Gdy niemieckie okręty broniły Gdyni i Gdańska
Pierwszy z pancerników kieszonkowych nosił nazwę "Deutschland", jednak po zatopieniu innego okrętu z tej serii, "Admirala Grafa Spee", Hitler nakazał zmianę jego nazwy na "Lützow". Nie mógł bowiem znieść tego, że ktoś mógłby posłać "Niemcy" na dno...
Pod koniec wojny niemieckie okręty zmuszone były do obrony swoich baz w Gdańsku i Gdyni. Ich załogi na własnej skórze doświadczyły tego, co sześć lat wcześniej przeżywali Polacy.
Zatoka Gdańska dysponuje wieloma naturalnymi zaletami. Do najważniejszych z nich możemy zaliczyć spokojne i dość głębokie, bo dochodzące do 118 metrów wody, otoczone z trzech stron lądem, z bezpośrednią bliskością dużych portów.
Po zakończeniu kampanii wrześniowej walory te doceniło również niemieckie dowództwo. W początkowych latach nad wodami Zatoki rzadko pojawiało się alianckie lotnictwo, dzięki czemu na tutejszym poligonie spokojnie do swych akcji mogły przygotowywać się i szkolić załogi niemieckich okrętów podwodnych.
Dlatego zbudowano tu szereg torpedowni, gdzie testowano nowe typy torped m.in. lotniczych. To tutaj z jednej z większych baz niemieckiej Kriegsmarine do swojego dziewiczego i - jak się miało okazać - ostatniego rejsu szykował się pancernik "Bismarck".
Nie wolno zapominać wreszcie o prężnie działającej wówczas stoczni w Gdańsku. Przez niemal całą wojnę produkowano w niej U-Booty serii XXI (w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy z pochylni spłynęło ok. 120 tego typu jednostek) i XXIII. Co najważniejsze: pod koniec wojny prowadzono w stoczni ostatnie testy jednostek serii XXVI. Niemcy pokładali w nich wielkie nadzieje, gdyż liczyli, że zdołają one odwrócić losy bitwy o Atlantyk.
Pancernik kieszonkowy "Admiral Sheer" przetrwał walki na Zatoce Gdańskiej, ale został zatopiony w stoczni w Kilonii.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie możemy się dziwić, że gdy losy wojny zaczęły zmieniać się na niekorzyść Niemców, postanowili oni bronić Zatoki Gdańskiej za wszelką cenę. Był również i inny powód - chęć opóźnienia marszu na Berlin.
Dlatego w rejonie Gdańska i Gdyni ruszyły gorączkowe prace fortyfikacyjne, a przy tworzeniu rejonów umocnionych często wykorzystywano naturalne warunki terenowe, takie jak lasy czy tereny podmokłe. O skali przedsięwzięcia mówią same liczby - obronę przed Armią Czerwoną miało prowadzić ok. 200 tys żołnierzy, którzy dysponowali przeszło 1800 działami, blisko 600 czołgami oraz ok. 100 samolotami.
Lądową obronę miały również wspierać okręty, i to nie byle jakie. W skład wsparcia morskiego weszły m.in. pancerniki kieszonkowe (zobacz ramkę pod tekstem) "Admiral Scheer" i "Lützow", ciężkie krążowniki "Prinz Eugen" i "Admiral Hipper", lekkie krążowniki "Leipzig" i "Köln" oraz liczne niszczyciele i mniejsze jednostki. Wspomniane okręty łącznie dysponowały 12 działami kalibru 280 mm, 16 działami 203 mm i 18 działami 150 mm swej artylerii głównej.
Rosjanie swe główne uderzenie postanowili przeprowadzić na styku niemieckich linii obronnych w rejonie Sopotu. Patrząc na liczbę użytych do ataku i obrony sił, nie możemy się dziwić, że praktycznie od samego początku walki były niezwykle zacięte i krwawe.
Jak zdobywano Gdynię w 1945 r.
Krwawe walki o Sopot
Radziecki film ze zdobywania Gdańska, Gdyni i Sopotu
Przypomnijmy zatem tylko, że dowodzący uderzeniem marszałek Konstanty Rokossowski liczył, że Gdynię zajmie w ciągu jednego dnia. Nie docenił jednak determinacji Niemców, którzy bardzo wolno wycofywali się w sąsiedztwo portu, gdzie obrońców ogniem swych dział wspierał "Lützow". Krwawe walki trwały do 28 marca, kiedy to ostatecznie Gdynia została zdobyta.
Ciężki krążownik Prinz Eugen przetrwał wojnę, ale po jej zakończeniu wykorzystano go do testów broni atomowej na atolu Bikini. Wrak okrętu do dziś spoczywa niedaleko Wysp Marshalla.
Także podczas zmagań w Gdańsku Niemców wspierały ich okręty. O skali ich zaangażowania może świadczyć przykład krążownika "Prinz Eugen", który w niecały miesiąc ostrzeliwał atakujących przeszło 240 razy, zużywając przy tym przy tym przeszło 4470 pocisków!
Aby przeciwdziałać artyleryjskiej nawałnicy od strony morza, Rosjanie wysyłali przeciwko niemieckim okrętom swe samoloty. Podczas jednego z nalotów udało im się uszkodzić "Prinz Eugena".
Jednym z ostatnich akcentów działania niemieckich okrętów była operacja "Walpurgisnacht", podczas której ewakuowano z Kępy Oksywskiej na Hel oddziały niemieckie.
Koniec zmagań o Gdańsk i Gdynię miał duże znaczenie militarne. Po pierwsze niemieckie okręty pozbawione swych baz nie mogły efektywnie wspierać działań lądowych. Ostatecznie musiały wycofać się z Zatoki Gdańskiej.
Dodatkowo, wraz z utratą Gdańska, Kriegsmarine straciła jedną ze swych trzech głównych baz remontowych, co skutecznie przekreśliło jakiekolwiek plany wznowienia działań podwodnych.
Radzieccy oficerowie na tle powstającego u-boota przejętego w gdańskiej stoczni.
Operującego w Kanale Piastowskim, łączącym Zalew Szczeciński ze Świnoujściem, "Lützowa" poważnie uszkodził brytyjski nalot i ostatecznie zatopili go sami Niemcy. Po zakończeniu wojny Rosjanie podnieśli wrak, by wykorzystać go do testowania wytrzymałości na nowe bomby lotnicze dużego kalibru.
Najdalszą drogę przebył "Prinz Eugen". Po zakończeniu wojny jednostkę przejęli Anglicy, którzy następnie przekazali ją Amerykanom. Okręt wykorzystano do testów atomowych na atolu Bikini, gdzie sprawdzano jego odporność na nowy w tym czasie rodzaj broni. Wrak spoczywa niedaleko Wysp Marshalla.
Jako ciekawostkę możemy tu podać fakt, iż pierwsza jednostka nosiła nazwę "Deutschland", jednakże po zatopieniu innego okrętu z tej serii, którym był "Admiral Graf Spee", Hitler nakazał zmianę nazwy na "Lützow". Nie mógł bowiem znieść tego, że ktoś mógłby posłać "Niemcy" na dno...
