopowierzchniowy. To m.in. efekt tego, że uchwalane są takie, a nie inne plany miejscowe, albo ich w ogóle nie ma. To powinno być uporządkowane. Ostatni przykład z Redłowa, gdzie obok SKM mają powstać gigantyczne wieżowce. Narusza to interes okolicznych mieszkańców, których uliczki zostaną zatłoczone samochodami dojeżdżających do pracy w biurze. Zamiast zmusić dewelopera zapisami planu, żeby np. poniósł koszt dodatkowej kondygnacji parkingu, władze miasta wolały zaszkodzić mieszkańcom. W przypadku handlu wielkopowierzchniowego złych przykładów też nie brakuje, począwszy od "mieszkalnej" Biedronki na Chwarznie czy planowanej kolejnej galerii na terenie Międzytorza, która dobije Miejską Halę Targową. Spójrzmy na ulicę Morską - przy każdym przystanku autobusowym od Śródmieścia po estakadę mamy dyskont zagranicznej sieci. Zawsze, gdy dochodzi do konfliktu na linii mieszkańcy osiedla - deweloper, mieszkańcy w postaci gdyńskich kupców - międzynarodowa korporacja handlowa, miasto wszelkimi siłami powinno stawać po stronie mieszkańców. Obecnie tak nie jest.

Drobny handel zazwyczaj rozwija się tam, gdzie dba się o pieszych. W Gdyni od lat trwa dyskusja o deptaku.

Nowe miejsce dla pieszych jest potrzebne. Na bulwarze nadmorskim nie ma nic oprócz pięknych okoliczności przyrody, a deptak powinien być miejscem, gdzie toczy się życie miasta. Przychylałbym się do ul. Świętojańskiej. Trzeba byłoby co prawda zainwestować w infrastrukturę i modernizację, ale od poprzedniego remontu minęło już 20 lat, więc może to dobry moment, by odświeżyć najbardziej znaną ulicę.

Radni PiS powtarzają, że wydatki na promocję miasta w postaci 15 - 20 mln zł rocznie są za duże. Władze bronią się z kolei, że to mocny oręż w walce o przyciągnięciu turystów i inwestorów, tym bardziej, że obok jest duży i atrakcyjny turystycznie sąsiad. Może mają rację?

Powinny być niższe, bo co z tego, że turyści przyjadą na jakąś jednodniową imprezę i dla miasta tyle z tego zysku, że ktoś kupi sobie w sklepie soczek albo wodę. Nikt nie mówi, żeby w ogóle się nie promować, ale pamiętajmy, że obecnie wiele z reklam kierowanych jest wewnątrz, są bardziej socjotechniką mającą utrwalać pozytywny wizerunek władzy u wyborców. Z drugiej strony można wykonać sporo zmian, które pozytywnie wpłyną na wizerunek miasta bez wydatków na reklamy i promocję. Chociażby wycieczkowce obecnie cumują między hałdą węgla a placem budowy. Turyści nie będą się przedzierać do centrum Gdyni na piechotę przez okolice przemysłowe, tylko wsiadają do autokarów i jadą zwiedzać Gdańsk albo Malbork. W kręgach bliskich Zarządowi Portu rodzi się pomysł, aby do cumowania wycieczkowców wykorzystać dawny teren Dalmoru, w zasięgu spaceru do ulicy Świętojańskiej. Turyści ruszaliby do centrum, co przyniosłoby Gdyni wymierne korzyści. Tylko miasto musi najpierw wycofać się z obłędnej koncepcji oddania tego terenu w całości pod zabudowę deweloperską. Inny pomysł - budowa wysokościowca z realnie dostępnym publicznie tarasem widokowym, w przeciwieństwie do fikcyjnego, bo niedostępnego tarasu na Sea Towers. Budowałby prywatny inwestor, kosztów dla miasta zero, wystarczy dobrze zapisać wymogi w planie miejscowym. Nawiasem mówiąc to, że najpierw nęcono mieszkańców i radnych tarasem widokowym, a zapisy planu pozwoliły deweloperowi na budowę tak, że jest obecnie zamknięty - to kolejny dowód na wyjątkowe promowanie przez władze miasta interesów tej grupy.

Wszyscy kandydaci w Gdyni mówią o potrzebie dialogu. Nie inaczej jest z panem. Na czym miałby się konkretnie opierać?

Sporo udało się zmienić w tym zakresie w ustawach samorządowych, których zmiany osobiście pilotowałem. Będą transmisje rad miasta, rejestracja głosowań radnych, czy zagwarantowana pula budżetu obywatelskiego w wysokości pół procenta całego budżetu. Ustawa wymusi też projekty ogólnomiejskie w budżecie obywatelskim. To wszystko postulaty, o które latami walczyłem jako radny. Były blokowane przez Wojciecha Szczurka, a teraz będą wprowadzone w całym kraju na poziomie ustawowym. Ale Gdynia nie powinna tylko wdrażać to, czego wymaga prawa, ale być liderem rozwiązań pro-obywatelskich. Np. budżet obywatelski od przyszłego roku to powinno być 10 mln w pulach dzielnicowych i drugie 10 milionów na pulę miejską. Np. w Łodzi obecnie BO to 40 milionów. Cały budżet Gdyni od łódzkiego jest mniejszy trochę ponad 2 razy, a budżet obywatelski jest mniejszy prawie 7 razy. Czyżby władze miasta uważały, że gdynianie są głupsi od łodzian i nie można im dać tak dużego zakresu decyzji? Ja tak nie uważam.

Co łatwo sprawdzić - nie unikam spotkań ludźmi. Z Wojciechem Szczurkiem prowadzę w tej kategorii 81 do 0. Dokładnie 81 razy spotkałem się przez 2,5 roku z wyborcami w ramach otwartych spotkań w całym kraju. Prezydent miał o rok kadencji więcej i samą Gdynię do "obskoczenia" i spotkań zorganizował zero. Otwarte spotkanie mieszkańców z prezydentem w każdej dzielnicy raz na kadencję to powinno być absolutne minimum.

Spotyka się na festiwalu Open'er i w trakcie zwykle otwartych dyskusji przy okazji imprez. Poza tym są stałe godziny przyjęć mieszkańców w UM.

Znam te opowieści, że idąc ulicą rozmawia z ludźmi, albo kupując w sklepie pieczywo. Też chadzam ulicami i kupuję czasem coś w sklepie, ale nazywanie tego konsultacjami społecznymi czy spotkaniami z wyborcami to jest żart. Czym innym też jest panel dyskusyjny na Open'erze. Na otwartym spotkaniu z mieszkańcami w dzielnicach trzeba przyjąć "argumenty na klatę", dyskutować, spierać się i odpierać zarzuty. Jestem wiarygodny w tej obietnicy, bo robię to jako poseł, mimo że mam znacznie trudniej - mój okręg wyborczy to pół województwa, a reprezentuję mieszkańców całego kraju.

Namawiany wcześniej przez PiS do startu w wyborach Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski to teraz szorstki przyjaciel czy wróg?

Po sondażu, w którym dostał dobry wynik przedstawiany mylnie jako kandydat PiS, porozmawialiśmy na ten temat, z jednoznaczną konkluzją, że nie jest i nie będzie kandydatem PiS. Zygmunt jest samodzielnym politykiem i tworzy własną formację. Docenić należy zdolność do refleksji i dostrzeżenia po latach błędów, ale jeszcze lepiej dostrzegać je od razu. Np. teraz mówi, że lotnisko jest błędem, ale wielokrotnie je wspierał i w głosowaniach i w wypowiedziach. Pewnych błędów nie dostrzegł do tej pory, np. nadal uważa, że można uprawiać lokalną politykę, udając że się jej nie uprawia. Teraz krytykuje wodzowskie mechanizmy wewnętrzne Samorządności, choć gdyby Wspólna Gdynia objęła rządy, musiałaby z czasem ewoluować w tym samym kierunku - bo to nie wynika ze złej woli tego czy innego człowieka, tylko z obiektywnych uwarunkowań systemu politycznego. Bazowanie na tym, że słowo "partia" się ludziom źle kojarzy, jest być może skuteczne wyborczo, ale nie zmieni istoty rzeczywistości.

Druga tura wystarczy panu, żeby mówić o sukcesie?

Walczę o zwycięstwo, a umiarkowaną satysfakcję będę miał z każdego wyniku wyraźnie lepszego niż w poprzednich wyborach. To byłby znak, że coraz więcej gdynian pozytywnie ocenia moją pracę. Bardzo ważny jest też wynik wyborów do rady miasta. Od dziesiątków lat rządzi jedna formacja, która swoje zdanie narzuca innym. Taka sytuacja ma swoje zalety, ale po siedmiu kadencjach przydałaby się dla odmiany jedna, w której matematyka głosowań wymusi dogadywanie się, uwzględnianie innych poglądów i budowanie kompromisów.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (518)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.