Gdańsk stara się o najlepszych żeglarzy świata
Załogi biorące udział w regatach Volvo Ocean Race opływają cały świat i zawijają do najpiękniejszych portów. W tej edycji zawodów odwiedziły m.in. Abu Zabi.
Gdańsk chce gościć u siebie uczestników regat żeglarskich dookoła świata Volvo Ocean Race. Na przygotowanie się do imprezy mielibyśmy od dwóch do pięciu lat. Mogłoby to wypromować gdański port na cały żeglarski świat.
Trasa trwających regat wiedzie z hiszpańskiego Alicante do irlandzkiego Galway.
Miejsca, w których powstałoby regatowe miasteczko i cumowały jachty, gdyby na trasie regat znalazł się Gdańsk. Lokalizacja w Młodym Mieście byłaby naturalną promocją tych terenów, które czekają na inwestora.
W momencie pisania tego tekstu przed najszybszym z nich, amerykańską Grupamą, było jeszcze około 750 mil morskich, przed najwolniejszym, chińską Sanyią - ponad 1100.
Choć ścigających się jachtów jest tylko sześć, ich zmagania śledzi cały żeglarski świat. - Bo to jedna z najbardziej prestiżowych żeglarskich imprez na świecie. Dość powiedzieć, że startujące w niej jachty mają po 70 stóp długości i kosztują po kilka milinów euro - tłumaczy Leszek Paszkowski.
Zobacz oficjalną stronę tegorocznych regat Volvo Ocean Race.
W cieple tej prestiżowej imprezy chciałby też ogrzać się Gdańsk. Jak? Stając się portem goszczącym jachty podczas regat w następnej lub jeszcze kolejnej edycji zawodów. Ale czy żeglarzy pływających po największych światowych portach uda się ściągnąć na Bałtyk? Do udziału w tegorocznych regatach zgłosiły się 72 porty, z których ostatecznie wybrano dziewięć, wśród nich Alicante, Kapsztad, Abu Zabi, Auckland, Miami i Lisbonę.
- Polityką sponsora imprezy jest zmienianie portów, do których zawijają uczestnicy kolejnych regat. Pod uwagę bierze się także znaczenie państwa dla firmy Volvo. Gdańsk już kiedyś otrzymał zaproszenie do złożenia aplikacji, ale wtedy nie skorzystaliśmy z oferty. Teraz się na to zdecydowaliśmy - informuje Paszkowski.
Udział w imprezie nie jest tani. Na przygotowanie nabrzeży i miasteczka żeglarskiego, które przez kilka dni gościłoby fanów żeglarstwa z całego świata, trzeba wydać kilka milionów złotych. Zawsze trzeba się liczyć z tym, że konkurenci zaoferują więcej.
- Nie znamy innych ofert. W kwietniu okaże się, czego od nas oczekuje organizator imprezy - przyznaje Paszkowski.
Pomysłodawcą zgłoszenia polskiego portu do udziału w regatach jest żeglarz Robert Mroziński, który założył fundację Ocean Racing Polska, mającą wspierać tę ideę.
- Bardzo się cieszę, że Gdańsk wysłał swoją aplikację, ale prawdziwa praca zacznie się dopiero teraz. Trzeba będzie zrobić wszystko, by przekonać organizatorów, że regaty byłyby u nas traktowane jako jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych nie tylko w Gdańsku - bo to oczywiste - ale też w całej Polsce. To jednak jest możliwe, ponieważ Volvo Ocen Race to impreza doskonale zorganizowana i niezwykle atrakcyjna dla mediów.
- Volvo Ocean Race jest dla żeglarstwa tym, czym Tour de France dla kolarzy - potwierdza znany gdański żeglarz, Zbigniew Gutkowski.
Robert Mroziński zaznacza, że najbliższe regaty mogą być bardziej dostępne, także dla mniej zamożnych teamów. - Organizatorzy regat chcą ujednolicić konstrukcję uczestniczących w zawodach łódek, a przez to ograniczyć techniczny "wyścig zbrojeń", który drenuje budżety załóg. Niewykluczone więc, że już w następnych regatach koszt łódki spadnie mniej więcej o 40 proc.
Udział polskiej załogi byłby nawiązaniem do obecności dwóch polskich jachtów w pierwowzorze regat Volvo Ocean Race, czyli pierwszych regatach dookoła świata Whitbread, które rozegrano na przełomie 1973 i 74 roku. W tamtych zawodach udział wzięły Copernicus i Otago. Zajęły one ostatecznie 11. i 13. miejsce, na 14 załóg, które zawody ukończyły (wystartowało 20 jednostek). Ciekawostką jest to, że ostatnie miejsce zajął wtedy niemiecki jacht Peter von Danzig. Tak samo nazywała się XV-wieczna gdańska karaka, która w 1473 r. złupiła włosko-burgundzką galerę San Mateo i jako łup przywiozła do Gdańska obraz "Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga.
